Porozumiewanie się z duchami jest zajęciem wyjątkowo frustrującym

24.07.2009

M. Stanton, Anielscy obrońcy, przeł. Maciej Płaza, Poznań: Replika 2009, s. 288.

Motyw śledztwa prowadzonego przez adwokata próbującego wykazać niesłuszność policyjnych oskarżeń i uzyskać przed sądem wyrok uniewinniający jego klienta jest w literaturze kryminalnej obecny od dawna i chyba śmiało można powiedzieć, iż thrillery prawnicze mają swą wierną i całkiem liczną grupę miłośników. Nie zmienia tego nawet fakt, że powoli stają się one coraz bardziej konwencjonalne, mimo prób odświeżenia gatunku podejmowanego na przykład przez pisarzy europejskich, takich jak Carofiglio. Również w Ameryce pojawiają się powieści, w których nowe, niespotykane dotąd w tego typu literaturze elementy pomóc mogą w zyskaniu kolejnych fanów. Jednym z najciekawszych przykładów jest powieść Mary Stanton Anielscy obrońcy, otwierająca cykl o młodej, rozpoczynającej dopiero karierę prawniczce Briannie Winston-Beaufort.

Panna Beaufort, dla znajomych po prostu Bree, pochodzi z zamożnej rodziny prawniczej. Przyjeżdża do Savannah, by przejąć schedę po zmarłym w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach stryju, również adwokacie. Oczekując na wyremontowanie spalonego biura kancelarii, wynajmuje parter w starym domu przy cmentarzu (pod adresem Angelus 66!). No i się zaczyna… Telefon od miliardera, Benjamina Skinera zwanego ze względu na swój charakter Czarne Serce, który jak się później okazuje w chwili nagrywania się na pocztę głosową już nie żył, radykalnie zmienia życie bohaterki powieści. Pierwsza sprawa, którą ma się zająć, jest dwojakiej natury: w planie ziemskim dotyczy wykazania, że bogacz nie zginął przypadkowo, lecz został zamordowany; przed Ostatecznym Trybunałem zaś musi wykazać, iż nie był chciwy.

Savannah to ponoć „najbardziej nawiedzone miasto w Stanach Zjednoczonych”. Większość tamtejszych duchów snuje się „w pobliżu starych domów i cmentarzy”, ale niektóre pojawiają się również w nowszych dzielnicach. Co gorsza w ręce Bree trafia dziwny, mroczny, przerażający obraz, wywołujący w niej śmiertelny strach. Nie wiadomo więc, czy młoda służebnica Temidy dałaby sobie radę, gdyby nie grupa dziwnych postaci, które zaczynają jej pomagać: Lavinia Mather, tajemnicza staruszka wynajmująca lokal przy cmentarzu; profesor emeritus historii prawa Armand Cianquino, który okazuje się nie takim racjonalistą, na jakiego wyglądał, gdy opiekował się panną Beaufort podczas jej studiów; dwóch świeżo zatrudnionych asystentów adwokatki, Petru Lucheta o skomplikowanym rosyjsko-żydowskim pochodzeniu i Ronald Parchese znający się doskonale na damskich fryzurach i strojach; Gabriel Striker, prywatny detektyw o chyba nieco ponadnaturalnej zdolności pojawiania się w odpowiednim momencie, gdy jest potrzebny, i równie niesamowitej umiejętności bezszelestnego znikania; i wreszcie Sasza – pies, którym zaopiekowała się Bree, gdy znalazła go mocno poturbowanego przez jakąś ohydną postać na cmentarzu. Aha, jest jeszcze gadający ptak Archie. I powiedzmy sobie szczerze, nie wiadomo, czy są to ich prawdziwe imiona…

Podejrzanych o zamordowanie Skinnera jest wielu i wszyscy mieli motyw – rodzina, współpracownicy, biznesowi partnerzy, kochanka. Niestety, wszyscy też mają alibi. W śledztwie Bree w równym stopniu korzysta z podpowiedzi docierających z „tamtej strony” i z tego, czego uczył ją na studiach profesor Cianquino: „Fakty. Logika. Racjonalna analiza”. Pomaga jej też przystojny glina z Północy, Sam Hunter.

Anielscy obrońcy to znakomita rozrywkowa powieść – i na lato, i na inne pory roku. Paranormalne elementy odgrywają w niej sporą rolę, ale jest to również po prostu dobry kryminał. Mary Stanton, autorka kilkudziesięciu już książek, w których, jak sama policzyła, dochodzi do około 50 morderstw, potrafi w odpowiednich proporcjach wymieszać niesamowitość i grozę z humorem i lekką parodią prawniczego thrillera. Efekt zadowoli zapewne nie tylko miłośników prozy kryminalnej, ale każdego czytelnika spragnionego lekkiej i wciągającej lektury.

Bibliotekarz


Mary Stanton, Anielscy obrońcy - fragment

Ze wstydem przyznaję, że podczas pracy jem za dużo słodyczy - wywiad z autorką

A więc, skąd bierzesz pomysły? - artykuł Mary Stanton napisany specjalnie dla ZwB

Newsletter