Spółka Mock i Popielski

29.07.2009

M. Krajewski, Głowa Minotaura, Warszawa: W.A.B. (mroczna seria) / audiobook: Biblioteka Akustyczna, czyta Marcin Popczyński.

Słusznie czy nie, Marek Krajewski uważany jest niemal powszechnie za najważniejszego obecnie polskiego twórcę kryminałów. Pięcioma powieściami z Breslau w tytule i dwoma książkami napisanymi wspólnie z Mariuszem Czubajem wyrobił sobie wśród czytelników niezwykle mocną markę. Przyznać jednak muszę, że krwawe opowieści o Eberhardzie Mocku zaczęły mnie już trochę jakiś czas temu nużyć i dlatego miałem nadzieję, że wrocławski autor nie będzie już tej serii kontynuował. Na szczęście moje nadzieje nie mają wpływu na niczyje plany pisarskie i dlatego doczekaliśmy się Głowy Minotaura – najlepszej jak dotąd pozycji, jaka wyszła spod pióra Krajewskiego.

Brak niemieckiej nazwy Wrocławia w tytule jest wielce znaczący – wygląda na to, że tym razem to rzeczywiście może być pożegnanie z dyrektorem kryminalnym. Mock powoli schodzi ze sceny, a na jego miejsce wkracza postać równie interesująca, a przy tym dotąd nieznana miłośnikom literatury kryminalnej – lwowski komisarz Edward Popielski, zwany ze względu na swój wygląd Łysym. Ale polski glina nie tak bardzo różni się od swego niemieckiego kolegi. Krajewski nie tworzy przeciwieństwa swego dotychczasowego bohatera („Mocka i Popielskiego łączyło wiele podobieństw. Obaj byli skorzy do gniewu i pedantyczni, obaj władali językami klasycznymi, uwielbiali szachy, bridża, obżarstwo oraz nie stronili od towarzystwa upadłych kobiet”, s. 210), a jedynie wprowadza kilka ciekawych korekt. 

Większa część akcji rozgrywa się tym razem nie na Dolnym Śląsku, a w przedwojennej Rzeczpospolitej, w Lwowie i Katowicach. Mock jedzie tam, by wraz z polską policją ścigać seryjnego mordercę (tytułowego Minotaura), który prawdopodobnie odpowiedzialny jest też za zabicie młodej dziewczyny w jednym z cieszących się nie najlepszą renomą wrocławskich hotelików. Metody śledcze kapitana abwehry (jest rok 1937 i Eberhard, mając dość gestapowców wtrącających się wciąż do jego pracy, przeniósł się do tej właśnie służby) znamy doskonale – „imadło” i tym razem znajdzie nieraz zastosowanie. Okazuje się, że Popielski też potrafi zdrowo „ścisnąć”. Szybko więc dochodzi do zawarcia przyjaźni między obu detektywami, do stworzenia „firmy Popielski & Mock”.

Zagadka kryminalna w Głowie Minotaura jest jak zwykle u Krajewskiego skomplikowana, a opisane zbrodnie – niezwykle brutalne. Śledztwo prowadzi do wielu niezbyt przyjemnych miejsc, w których pobrudzić można nie tylko lśniące lakierki. Na drodze policjantów zjawiają się przedstawiciele zdegenerowanych nizin społecznych i równie zdegenerowani członkowie establishmentu. Bohaterowie dużo jedzą, jeszcze więcej piją, a w wolnych chwilach zabawiają się nieumiarkowanie z paniami lekkich obyczajów. Niby już było. Ale nigdy dotąd nie było tak dobrze napisane. Styl twórcy postaci Mocka, rozpoznawalny od dawna, stał się teraz nadzwyczaj dojrzały i wydaje się, że nic już w tej materii poprawić się nie da. Bogactwo słownictwa, precyzja opisów i charakterystyk, swoboda w posługiwaniu się różnymi odmianami języka – oto cechy znamionujące prawdziwe mistrzostwo. Na szczególne wyróżnienie zasługuje moim zdaniem umiejętność kreślenia przez Krajewskiego interesujących portretów osób pojawiających się na kartach książki ledwie na moment czy dwa. Współpracownicy Popielskiego czy ludzie, których napotykają podążający za Minotaurem śledczy, to nie papierowe postacie, ale pełnowymiarowe typy, zapadające łatwo w pamięć.

Świetny tekst wymaga co najmniej równie dobrego lektora. Marcin Popczyński, którego słyszymy w wersji audiobookowej, spisał się na medal. Ciemna barwa jego głosu znakomicie pasuje do mocnego, „męskiego” język narracji i wypowiedzi Mocka czy Popielskiego. Znakomicie poradził sobie też aktor (znany dotąd głównie z ról w serialach telewizyjnych, takich jak Plebania czy M jak miłość) z fragmentami, w których Krajewski ubarwia powieść, każąc pojawiającym się postaciom mówić na przykład gwarą lwowską (sceny z udziałem baciarów to istne perełki! "Na ulicy Kołłątaja, Fajduli, fajduli, faj, Biła baba pulicaja,  Fajduli, fajduli, faj, Bęc go w mordę, kop go w jaja, Fajduli, fajduli, faj, Tak się bije pulicaja, Fajduli, fajduli, faj", s. 60). Wysłuchanie dziesięciogodzinnego nagrania to prawdziwa frajda – niezależnie od tego, czy czytało się już powieść, czy poznaje się dopiero jej treść.

Bibliotekarz