Piwosz w świątyni

05.08.2009

C. Dexter, Nabożeństwo za Wszystkich Zmarłych, przeł. A. Sawicka-Chrapkowicz, Gdańsk: GWP 2009, s.280

W lipcowy wieczór poznałam wreszcie inspektora Morse'a. Tak jak go przedstawia króciutka informacja zamieszczona na ostatniej stronie książki, lubi: "piwo, krzyżówki, kobiety i opery Wagnera". Rzeczywiście - piwem się delektuje, muzyki namiętnie słucha, co prawda żadnej krzyżówki tym razem nie rozwiązuje, ale nadrabia to zainteresowaniem kobietami, a szczególnie pewną konkretną... hm... damą.

Zanim jednak przejdę do zagadki, z którą inspektor tym razem musi się zmierzyć, warto poświęcić kilka słów autorowi powieści. Colin Dexter, urodzony w 1930 roku, za swoje książki był wielokrotnie nagradzany brytyjskimi nagrodami literackimi: Gold Dagger i Silver Dagger - przyznawanymi najlepszym powieściom kryminalnym. Otrzymał również Order Imperium Brytyjskiego. Powołany do życia przez Dextera, inspektor Morse stał się także bohaterem popularnego serialu telewizyjnego. Po przeczytaniu tych informacji na okładce książki uznałam, że nie potrzeba jej już żadnej dodatkowej reklamy i z przyjemnością zatopiłam się w lekturze. Przyznam bowiem, że do angielskich detektywów i angielskich kryminałów mam ogromną słabość...

Morse jest bohaterem trzynastu powieści Colina Dextera, a Nabożeństwo za Wszystkich Zmarłych to czwarta z nich, oryginalnie wydana w 1979 roku. Można się więc spodziewać klasycznie przygotowanej zagadki kryminalnej, gdzie większość faktów i poszlak - jeśli nie wszystkie - dobry detektyw jest w stanie ogarnąć swoim umysłem, bez wsparcia nowoczesnej technologii. I taką właśnie zagadkę Dexter nam przedstawia.

Inspektor Morse jest policjantem z komisariatu Policji Doliny Tamizy w Kidlington. Zamiast spokojnie spędzać urlop, trafia do oksfordzkiego kościoła świętej Frideswidy. Zeszłej jesieni na terenie tej świątyni miały miejsce dwa zgony. Policji nie udało się w satysfakcjonujący sposób - przynajmniej zdaniem Morse'a - rozwiązać sprawy, przejmuje więc zamknięte już śledztwo i razem z sierżantem Lewisem, krok po kroku, zaczyna poznawać osoby, które mogą mieć coś wspólnego z tymi tajemniczymi wydarzeniami. Na dodatek przeczuwa, że nie są to jedyne morderstwa, na jakie w tej sprawie przyjdzie mu natrafić. Pracy nie ułatwia słabość do pewnej parafianki, która - jak sama przyznaje - była w kościele tego wieczoru, gdy popełniono w nim morderstwo.

Powieść podzielona jest na cztery części, o tytułach przywodzących na myśl księgi Starego Testamentu. Manewr ten jest związany z kościelną atmosferą powieści, wszak - jak przekonuje się z czasem czytelnik - anglikańska świątynia odgrywa w całej tej intrydze ważną rolę.

Dexter snuje opowieść z perspektywy "prawie wszystkowiedzącego narratora". Zdarza się, że rozmyślnie unika szybkiego przedstawienia rozmawiających ze sobą postaci, co dla chcącego sprawnie sobie poukładać otrzymywane informacje czytelnika bywa nieco irytujące. Tę drobną niedogodność z nawiązką nadrabia specyficznym, ironicznym poczuciem humoru. Ten słodko-gorzki humor sprawił, że z przyjemnością czytałam kolejne strony, gratulując w duchu autorowi tak trafnej obserwacji, empatii i kreowania ludzkich charakterów.

Każdy szanujący się cykl kryminalny ma swojego wielce charakterystycznego detektywa. Ten warunek spełnia także inspektor Morse, ze wspomnianymi wyżej nawykami. Ja sama zastanawiam się, jak zachowuje on sprawność umysłu po tylu piwach wypitych w trakcie rozwiązywania sprawy. Co więcej, Morse zarzuca czytelnika co parę stron kolejną, w zasadzie "pewną" i bardzo rozbudowaną rekonstrukcją całej intrygi. Nieco wysiłku wymaga więc oddzielenie informacji, które są wynikiem analiz detektywa, od bezsprzecznych faktów materiału dowodowego. Jednak poprzez zapoznawanie się z nimi czytelnik zaczyna podejrzewać praktycznie wszystkie występujące w powieści postacie, co miłośnikom kryminałów i detektywom-amatorom z pewnością przypadnie do gustu.

Nabożeństwo za Wszystkich Zmarłych czytałam z wyjątkową przyjemnością. Styl Dextera okazał się znakomicie dopasowany do moich literackich wymagań, przenosząc mnie na kilka godzin w tak przeze mnie lubiany, angielski klimat dawnych kryminałów. I choć muszę przyznać, że ostateczne rozwiązanie zagadki od jakiegoś czasu klarowało się w moim umyśle - przyznam, że Dexter podsuwa czytelnikowi kilka naprawdę wartościowych śladów - to nie poczułam się zawiedziona. A wręcz przyjemnie zaskoczona, że moje umiejętności detektywistyczne na coś się być może przydadzą w dalszych jego powieściach. Tego, że to nie jest moje ostatnie spotkanie z charakterystycznym inspektorem o przenikliwym spojrzeniu, jestem bowiem absolutnie pewna.

Marzena Gawlak

 

Inspektor Morse

Recenzje innych powieści Colina Dextera