Nie ma dystansu, nie ma pancerza

17.08.2009

A. Indridason, W bagnie, przeł. J. Godek, Warszawa: WAB 2009, s. 304. (mroczna seria)

Reykjavik, rok 2001. W pewnym mieszkaniu sąsiedzi znajdują zamordowanego starszego mężczyznę o nazwisku Holberg. Ginie on w dosyć banalnych okolicznościach, uderzony popielniczką w głowę. Jest jednak coś, co sprawia, że sprawa nie wydaje się „zwykłym islandzkim zabójstwem”. Na miejscu policjanci znajdują kartkę z dziwnym tekstem. Prowadzący śledztwo komisarz Erlendur Sveinsson od razu podejrzewa, że sprawa będzie miała drugie dno. Czy będzie miał rację? Zamordowany okaże się przestępcą, któremu czterdzieści lat temu uszedł na sucho gwałt. Jaki wpływ na aktualne zdarzenia ma przeszłość? Czy w ogóle ma? Czy morderstwo Holberga jest może jednak kolejnym bezsensownym zabójstwem dokonanym przez włamywacza? A może ma związek z pewnym zaginionym kiedyś mężczyzną?

Powieść W bagnie, której fabułę pokrótce zapowiedziałam, jest autorstwa najpopularniejszego obecnie islandzkiego twórcy kryminałów. Mowa oczywiście o Arnaldurze Indriđsonie. Ten urodzony w 1961 roku pisarz debiutował w 1997 r. książką Synir duftsins. Miała ona zapoczątkować nowy nurt w islandzkiej powieści kryminalnej. Dziś porównuje się twórczość Indriđsona z powieściami Mankella, ale trzeba przyznać, że islandzki pisarz ma oryginalny, wyrazisty styl, który sprawia, że porównań tych coraz bardziej można dokonywać na zasadzie wyszukiwania różnic między tymi autorami, co dobrze świadczy o nich obu. Indriđson jest z wykształcenia historykiem, zajmował się dziennikarstwem i krytyką filmową. Jako autor, ma na swoim koncie dziesięć książek, w tym siedem kryminałów. Mieszka w Reykjaviku z żoną i trójką dzieci. Jego teksty zostały wydane w kilkudziesięciu językach i uhonorowane wieloma nagrodami, wśród których warto wymienić Dagger Awards (2005 r.), Macavity Awards (2009) oraz Baryy Awards (2009). W bagnie zaś otrzymało nagrodę Szklany Klucz dla najlepszego kryminału skandynawskiego. Mamy więc do czynienia z pisarstwem najwyższej próby, co lektura książki potwierdza. 

Powieść ma niepowtarzalną atmosferę, która oczywiście mieści się w formule klimatu kryminału skandynawskiego: mrocznego, dusznego, z charakterystycznymi, rozczarowanymi życiem bohaterami. Ma jednak w sobie coś, co sprawa, że podobnie jak pisarstwo Theorina z jego nieskończonymi oparami mgły otulającymi postacie niezmiennie będzie przyciągać polskiego czytelnika: to metafora życia-bagna, które wchłania bezlitośnie każdego, nie pozostawiając cienia szansy na ucieczkę czy poprawę losu. Życie bohaterów powieści Indriđsona, komisarza Sveissona, jego rodziny, zwłaszcza córki narkomanki, ofiar przestępstw czy samych sprawców nie ma perspektyw. Przynajmniej nic nie zapowiada, by takie się przed nimi kiedykolwiek pojawiły. Kolejne zdarzenia zamiast prowadzić do poprawy ich losu, wsysają ich głębiej i głębiej, na samo dno... Większość oscyluje na granicy depresji, z której czasem się wychylają, „jakby mgły się podnosiły” (s. 76).

Na tym tle bliżej poznajemy komisarza, który ma około pięćdziesięciu lat, nieudane małżeństwo za sobą i dwójkę dzieci z nałogami. Sveisson nie jest silny, choć uparcie stara się nie poddać zniechęceniu, beznadziei, wręcz nudzie islandzkiego życia. Córka pozbawia go złudzeń na każdym kroku, wpadając głównie po pieniądze na narkotyki, co on przyjmuje właściwie z radością – są to jedyne wizyty w jego domu i w sumie jedyny bliski kontakt z drugim człowiekiem, kontakt żywy, pełen napięć, niepozostawiający obojętnym. Jednak czy o to w życiu chodzi?

W rozmowie z córką Sveisson mówi: „Może najlepiej pozwolić życiu biec swoim torem. Zapomnieć o wszystkim. Zrobić coś sensownego. Dlaczego człowiek miałby się tym zajmować? Grzebać się w tym bagnie. Rozmawiać z takimi ludźmi jak Ellidi. Układać się z takimi śmieciami, jak Eddi. Przyglądać się uciechom takich Holbergów. Czytać raporty o gwałtach. Rozgrzebywać fundamenty pełne robactwa i gówna. Wykopywać małe trumienki. [...] Człowiekowi się zdaje, że to nie będzie miało dla niego konsekwencji. Myśli, że jest dość silny, by stawić temu czoło. Że z upływem lat buduje wokół siebie jakiś pancerz i może patrzeć na to zepsucie z dystansu. Ale tu nie ma dystansu. Nie ma pancerza. Nikt nie jest dość silny” (s. 204—205). Nikt sobie nie radzi...

Indriđson jest pisarzem znakomitym. Powieść, niczym tytułowe bagno, wciąga w przestrzeń trudnych doświadczeń bohaterów, ich przemyśleń, braku marzeń i zmęczenia. Nikt nie chciałby w takim świecie żyć, nikt nie chciałby tego wszystkiego doświadczyć, ale mało kto będzie się w stanie oderwać od przeżycia tej lektury, poczucia jej, otwarcia się na nią dużo bardziej niż w wypadku przeciętnego kryminału bywa. Zachęcam do tego.

Bibliotekarka

 

Arnaldur Indridason, W bagnie - fragment 

Jestem człowiekiem Północy - wywiad z tłumaczem Jackiem Godkiem