#
#

autor Ryszard Ćwirlej

wydawnictwo: Czwarta Strona

data premiery: 17.01.2018

oprawa: miękka

liczba stron: 512

JUŻ NIKOGO NIE SŁYCHAĆ

Ryszard Ćwirlej

KRYMINAŁ RETRO NAJWYŻSZEJ KLASY!

Listopad 1926 roku. W Poznaniu krążą pogłoski o spodziewanej wizycie Piłsudskiego. Nad bezpieczeństwem Marszałka ma czuwać komisarz Antoni Fischer. Jednak napięta po przewrocie majowym atmosfera w kraju, narastające nastroje antysemickie oraz ciągle ścierający się bolszewicy i narodowcy nie ułatwiają komisarzowi zadania.

Na domiar złego w mieście dochodzi do zbrodni. Młody praktykant znajduje ciało zastrzelonego właściciela zakładu pogrzebowego, Alojzego Kaczmarkiewicza. Jego siostrzeniec Anastazy Olkiewicz, zasłużony w czasie wojny bolszewickiej przodownik policji, za punkt honoru stawia sobie złapanie zabójcy. Niedługo potem, w podobny sposób, ginie działacz partii narodowej, mecenas Olgierd Witecki. Fischer nie ma ani chwili do stracenia, jak najszybciej musi znaleźć groźnego zabójcę.

Ryszard Ćwirlej perfekcyjnie oddaje atmosferę dwudziestolecia międzywojennego. Jego bohaterowie przechadzają się po uliczkach dawnego miasta, zaglądają do barów, zatęchłych piwnic i cel.


źródło opisu: http://czwartastrona.pl/juz-nikogo-nie-slychac/


Fragment książki:

Prolog

Poznań

Poniedziałek, 15 listopada 1926

Godzina 6.15 rano

Jak na listopad było całkiem ciepło. Adolf Paterek, siedemnastoletni praktykant w zakładzie pogrzebowym Charon przy ulicy Wielkie Garbary 25,stał przed bocznym wejściem do firmy od strony ulicy Woźnej, paląc skręconego przed chwilą papierosa. Palił, bo nie miał nic lepszego do roboty. Od kwadransa bowiem powinien już być w środku zakładu, tymczasem brama prowadząca na podwórze wciąż była zamknięta. Pewnie szef zaspał, więc zaraz zejdzie z góry ze swojego mieszkania, gderając jak zwykle, i pogoni go do roboty. Miał dzisiaj zajmować się przygotowaniem pięknej dębowej trumny dla poważnego klienta, świętej pamięci kupca kolonialnego Antoniego Boniewskiego, który zszedł był dwa dni temu, dostawszy się pod koła rozpędzonej dorożki. Ludzie mówili, że sam był sobie winien, bo wracał do domu z gospody przy Półwiejskiej tak pijany, że ledwie mógł utrzymać się na nogach. Podobno zdarzało mu się pijać codziennie, więc zdaniem tych, którzy dobrze znali życie, jego ziemska wędrówka musiała się prędzej czy później tak zakończyć. Powiadali też, że jego młodej, trzydziestoletniej żonie taki obrót spraw był całkiem na rękę, bo po co jej zapijaczony, stary pryk, jak wokół tyle młodego kwiatu. Tym bardziej, że jako wdowa nie miała powodów do narzekań. W koń- cu cały majątek męża przypadł jej i ich jedynej córce. Trzeba przyznać, że umiała to docenić. Okazała mężowi należny szacunek i wdzięczność, zachowując się nader godnie i zamawiając w dobrym zakładzie pogrzebowym porządną trumnę z dębowej deski, a nie ze zwykłej sośniny, co natychmiast zauważyły wszystkie sąsiadki tak skore do obmawiania, gdyby tylko nadarzył się ku obmowom pretekst.

Datę pogrzebu wyznaczono na jutro, dlatego przygotowania szły pełną parą i dziś pozostało Paterkowi tylko wyłożenie miejsca wiecznego spoczynku delikatną kołderką z atłasu. Miał na to sporo czasu, bo karawan z kostnicy Szpitala Miejskiego Józefa Strusia na Szkolnej miał dowieźć doczesne szczątki tragicznie zmarłego dopiero w samo południe. Tymi miał się zająć sam właściciel zakładu, Alojzy Kaczmarkiewicz. On bowiem znał się na balsamowaniu zwłok i malowaniu twarzy jak nikt inny. Nieraz powtarzał, że jest w swoim zawodzie prawdziwym artystą i mógłby z powodzeniem pracować choć- by w Teatrze Polskim, malując aktorskie gęby. Ale jako człowiek skromny i niegoniący za sławą, wolał zacisze swojego zakładu i upiększanie tych, którzy przepływali na drugą stronę Styksu.

Młody pomocnik trochę się zdziwił, że jego szef nie otworzył firmy punktualnie. Nie był z tych, co to lekceważyli sobie robotę z lenistwa. Był człowiekiem dobrze poukładanym, który nader cenił sobie własną solidność. Nie należał też do ludzi zatracających się w alkoholowych uciechach. Pijał zwyczajnie, tak jak wszyscy, kilka kufli piwa w ciągu dnia, a wódkę tylko w sobotni wieczór. No, ale w końcu każdemu może się zdarzyć wypić za dużo bez specjalnej okazji. Może więc wczoraj przyszedł czas i na niego? Paterek rzucił niedopałek na chodnik i przydeptał go czubkiem trzewika. Rozejrzał się dookoła, ale nic nad- zwyczajnego nie zwróciło jego uwagi. Ludzi na ulicy nie było jeszcze zbyt wielu. Większość podążała w kierunku Starego Rynku, bo tam już powoli rozpoczynał się handel targowy, mimo że do świtu zostało jeszcze trochę czasu. Prawdziwy ruch zacznie się dopiero wtedy, gdy zrobi się całkiem jasno i na zakupy ruszą kobiety z okolicznych domów, by kupić tanio coś, z czego będzie można przy- gotować obiad dla rodziny. Bo wiadomo przecież, że na straganach zawsze są lepsze ceny niż w składach.

Od strony rynku w kierunku zakładu szedł wolnym krokiem policjant. Adolf od razu go rozpoznał po charakterystycznej, nieco przygarbionej, atletycznej sylwetce. Posterunkowy Wróbel mieszkał w tej samej kamienicy, co rodzina Paterków, przy ulicy Wielkiej, więc znał chłopaka od urodzenia. Teraz na jego widok uśmiechnął się przyjaźnie.

A ty co tak sterczysz na chodniku, zamiast za jaką robotę się chwycić?

Kiedy bym się już dawno zabrał, ino że zamknięte.

Jak zamknięte, to trzeba czekać – stwierdził policjant, spoglądając jednocześnie uważnie na furtkę osadzoną w solidnej, dębowej bramie.

Tak i czekam. Dobrze, że mrozu nie ma.

Jak na listopad to dość ciepło. W zeszłym roku to już śnieg padał.

No pamiętał. Przypomniał sobie, jak zjeżdżał na tyłku z warcianej skarpy po świeżym śniegu.

Listopad to już jakby zima, a tu pogoda jak we wio- snę. I do tego jeszcze ten ciepły wiatr…

Coś widać musiało zaintrygować posterunkowego, bo nie odpowiadając na uwagę chłopaka o wietrze, mi- ną, łpgoodszedł do furtki i pochyliwszy się nieco, zaczął uważnie czemuś sięprzyglądać.

Próbował żeś wchodzić?

Jak wchodzić?

No normalnie, o tak – powiedziawszy to, policjant chwycił za klamkę, przycisnął ją i pchnął drzwi. Meta- lowe zawiasy zaskrzypiały i droga na podwórko stanęła otworem. Chłopak ażrozdziawił usta ze zdumienia.

Otwarte – bąknął, czochrając się po bujnej, jasnej czuprynie.

Bo drzwi mogą być otwarte albo zamknięte – stwierdził z miną znawcy posterunkowy Wróbel.

Kiedy one powinny być zakluczone na klucz. – Nie mógł cały czas wyjść ze zdumienia.

Widać pan Kaczmarkiewicz wcześniej już je odklu- czył i teraz czeka na ciebie w środku. – Chłopak szybko pokręcił głową.

Niemożliwe. Zawsze otwiera i czeka na mnie, żeby wpuścić do środka, a potem zaklucza.

Zaklucza, powiadasz?

......