Mogliby w końcu kogoś zabić

09.06.2010

Oficynka poleca znakomity zbiór opowiadań o zbrodni napisanych przez znanych polskich autorów. Patronat medialny nad książką objął serwis Zbrodnia w Bibliotece.

Mogliby w końcu kogoś zabić

premiera: 2 lipica 2010 r.

KUP W KSIĘGARNI ZwB

Piękna dziewczyna i próba wyłudzenia pieniędzy, zaskakujący łańcuch zdarzeń, który naprowadza zakochaną pisarkę na trop zbrodni, osaczona żona i jej dwie córeczki, maltretowane dziecko w pułapce miłości, mąż, żona, jej kochanek i sąsiadka, brutalna zbrodnia w szkolnej bibliotece, makabryczny pochówek kobiety bez dłoni, hitchcockowska impresja w czterech ścianach, tajemnica zabójstwa Narutowicza i znudzeni policjanci z małego miasteczka. Wiele ponurych zbrodni, różni sprawcy, różne motywy…

Mogliby w końcu kogoś zabić to pasjonujący tom opowiadań kryminalnych znanych polskich autorów, ukazujący różnorodność i bogactwo tematyki kryminalnej i stylów pisarskich. Wszyscy wielbiciele kryminałów znajdą tu dla siebie pożywną strawę.

Sprawcy: Adrianna Ewa Stawska, Piotr Rowicki, Katarzyna Gacek, Agnieszka Szczepańska, Jacek Skowroński, Katarzyna Rogińska, Piotr Schmandt, Ewa Ostrowska , Artur Górski, Łukasz Śmigiel

W gąszczu emocji i zbrodni - recenzja

Mogliby w końcu kogoś zabić, czyli twórcze zmagania z kryminałem 

Mogliby w końcu kogoś zabić, czyli twórcze zmagania z kryminałem - edycja warszawska 

Dobrze jest ponosić w sobie treść książki - wywiad z Anną Damasiewicz, projektantką okładki

Piotr Rowicki, Mogliby w końcu kogoś zabić

Starszy aspirant Ryszard Słomka uwielbiał palić, siedząc na sedesie. To był rytuał, którego najbardziej radosnym momentem było wetknięcie w kącik ust papierosa, potem jeszcze tylko zgrzyt zapalniczki i świeżutka, pachnąca chmura wlatywała do płuc. Od ostatniej wizyty u kardiologa starał się stosować do wszystkich zaleceń. Zero papierosów, zero kawy, dużo ruchu, mało stresu. Wytrzymał trzy dni, siedem godzin i osiem minut. Potem powiedział słowo na „p”, którego od wielu lat podobnie jak nikotyny nadużywał w różnych formach i przypadkach: „Pierdolę!”. Zalecenia lekarza zaczęły go bawić. Jakie to ma znaczenie, rok w tą, rok w tamtą. Sięgnął po wysłużony egzemplarz „Tańca szkieletów” Kłodzińskiej. Stan, w jaki wprowadzał go szelest pożółkłych kartek, nie dał się porównać do niczego. Chyba że do mielonych z buraczkami. Nostalgia, ciepło i błogość. Spokój, bijący z przeszłości. Że kiedyś wszystko było lepsze, ładniejsze, mądrzejsze. Dni pełne słońca, noce szalonej miłości i tak dalej, i tak dalej. Przestępcy mieli ośrodki decyzyjne w RFN-ie, porucznik Szczęsny, zabójczo przystojny łapał ich na pęczki, a kobiety, palce lizać: „Pod sześćdziesiątym trzecim, Zofia i Jolanta Kackie, siostry. Pierwsza siedziała cztery lata za manko w sklepie, nie pracuje, zarabia jeżeli znajdzie amatora na swoje stare kości. Druga to jeszcze lepszy numer. Zdemolowała kiedyś pół lokalu, pobiła milicjanta i w pijanym widzie rozniosła nam radiowóz. No, nie dosłowne, ale co zdążyła, to potłukła i podarła. Obie wyglądają jak czarownice”. 

Głośny plusk oznaczał koniec nostalgii. Z peerelowskiej arkadii trzeba było o własnych siłach przedostać się do kapitalistycznej RP. Co za kurewski świat! Odrapane ściany, ta sama maszyna do pisania, nawet papier do podtarcia dupy trzeba samemu „wyprodukować” z "Wyborczej". Najgorsze było jednak przed Słomką. Miało dwadzieścia parę lat, było chude, przemądrzałe i uparte. To coś przysłano w ramach zwiększania etatów. „Posterunkowa Kowalska Julia” się nazywało.


W dodatku ciągle coś jadła. I gdzie to wszystko mieści? Zaraz wyśle ją na patrol, a sam wróci do „Tańca…” Wyśle albo i nie. Nowa nie zna miasteczka, wlezie gdzie nie trzeba, dostanie po ryju i trzeba będzie kwity wypełniać. Niech siedzi. Tylko, jak tak będzie siedziała bezczynnie, zacznie pytać. Co to jest daktyloskopia? Plamy opadowe, jak odróżnić wisielca od topielca. Może ją do sprzątania zagonić? Nie, wpadnie jakaś menda i zobaczy policjantkę z miotłą. Będzie chryja. Niech siedzi. Włączy się radio i nie będzie słychać.

– Mogliby w końcu kogoś zabić, nie Kozak?

Sierżant nie odrywając wzroku od „Wiadomości Wędkarskich” kiwnął głową. Sierżant Kozak miał wiele zalet, wśród nich największą była małomówność.

Dewiza Słomki na temat walki z przestępczością sprowadzała się do prostego stwierdzenia: Wpierdolić temu i owemu i będzie spokój.

Kowalską najbardziej bawiło jak Słomka zwracał się do sierżanta. „Nie Kozak?” miało kilkanaście wersji, z przecinkiem w środku, z wielką pauzą, wypowiedziane razem, z małym znakiem zapytania, z dużym albo jako stwierdzenie. Słomka szukał potwierdzenia swoich myśli i „Nie Kozak” albo „Nie, Kozak”? było tego namacalnym dowodem. Julia mając za sobą kilka podręczników psychologicznych wyobraziła sobie profil przełożonego: typ słaby, maskujący niepewność brutalnością i chamstwem, przyciśnięty do muru pęka, odporność psychiczna równa zeru.

Drugi z policjantów był znacznie trudniejszy do rozszyfrowania. Wydawał z siebie monosylabiczne mruknięcia, nie wykazywał zainteresowania otaczającym go światem, nie licząc „Wiadomości Wędkarskich”. Solidny i posłuszny, prawdopodobnie jednak uparty i niezbyt inteligentny.

Posterunkowa Kowalska spoglądała w groźnie zmrużone oczy przełożonego i była pewna, że stary pies już niebawem będzie jadł jej z ręki. Udawanie kompletnej idiotki było elementem przemyślanej strategii. Oto dziewczę – niewiniątko nie potrafi nic, nie zna się na niczym i ciągle potrzebuje pomocy. Cud, że samo się wysika i nie trzeba jej łyżeczką dawać herbaty. Bardzo dobrze, tak masz staruszku myśleć. Tego właśnie chciała. Oplątać go swoją bezradnością, uzależnić, niech myśli, że jest jej tatusiem, opiekunem. Gdyby wiedział, że całą tą policyjną robotę ma w maleńkim palcu, że procedur nauczyła się od ojca, jak miała cztery lata. Na misiach i lalkach przerobiła sposoby zbierania śladów traseologicznych, nie obcy jej był gips, masa szpachlowa ani inne mniej popularne substancje. Czytać uczyła się na podręczniku medycyny sądowej. Znała się na fotografii, grafologii i fałszerstwach dokumentów. Do policji przyjęli ją z otwartymi rękami, ojciec już wówczas nie żył, ale jego znajomi ciągle byli na stanowiskach. Fioł małej Julki na punkcie kryminalistyki był akceptowany i uznawany za coś naturalnego. Nie przeszkadzał w pracy, wręcz przeciwnie. Była najlepsza. Geny, wiedza, pasja. Czego trzeba więcej. Jej kariera zapowiadała się brawurowo. Chciano od razu skierować ją na studia do szkoły oficerskiej. Nie zgodziła się. Najpierw praktyka w jednostce liniowej, a potem ewentualnie teoria. Chciała zacząć od samego dołu, od krawężnika. Służba patrolowa po najbardziej barbarzyńskich dzielnicach, gdzie na każdym rogu czekał Hun, a z co drugiego okna pijane dziwki rzygały z nadmiaru miłości. Była twarda, stanowcza i pewna siebie, z każdym dniem coraz pewniejsza, może za pewna? Któregoś dnia przy interwencji przesadziła. Gnojek zrobił sobie obdukcję, a do tego znał się z prokuratorem. Całkiem dobrze się z nim znał, był jego synem.

***

Niewielki rynek wyznaczający kiedyś centrum miasta wydawał się ciemną, zapomnianą studnią. Rzadko bywało tu tłoczno, nie było drogich ani tanich sklepów, nie było eleganckich kawiarni, pubów. Z lepszych czasów pozostała najgorsza w okolicy melina U Janka, której zapach, przypominający mieszankę kiszonej kapusty ze szczynami, leniwie roznosił się po okolicy. Zza potężnych wież pseudobarokowego kościoła zerkało słońce, szwędające się bezmyślnie psy wyły złowieszczo jakby chciały je przegonić. Od czasu do czasu przejeżdżał samochód. Czasem z jednej z ławek ktoś spadł, tracąc wreszcie po trzecim tego dnia winie przytomność i kontakt ze znienawidzoną rzeczywistością. Na słupie ogłoszeniowym dyndały niczym wisielce na wpół oderwane plakaty, pisane ręcznie ogłoszenia rozmyte deszczem. Była równo jedenasta. Kowalska miała wolne i ruszyła w miasto. Z trudem przychodziło jej wypowiedzenie samego słowa, które tej luźnej zbieraninie domów, pokracznych sklepików i równie śmiesznych dyskontów dało by godność. Miasto? To była jakaś parodia, typowo polska zaściankowo dziura, gdzie od pokoleń wszyscy tak samo się znali i nienawidzili. Przyciemniane okulary i rower miały spowodować, że nie będzie musiała przyglądać się zbyt długo i dokładnie. Po prostu przejedzie je w minutę, ot i cała metropolia. Kilku miejscowych Delągów przypatrywało się jej z nabożnym znawstwem.

– Hej, może razem popedałujemy?

Reszty propozycji nie słyszała. Zresztą i tak by nie skorzystała. Nacisnęła mocniej na pedały i ruszyła w dół ulicy Partyzantów. To był jej prywatny Sybir. Dwieście pięćdziesiąt kilometrów zesłania.

Mieszkanie z panią Baranowską miało podstawową zaletę, kosztowało 300 złotych. Właścicielka pani Marianna Baranowska (przedstawiła się jako Marianka) była uosobieniem dobroci. Z sercem na dłoni wychodziła do każdego, troszczyła się o wszystkich, o bezdomne koty, zdechłą wronę, zamartwiała się o prezentera wiadomości, który zachorował na raka. Gdyby w Sevres pod Paryżem znajdował się wyznacznik dobra, niewątpliwie miałby cechy pani Baranowskiej. Do Juli zwracała się – koteńku, a gdy miała gorszy dzień – słoneczko. Wracając ze służby, Julia musiała przejść przez kuchnię. Pani Marianka proponowała herbatę, ciasteczka, potem przechodziła do dań głównych. Rosołek, pomidorowa, ogórkowa i oczywiście ziemniaki, które były podstawą wyżywienia każdego człowieka. Żeby zająć czymś ręce, pani Marianka szydełkowała. Juli wydawało się, że cały czas robi ten sam szalik. Musiał mieć co najmniej z kilometr. Troskliwość gospodyni doprowadzała do zabawnych sytuacji. Julia od jakiegoś czasu spała nago. Tak jej było wygodniej. Gdy rano obudziła się zobaczyła staruszkę krzątającą się po pokoju. Marianka najpierw podlała kwiaty, potem ściereczką przeleciała kurze. Doszła do krzesła gdzie wisiały majtki. Julia podniosła się.

– Pani Marianko, co pani tu robi?

– Śpij koteńku, śpij.

Julia zamknęła oczy. Czegoś takiego się nie spodziewała. Baranowska wzięła majtki i włożyła do kieszeni.

– Ja ci majtusie przepiorę.

„Uosobienie wszelkiego dobra” nie znosiła radia, którego słuchały jej rówieśniczki. W tym względzie była nowoczesna i wyzwolona z uprzedzeń. Na bieżąco śledziła TVN 24 i gdy tylko na czerwonym pasku pojawiała się jakaś ważna informacja, dzieliła się nią. Mówiła przy śniadaniu: „Tankowiec zatonął u wybrzeży Filipin”. Albo: „Wichura pod Częstochową przeszła”. Gdy nie było czerwonego paska, smutniała. Spoglądała za okno, gdzie od lat tkwił ten sam kasztan.

***

Nie od razu sierżant Kozak się zakochał. Początkowo w ogóle nie zwracał uwagi na posterunkową. Miał papiery do wypełnienia. Zaległe telefony, raporty, porozkładane na biurku skoroszyty. Wszystko to zwaliło się w jednej sekundzie – kiedy dowiedział się, że Słomka miał zawał i leży w szpitalu. Pracowitość i systematyczność sierżanta dała o sobie znać dość szybko. Kiedy z radia zaczęli nadawać „Powtórkę z rozrywki” miał wszystko pod kontrolą. Rozłożył gazetę i przeczytał: „Wiemy już z grubsza, gdzie szukać wrześniowych szczupaków. Pozostaje kwestia sprzętu i przynęt. Przypominam, że nastawiamy się na ryby okazowe i naszym podstawowym orężem – choć trudno go zaliczyć do sprzętu – musi być żelazny upór i cierpliwość”. Dopiero teraz uświadomił sobie, że przez cały czas towarzyszył mu ten zapach. To była ona. Posterunkowa Kowalska bezszelestnie od rana tkwiła przed monitorem, pachnąc (i to jak pachnąc!) Sierżant Kozak był trzydziestotrzyletnim kawalerem, którego jedyną miłością były ryby. Myślał o nich bez przerwy. Nocami śniły mu się karpiowe oczka, linowe zatoczki, okoniowe cyple. Na jawie przemierzał szuwary, tataraki, płynął łodzią. Kiedyś, parę lat temu miał kobietę, zamieszkali razem. Trwało to dwa tygodnie. Wybranka serca miała dość cuchnących rąk, łusek w skarpetach, opowieści o sandaczu w kulminacyjnych momentach. Kozak uwierzył w to, co mówili kumple: albo ryby, albo baba, w życiu nie można mieć wszystkiego. Teraz niespodziewanie jego wyposzczona wyobraźnia zaczęła przynosić dziwne, niepokojące obrazy. Oto posterunkowa w fartuszku, w bardzo króciutkim, spod którego widać uda, stoi przy kuchni i smaży karpie. Za oknem pada gęsty śnieg, widać pierwszą gwiazdkę. W telewizji Krawczyk śpiewa kolędę. Czy nie takie powinno być jego życie. Położył głowę na ręce, rozłożył się wygodniej. Kowalska spojrzała w bok, teraz dostrzegł jej profil. Nie była piękna, ale dość ładna, w sam raz. Może powinien jakoś do niej zagadać, cały czas tylko tak służbowo, nawet nie zdążyli przejść na ty.

– Posterunkowa…

– Tak, panie sierżancie?

– Co tam, robicie w tym komputerze?

– Instaluje system.

– A system…

Chciał powiedzieć coś mądrego, ale na systemach się na znał.

– Na rybach wczoraj byłem…

Milczała. Może nie lubiła ryb. Cholera, po co jej wyjeżdżał z tymi rybami. Odezwała się.

– No i…

– Parę leszczy, trochę płotek, nic takiego. Ale w sobotę jadę na szczupaki.

– Uwielbiam łowić ryby – powiedziała trochę od niechcenia posterunkowa.

I właśnie wtedy serce sierżanta Kozaka zaczęło bić innym rytmem. Niezmącony od lat spokój, leniwe pik, pik, zamieniło się w nawałnicę. Bumtarara grało radośnie i coraz głośniej. Bumtarara bum! Że życie ma sens. Że krew nie płynie bez potrzeby. Że serce to nie pompka, tylko czuły mięsień, cholernie czuły i bolesny. Chciał jej to powiedzieć, teraz i zaraz. Potem wziąć na ręce i nieść. Do domu, do garażu, do wędek, woblerów, żyłek, spławików. Żeby te jej śliczne rączki wszystkiego dotknęły, żeby się przekonały, jaki ma sprzęt, jaki świetny z niego wędkarz. To wszystko chciał powiedzieć świeżo zakochany sierżant Kozak, niestety zadzwonił telefon.

– Tak. Proszę mówić. Co? Gdzie? Skąd pan dzwoni? Pana nazwisko? Tak. I dokładny adres. Zaraz będziemy.

***

Z zagraconej sieni wchodziło się do dużego salonu, którego centrum stanowił kominek. Po lewej suto zastawiony stół. Chociaż widać było, że brakowało kobiecej ręki. Nie było kwiatów, stojaka na serwetki. Właściwie niewiadomo, na ile osób było to przyjęcie. Talerzyki stały jeden na drugim, a widelce w kubku. Wystarczyło spojrzeć na alkohole, żeby stwierdzić, że gospodarz do biednych nie należał. Oryginalna szkocka, metaxa, francuskie wina z wyższej półki. Na stole panował idealny porządek. Nikt tu niczego nie ruszał. Butelki miały firmowe banderole. Jeśli ktoś dokonał zbrodni, to jeden motyw można było wykluczyć. Który złodziej zostawiłby na stole taki zapas. Łóżko było z drugiej strony kominka. Julia stanęła, bo wydało się jej, że coś biegło w jej stronę po podłodze. To była cienka strużka krwi. Zrobiła krok i stanęła przy kominku. Dostrzegła nogi. Spody adidasów przyglądały się jej z obu stron łóżka. Mężczyzna leżał rozkraczony. Wyglądał trochę jak ofiara kowbojskiego pojedynku. Jakby pod wpływem siły pocisku „nakrył się nogami”. Wyciągnęła cyfrówkę i zaczęła robić zdjęcia. Nie wiedziała, dlaczego, ale coś, może policyjny nos, kazało jej to robić. W końcu odważyła się zobaczyć wszystko. Ofiara zamiast twarzy miała krwawą dziurę. Strzał z bliska, może z dubeltówki, samobójstwo? Nie. Facet mógł sobie strzelić w łeb, to się zdarzało, ale po jaką cholerę rozcinał sobie brzuch. Pstryknęła zdjęcie wiszącym z łóżka wnętrznościom. Praktyki w zakładzie medycyny sądowej dały o sobie znać, nie odczuwała żadnych ludzkich uczuć. Obejrzała ostatnie zdjęcie. Wyglądało jak reportaż z patroszenia kury na niedzielny obiad.

Pod oknem dostrzegła Kozaka. Pilnował jej.

– Żyjesz? – Bezceremonialnie przeszedł na ty.

Kiwnęła głową.

– Żyję. W przeciwieństwie do niego.

– Popatrz sobie popatrz, ale to i tak nie nasza sprawa.

Wzruszyła ramionami.

– Zaraz przyjdę, jeszcze chwileczka.

Gdy sierżant zniknął za rogiem, wyciągnęła z bocznej kieszeni spodni miarkę i zmierzyła ranę na brzuchu. Trzydzieści dziewięć centymetrów. Rozsądek podpowiadał, że cięcie było po strzale. Najpierw został zastrzelony. Potem oprawca, z sobie tylko znanych powodów, wykonał cięcie, jakby czegoś szukał w żołądku ofiary.

– Kowalska! – Kozak wsunął głowę w drzwi, ale w jego głosie nie było złości.

– Tak.

– Uważaj na ślady. Będą się wkurwiać.

– Uważam – Julia nachyliła się i powąchała wnętrzności.

Kozak syknął.

– Zwariowałaś?

– Sprawdzam czas zgonu.

– Dobra, dobra, idziemy stąd, trzeba zabezpieczyć obejście, zaraz zleci się tu cała wieś.

Wyszli. Przedstawiła mu swoją wersję zdarzeń. Sierżant nie miał głowy do cech specyficznych, ostrokrawędzistego narzędzia i nieznanego motywu. Bliskość Julii, spowodowała, że wyobraził sobie coś znacznie przyjemniejszego. Oto mazurska głusza, jezioro otoczone lassem, stary drewniany pomost. On nakłada rosówkę, idealną na okonia, ona wtulona w jego ramię, pyta, czy może się wykąpać. Pozwala jej. Rozbiera się na jego oczach i skacze. Krzyczy za nią – uważaj!

– Na co mam uważać? – Julia zatrzymała się gwałtownie.

Zaczerwienił się.

– No w ogóle. Morderstwo to morderstwo, nie ma żartów.

– Jestem policjantką.

– Wiem.

– Słuchaj, czy tu w okolicy dużo ludzi ma broń?

– Jaką broń?

– Myśliwską.

– Musisz zapytać się w Kole Łowieckim. Pewnie sporo. Wszędzie lasy, to ludzie polują, normalna rzecz. Uważasz, że zastrzelono go z dubeltówki?

– To zrobił ktoś tutejszy.

– Ale odkrycie! W dodatku nie poparte faktami. Czemu nie obcy?

– Obcy? Spacerujący po wiosce, z dubeltówką i siekierą. Nikt nie zwróciłby na niego uwagi.

– Skąd wiesz, że nie zwrócił. Przesłuchiwałaś świadków?

Rozejrzała się.

– Najbliższy dom, jakieś trzysta metrów, do tego ściany, wystrzał mógł być niesłyszalny.


Kiedy na miejscu zjawili się specjaliści od zabójstw, rola miejscowych stróżów prawa sprowadziła się do stójkowych. Wieś schodziła się ze wszystkich stron. Stare babinki okutane kraciastymi chustkami parły naprzód niczym rottweilery za świeżym mięsem. Towarzystwo spod sklepu z nadpitymi drinkami w zielonych butelkach. Młodzież ukradkiem paląca papierosy i dyskutująca o szczegółach zbrodni. Wszyscy wiedzieli o wszystkim. Ktoś widział zamaskowanych morderców jak przejeżdżali czarnym BMW. Ktoś wspomniał o podejrzanym typie kręcącym się po okolicy od dłuższego czasu. Zawiało grozą, która skończyła się wyniesieniem zwłok w plastikowym worku. W końcu policjanci zaczęli opuszczać dom. Drzwi zostały opieczętowane. Kowalska podeszła do wąsatego mężczyzny, który od początku wyglądał na prowadzącego śledztwo.

– I co? – zapytała czując na sobie wzrok kilkudziesięciu par oczu, równie jak ona, a może jeszcze bardziej czekających na odpowiedź.

Policjant nawet się nie zatrzymał. Dopiero koło furtki podzielił się refleksją.

– Jajco.

Julia przełknęła ślinę i ruszyła w stronę Kozaka.

– Myślisz, że powinnam mu dać w twarz?

– Oficerowi? Jasne. Zawsze.

– Może jeszcze kiedyś do nas wpadnie, przyjemniaczek. Słuchaj jak ty masz na imię?

– Andrzej – Kozak uniósł brwi, chciał coś jeszcze dodać, ale Julia w porę mu przerwała.

– No więc Andrzej, możesz się zgodzić, albo nie. Biorę się za tę sprawę.

– Nie zgadzam się. Kategorycznie się nie zgadzam. To jest wykluczone, absolutnie, nie ma o tym mowy.

W tym momencie stało się coś czego Kozak nie przewidział. O takim ciosie nie uczyli na kursach judo. Kowalska pocałowała go w usta. Ugięły mu się nogi.

– To będzie nasza słodka tajemnica.

Do końca służby Kozak pogrążył się w marzeniach. Występowały w nich ryby słodkowodne niemal wszystkich gatunków oraz usta Julii, które całowały go i mówiły: „To będzie nasza słodka tajemnica”.

***

Maziarczykowa nie przepadała za żadną władzą. Ani państwową, ani mundurową, ani kościelną. Na wybory nie chodziła i w nic się nie mieszała. Robiła swoje, a że czasem sobie trochę poplotkowała, to jej nikt tego nie mógł zabronić. Julia od dłuższej chwili próbowała nawiązać ze sklepową kontakt. Kończyło się na: „Ja tam nic nie wiem”. Kowalska doskonale pamiętała, że zeznania świadków nie były w śledztwie tak istotne, jak przekonywujący łańcuch dowodów rzeczowych. Co więcej bywały takie sprawy, że zeznania świadków opóźniały dochodzenie, a czasem wypaczały jego wynik. Świadkowie ze skłonnością do fantazjowania byli zmorą policji na całym świecie. Julia czuła, że kiedy Maziarczykowa zacznie mówić, będzie musiała przesiać jej wypowiedzi przez sito, posegregować i wyciągnąć esencję. Być może dziesięć procent z tego będzie mieć jakieś znaczenie. Jednego była pewna, sklepowa była w tej części świata osobą najlepiej poinformowaną. „Ja tam nic nie wiem” ewidentnie sugerowało, że jednak wie. Czuć to było z rozkładu akcentów, widać ze spuszczonego wzroku. Musiała wykonać pierwszy krok, z tak zwanej strategii kija i marchewki. Sięgnęła po kij.

– Nie chcę rozmawiać o ustawie, którą notorycznie pani łamie…

– Ja nic nie łamię, co ja łamię?

– Ustawa o wychowaniu w trzeźwości, mówi wyraźnie, kto sprzedaje alkohol osobom nietrzeźwym…

– To komu mam sprzedawać?

Julia mimowolnie uśmiechnęła się.

– Dalej, małoletnim…

– Ojców karać, że małych po wino wysyłają, jeszcze mówią, żeby na zeszyt. To moja wina, pani powie!

– Jednym słowem, pani koncesja na sprzedaż alkoholu wisi na włosku.

Sklepowa zaczynała pękać. Jej zwaliste ciało skurczyło się, do oczu napłynęły łzy. Pociągnęła nosem i westchnęła.

– Szkoda człowiek, taki żywy był i masz…, on tu wynajmował ten domek, bardziej na lato, sam mieszkał, chyba z Warszawy, samochód miał elegancki…

– Jak on się nazywał?

– Król. Adam Król.

Do sklepu wszedł mężczyzna. Gdy zobaczył, że Julia jest w mundurze, odwrócił się i zaczął uciekać. Julia ruszyła za nim. Usłyszała jeszcze głos Maziarczykowej – Mozart idioto, nie po ciebie przyszła!

Doprowadzenie Mozarta z powrotem do sklepu zajęło Julii kilka minut. Nie miał szans na otwartej przestrzeni. Dysproporcja w przygotowaniu fizycznym była porażająca, posterunkowa była jak gepard, Mozart jak pijany żółw.

– Dlaczego pan uciekał?

Mozart ciągle jeszcze łapał oddech.

– Ja uciekałem?

– Niech pan ze mnie nie robi idiotki!

– Ja robię z pani idiotkę?

– Dlaczego uciekałeś? – Julia przeszła na ty. Mozart nie zasługiwała na pana.

– Pani władzuchno, to jest tak, ja to mam od urodzenia, jak widzę mundur, to nie mogę się powstrzymać.

– Nie drażnij mnie.

– Gdzież bym śmiał. Prawdę mówię, sklepowa potwierdzi.

Maziarczykowa uniosła głowę z nad książki.

– Prawdę mówi.

– Nazwisko. Chyba nie nazywasz się Mozart?

– Moczulski. Roman Moczulski.

– Karany?

– Zdarzyło się.

– Za co?

– Za niewinność.

Julia delikatnie pogłaskała pałkę. Mozart zrozumiał aluzję.

– Za alimenty. I włam.

– I za pobicie – dodała Maziarczykowa, pochlipując.

– Siadaj! – Julia zmieniła ton głosu. Był teraz poważny i rzeczowy. – Zginął człowiek, został brutalnie zamordowany i ty Mozart jesteś podejrzany numer jeden.

– A dlaczego?

– Mów wszystko po kolei. Chyba że wolisz na komendę?

– Nie, wolę tu, ale mogę piwko, co, bo mi zaschło.

Kowalska kiwnęła głową. Maziarczykowa sięgnęła po zeszyt. Zapisała. Po chwili butelka zniknęła w brudnych łapach Mozarta.

– Było jak mówię.

Sklepowa włączyła się w zeznania.

Pani go nie słucha, w życiu słowa prawdy nie powiedział.

Mozart mruknął pod nosem przekleństwo.

– Pijemy, pijemy, pijemy.

– Starczy już – Julia podsunęła sobie krzesło. – Co było dalej?

– Pijemy dalej.

– Z kim?

Mozart wskazał głową na sklepową. Maziarczykowa zamknęła książkę, wytarła nos.

To nie było żadne picie, zwyczajnie.

Julia machnęła ręką.

– Jak to się skończyło?

Mężczyzna zerknął na pustą butelkę.

– Jak zwykle.

– To znaczy?

– Nie pamiętam. Bogusz mi opowiadał, że się biliśmy, to musiało być jakieś nieporozumienie, bo ja po wódce tylko śpiewam.

W kieszeni munduru Julii rozległ się walc. Na wyświetlaczu pojawił się numer sierżanta. Kozak poinformował ją stanowczym głosem, że przed chwilą dzwonił Słomka i że mają natychmiast jechać do szpitala.