Pogodynek

21.06.2010

Wydawnictwo Replika poleca thriller Steve'a Thayera rekomendowany przez Stephena Kinga. Patronat medialny nad książką objął serwis Zbrodnia w Bibliotece.

Steve Thayer

Pogodynek

przeł. Radosław Madejski

premiera: 12 lipca 2010 r.

Upalne lato w Minnesocie. Pozorny spokój niszczy niespodziewane tornado. W tym samym czasie, w brutalny sposób zostaje zamordowana młoda kobieta. Kolejne gwałtowne burze, wyjątkowe mrozy i nieoczekiwane powodzie coraz częściej zaskakują mieszkańców stolicy stanu. Jednocześnie odnajdywane są ciała następnych ofiar psychopatycznego mordercy, a ludzie dopatrują się w pogodowych anomaliach związku ze śmiercią kobiet. Kiedy podejrzenie pada na telewizyjnego pogodynka, Dixona Bella, bliski przyjaciel postanawia oczyścić go z zarzutów. Zdaje sobie jednak sprawę, że jego nadprzyrodzony dar przewidywania pogody, może mieć coś wspólnego z serią krwawych morderstw.

Czytałem Pogodynka z rosnącym podnieceniem i zaangażowaniem, które niewiele książek obecnie jest w stanie u mnie wywołać. (...) To zdumiewająca historia, jedna z tych, które zostaną w mojej pamięci na długi czas. Stephen King

Kalendarzowy Potwór z Minnesoty - recenzja

Książka o morderczych skutkach uwolnienia się naszych obsesji spod kontroli - Steve Thayer o Pogodynku

Przepisuję do upadłego - wywiad ze Stevem Thayerem

Steve Thayer (1953) - amerykański pisarz. Autor siedmiu powieści: Saint Mudd, The Weatherman, Silent Snow, Moon Over Lake Elmo, The Wheat Field, Wolf Pass i The Leper.

Tornado

Dixon Graham Bell cofnął się o krok, czując powiew wiatru. Idąc wzdłuż Nicollet Walk, przystanął po raz kolejny i spojrzał w głąb Eighth Street. Sznur samochodów wyłaniał się spod czarnogranatowej chmury stropowej, która wisząc nisko nad ulicą, rozprzestrzeniała się na zachód. Niebo nad jego głową zrobiło się ciemnozielone. Powietrze było nasycone elektronami, a wilgotność utrudniała oddychanie. Bell poczuł, jak na jego twarzy rozpryskuje się kropla deszczu.

W regionie Wielkich Jezior pogorszenie pogody następowało zwykle o piątej po południu, kiedy to ziemia parowała nagrzana słońcem, a w powietrzu wzbierała furia. Dixon Bell spojrzał na zegarek. Była za pięć piąta. Pozostało pięć minut do wejścia na antenę. Doskonale. Jeżeli Bóg istnieje, musi oglądać telewizję.

Bell schronił się przed deszczem w Crystal Court Plaza, zatarł ręce i stanął na ruchomych schodach, które uniosły go na położoną wyżej galerię. Nacisnął guzik przywołujący windę i zaczął niecierpliwie bębnić palcami o lustrzaną ścianę. Patrzył na ludzi przemykających przeszklonymi tarasami, które osłaniały ich przed deszczem. Jedni kierowali swe kroki do sklepu Daytona, inni pędzili do banku, a jeszcze inni, wracając do domu po skończonym dniu pracy, wstępowali do swojego ulubionego baru. Dixon Bell obejrzał się przez ramię. Wyświetlacz nad wejściem do banku informował, że temperatura wynosi 33 stopnie Celsjusza. Po chwili miejsce termometru zajął zegar. Do chwili wejścia na antenę pozostały cztery minuty. W bezużytecznym geście Bell ponownie dźgnął palcem podświetlany guzik windy, po czym z powrotem zaczął obserwować ciemniejące niebo.

Crystal Court, przeszklone centrum handlowe, przylegało do podnóża IDS Tower, najwyższego i najbardziej ekskluzywnego budynku w centrum Minneapolis. Jego kryształowe bryły odbijały światło i przyciągały słoneczne ciepło przez cały okrągły rok, ale ich wnętrze było całkowicie odizolowane od kaprysów aury. Tego dnia słońce szybko znikło, a pogoda z każdą sekundą stawała się coraz mniej przyjazna. Nadawanie serwisu informacyjnego ze studia położonego na najwyższym piętrze tego drapacza chmur miało swoje dobre i złe strony. Widok nieba nad głową i rozciągających się w dole bliźniaczych miast, Minneapolis i St. Paul, sprawiał niesamowite wrażenie, ale trudno było zapanować nad nerwami, kiedy sensacyjne wiadomości musiały odczekać swoje pod drzwiami windy pięćdziesiąt siedem pięter niżej.

Czarne, złowrogie chmury dryfowały po niebie w stronę błękitnego wieżowca. Dixon Bell obrócił się i z furią kopnął w drzwi windy. Łoskot wprawił w konsternację stojących obok ludzi. Czyżby to był ten dobroduszny facet, którego co wieczór oglądają w Channel 7? Potem, jakby na komendę, drzwi rozsunęły się i prezenter serwisu pogodowego wślizgnął się do windy.

Był to potężny, krzepki mężczyzna, który mierzył sobie ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Już dawno stuknęła mu czterdziestka i jego krzepa zaczynała obrastać tłuszczem. Dixon Bell przegrywał walkę z otyłością. Zbyt folgował swojej słabości do piwa, dlatego wsunięcie koszuli w spodnie stało się dla niego problemem. Nie tylko zresztą brzuch, ale i dolne partie jego ciała zostały dotknięte przypadłością powolnego, choć niepowstrzymanego rozrostu. I wcale nie pocieszał go fakt, że na ekranie telewizora nawet najszczuplejsza osoba sprawia wrażenie, jakby ważyła dziesięć kilo więcej.

Bell miał krzaczaste brwi i grube, ciemne, kręcone włosy, lekko przyprószone siwizną. Kobiety twierdziły, że jest słodki. Nie cierpiał tego określenia i uważał, że słodkie mogą być szczeniaki albo niemowlęta. Jego twarz wyglądałaby komicznie, gdyby nie blizna, która nadawała jej posępny wyraz kontrastujący z zaokrąglonymi policzkami. Jego wygląd był jednak zwodniczy. Taka zwalista sylwetka doskonale prezentowała się w telewizji, a kiedy otwierał usta, by mówić o pogodzie, podbijał serca ludzi. Słuchali go. Był meteorologiem i traktował swój fach ze śmiertelną powagą. Posiadał dar przewidywania pogody i był to dar, którego wielu mu zazdrościło.

Kiedy drzwi windy wreszcie się zamknęły, zegar nad wejściem do banku pokazywał 16:57. Trzy minuty do wejścia na antenę.


W tym samym momencie kapitan Les Angelbeck wychodził właśnie z windy na szczycie znajdującego się tuż obok parkingu Sky High. Obok wejścia do klatki schodowej węszyły psy. Angelbeck ruszył podjazdem na górną platformę. Schylił się, by przejść pod odgradzającą wejście żółtą taśmą z napisem „Policja – wstęp wzbroniony”. Kiedy znalazł się na otwartej przestrzeni, sięgnął po paczkę papierosów. Przyszła pora na marlboro. W Minnesocie przepisy były tak przejrzyste, jak niegdyś tutejsze powietrze, a palenie w miejscach publicznych było dozwolone tylko pod gołym niebem. Tego dnia niebo wyglądało bardzo nieprzyjaźnie, ale kapitan miał na sobie płaszcz przeciwdeszczowy. Zawsze był ubrany stosownie do pogody.

Przekroczył wiązkę grubych kabli, które ciągnęły się po betonie i przerzucone przez murek biegły w stronę telewizyjnych wozów transmisyjnych. Jakiś reporter stał przed kamerą i sprawdzał mikrofon, przygotowując się do relacji na żywo. Na drugim końcu platformy inny reporter robił to samo. Doświadczony gliniarz rozpoznał ich twarze, ale nie był w stanie przypomnieć sobie ani nazwisk, ani stacji telewizyjnych, dla których pracowali. Wszyscy oni, choć prawdopodobnie pochodzili z różnych stanów, byli ulepieni z jednej gliny: młodzi, szczupli, wymuskani i ufryzowani. Kwintesencja ugrzecznionej elegancji.

Les Angelbeck był stary i czuł, że ma już bliżej niż dalej. Dawno temu otrzymał propozycję odejścia na emeryturę, ale z niej nie skorzystał. Jego ludzie mówili, że wygląda jak Bear Bryant, tylko jest trochę niższy. Kapitan przypominał sobie, jak ów słynny trener piłkarski z Alabamy zakończył karierę zawodową, by odpoczywać i cieszyć się życiem. Sześć tygodni później zmarł. Emerytura, zamiast mu służyć, okazała się zabójcza. Zresztą Les Angelbeck wciąż zachowywał bystrość umysłu, a jego kasztanowe włosy nadal nie traciły barwy. Dokuczał mu jednak tytoniowy bronchit. Jego ludzie nazywali go Kapitan Marlboro. Oddychanie stawało się dla niego coraz trudniejsze. Wiedział, że papierosy mogą pewnego dnia pozbawić go tchu i zadusić na śmierć, tak samo, jak ktoś zadusił tę młodą kobietę, którą znaleziono na górnej platformie parkingu.

Jeśli chodzi o pracę policjantów, w Minnesocie płace były wysokie, a stopień ryzyka niski. Kapitan nie mierzył do nikogo z pistoletu od czasu II wojny światowej i lubił wspominać o tym młodym gliniarzom. W swej karierze, która trwała ponad czterdzieści lat, patrolował ulice Minneapolis, był oficerem śledczym w biurze szeryfa okręgu Ramsey w St. Paul i komendantem posterunku na sennym przedmieściu. Obecnie służył w wydziale kryminalnym policji stanowej. Jego biuro koordynowało śledztwa na terenie aglomeracji i wspierało policję w mniejszych miasteczkach w prowadzeniu poważniejszych spraw, jak morderstwa, uprowadzenia i handel narkotykami. Dwa razy w tygodniu Angelbeck uczył zagadnień ochrony prawa na kursach wieczorowych w North Hennepin Community College. Jego pozycja, doświadczenie oraz kontakty dawały mu dostęp do wszystkich szczegółów każdej sprawy kryminalnej na terenie stanu.

Angelbeck dotarł na miejsce, w którym kredowy kontur wyznaczał ułożenie ciała ofiary. Technicy posypywali proszkiem ściany transformatora i karoserię hondy w poszukiwaniu śladów linii papilarnych. Jeden z oficerów śledczych pochylony badał nawierzchnię platformy z lupą i pęsetą. Drugi robił to samo we wnętrzu samochodu.

Całą ekipą kierował detektyw Karl Schoenberger. Był to chłodny policjant o aroganckim usposobieniu.

– Kto pana tu wezwał, kapitanie?

– Akurat byłem w okolicy.

– Zastosował chwyt duszący – wyjaśnił Schoenberger. – Znał się na rzeczy i szybko z nią skończył. Żadnych śladów gwałtu.

– To przez ten upał – odparł Angelbeck. – Dowiedziono, że wraz ze wzrostem temperatury zwiększa się wskaźnik przestępczości.

– Dwie minuty – dało się słyszeć wołanie jednego z reporterów.

¬ – Telewizja uwielbia zabójstwa białych kobiet. – Schoenberger obrócił się w stronę wozów transmisyjnych. – Morderca nie mógł wybrać lepszego miejsca. To właśnie tutaj ci z Channel 7 parkują swoje samochody. Paru z nich przeprowadziło ze mną wywiad. Miałem już dzwonić do domu i powiedzieć dzieciom, żeby oglądały, ale oni wkleją tylko dziesięciosekundowy kawałek ze mną, a sami będą paplać przez dziesięć minut. „Wszystkiego się dowiedzieliśmy, bla, bla, bla”. Dupki.

Les Angelbeck zadarł głowę i spojrzał na wyrastający ze szczytu IDS Tower gąszcz anten, przez które przedzierały się burzowe chmury.

– Chyba nie jest najgorzej. W niektórych miastach zabójstwo to już żadna sensacja – odezwał się. – Czy na tym parkingu są jakieś kamery?

– Na dachu nie ma. Chodzi o warunki atmosferyczne.

Angelbeck omiótł wzrokiem wszystkie okna wychodzące na górną platformę parkingu.

– Czy ktoś z tych budynków cokolwiek zauważył?

– Pewna kobieta twierdzi, że wczoraj widziała, jak uciekał stąd jakiś mężczyzna w masce.

– W masce? Jakiej masce?

– Niebieskiej albo czarnej. Nie jest tego pewna. Biuro ofiary znajduje się dokładnie nad nami – oświadczył Schoenberger, wskazując palcem budynek po przeciwnej stronie ulicy. – Najwyraźniej miała stamtąd widok na swój samochód. Ale ktoś inny też musiał coś zauważyć.

Angelbeck spojrzał na miejsce, w którym znaleziono zwłoki.

– A może nie. To mi wygląda na martwy punkt. Gwałciciele potrafią wyszukiwać takie zakątki.

– To nie była napaść na tle seksualnym – przypomniał mu Schoenberger.

– Wszystkie napaści na kobiety mają podłoże seksualne. Macie coś jeszcze?

– Na transformatorze jest całkiem wyraźny częściowy odcisk palca.

– Nie ma czegoś takiego jak wyraźny częściowy odcisk palca.

– Jeżeli zostawił jakieś inne ślady, znajdziemy je.

Les Angelbeck zerknął na policjanta, który omiatał pędzelkiem ścianę transformatora, a potem wlepił wzrok w poczerniałe niebo. Ostatnie promienie słońca zanikały w mroku. Nad zachodnimi przedmieściami kłębiły się złowrogie chmury, które nadciągały w zastraszającym tempie.

– Jeśli pogoda na to pozwoli – odparł kapitan. – Lepiej się pospieszcie, bo zaraz rozpęta się tu piekielna burza.

Jakby na potwierdzenie swoich słów poczuł na nadgarstku uderzenie kropli deszczu. Niebo nad miastem przecięła rozwidlona błyskawica.

Po tylu latach śledczej roboty w głowie doświadczonego policjanta kłębiło się wiele myśli i pytań, kiedy patrzył na kredowy obrys ułożenia ciała. Dlaczego tutaj, w samym środku miasta, w biały dzień? Dlaczego nie ma śladów gwałtu ani rabunku? Dlaczego zabójca nie użył broni? Co to za człowiek, który zabija gołymi rękami? Angelbeck po raz ostatni zaciągnął się papierosem i odrzucił niedopałek, który odleciał wraz z podmuchem wiatru. Zerwała się ulewa. Wszyscy rzucili się w poszukiwaniu schronienia i tylko reporterzy telewizyjni nadal prowadzili relacje, stojąc w deszczu.

„To nie jest zabawne” – pomyślał Angelbeck, biegnąc. – „Gdy ofiarą jest kobieta, o nieznanym sprawcy zawsze mówi się w rodzaju męskim”. – Mam nadzieję, że zrobiła to jakaś baba – wymamrotał do siebie pod nosem. Schronił się pod zadaszeniem i zaniósł się kaszlem. – Jakaś gruba i brzydka megiera.


Kiedy do studia pozostało pięć pięter, a do rozpoczęcia programu niecałe trzy minuty, winda stanęła. Dixon Bell westchnął z rezygnacją. Potem rozsunęły się drzwi i doznał szoku. Niczym w scenie żywcem wyjętej z sennego koszmaru patrzył prosto w oczy zamaskowanego mężczyzny – ciemne przeszywające oczy zjawy z piekła rodem. Była to jedna z tych napawających grozą chwil, jakie zapadają w pamięć na całe życie. Swego rodzaju przestroga. Przeczucie zbliżającej się śmierci.

Mężczyzna nie był tak wysoki, jak Dixon Bell, ale miał szerokie ramiona atlety. Ubierał się ze swobodną elegancją: nosił drogą sportową marynarkę narzuconą na podkoszulek i dżinsy w kolorze wypłowiałego błękitu. Dłonie, na których widniały niewielkie blizny, trzymał wetknięte niedbale w kieszenie spodni, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie ma złych zamiarów. Wyglądało na to, że lubi niebieski, gdyż jego maska również miała taki kolor. Wykonana z delikatnej bawełny okrywała całą głowę, nadając jej kształt kuli o barwie pogodnego nieba. Pośrodku twarzy znajdował się czarny skórzany trójkąt zakrywający nos, który wietrzył nowe sensacje.


Osobą, która weszła do windy, był Rick Beanblossom.

– Cześć zapowiadaczu pogody – odezwał się. – Paskudnie się robi na zewnątrz.

Dixon Bell otrząsnął się z przerażenia, ale zachował ostrzeżenie w pamięci.

– Nadciąga cholerna burza. Od tego zaczniemy – odparł, po czym na chwilę zawiesił głos. – Jeśli w ogóle dotrę na górę.

– Nie. – Rick ostudził jego zapał. – Na pierwszy ogień idzie morderstwo.

W gorącej i parnej atmosferze czerwcowego dnia jechali razem windą, by przekazać w eter informacje o pogodzie i najświeższych wydarzeniach. Obaj byli weteranami z Wietnamu. Jeden walczył jako sierżant w piechocie morskiej, podczas wojny nieodwracalnie okaleczył swoją twarz i został odznaczony Krzyżem Marynarki, zaś drugi był oficerem sił powietrznych i nie zdobył żadnych medali prócz blizny na policzku.

Gęste cumulusy otoczyły drapacz chmur i pogrążyły go w mroku. Tylko przez okno od strony południowego zachodu wpadało trochę światła słonecznego o niezdrowym żółtym odcieniu. Wiatr szalał z furią, grube krople deszczu grzmociły o zabarwione na niebiesko szyby, ale w studiu trwały gorączkowe przygotowania i mało kto zwracał uwagę na pogodę. Wszyscy byli podminowani, a zwłaszcza realizator nadawanego o piątej serwisu. Dixon Bell wpadł z pośpiechem do studia i ruszył w stronę biurka, za którym siedział Chris Mack.

– Jakie dziś wchodzą relacje na żywo?

Chris Mack oderwał wzrok od komputera i spojrzał na duży okrągły zegar. Wskazówka minutowa zbliżała się do szczytu tarczy.

– Będą dwie – odparł. – Jedna z piętrowego parkingu, a druga to ujęcie z helikoptera na korki uliczne.

– Świetnie. Potrzebuję jedną minutę na samym wstępie. Trzeba powiedzieć Bucky’emu.

– O czym? Mamy morderstwo.

– Mamy załamanie pogody – rzucił Dixon Bell, oddalając się w kierunku stołu redakcyjnego.

Współczynnik wypalenia w zawodzie realizatora serwisu informacyjnego wynosi około czternastu miesięcy. Żarówki w studiu telewizyjnym są bardziej długowieczne. Problem po części bierze się stąd, że ktoś taki przez dziewięć godzin kleci trzydziestominutowe wydanie wiadomości, a potem, dosłownie w ostatniej chwili, do studia wpada prezenter pogody i krzykiem domaga się minuty na wstępie. Niewielu ludzi nie nabawiłoby się wrzodów żołądka przez coś takiego. Chris Mack dopędził Dixona Bella i pokazał mu trzymany w ręku scenariusz.

– Jedna minuta? Nic z tego. Wchodzisz po wiadomościach sportowych. A my tu mamy morderstwo.

– My tu mamy straszliwą burzę.

O ile sytuacje takie jak ta przyprawiały realizatora o zgagę, redaktorka wydania Gayle Banks poczuła przypływ adrenaliny. Żartobliwie nazywano ją Strzygą. Wiadomości z ostatniej chwili rozbudzały jej entuzjazm. Im gorsze wieści, tym bardziej była podniecona.

– Straszliwa burza? – zapytała. – Gdzie?

– Zacznie się za pięć minut nad naszymi głowami.

Gayle wetknęła głowę do kabiny dyspozytora.

– Jest gdzieś jakaś burza?

Realizator wiadomości nie posiadał się ze zdumienia

– Nie było żadnych ostrzeżeń o burzy. Jesteśmy pod obserwacją – wyjrzał przez okno, po czym zwrócił się do Bella. – Wciąż świeci słońce. Przejdziemy do tego zaraz po morderstwie. Zajmie się tym osobny reporter. Ona jest już wystarczająco rozgorączkowana.

– Co trzecia taka burza nie zostaje wykryta zawczasu ¬– poinformował go Dixon Bell. – Nie możemy dopuścić, aby ta była jedną z nich. Muszę ogłosić alarm.

– Oszalałeś Dixon. Tylko Państwowe Służby Meteorologiczne mogą wydawać takie komunikaty.

– Nie zamierzam czekać na tych błaznów. – Bell wymierzył palec w stronę Gayle. – Bierz radio i powiedz Bucky’emu, żeby odleciał na południe od rzeki Minnesota i kierował się na południowy zachód.

– Daj spokój, on obserwuje zatory na drodze 394.

– To dla jego bezpieczeństwa, do jasnej cholery.

– To coś więcej, niż relacja o korkach – zaprotestował Chris Mack. – Mamy cały cykl poświęcony problemom komunikacyjnym w okolicy. Jest doskonały. Prowadzi go Andrea.

Pokój redakcyjny serwisów informacyjnych mieścił się na antresoli. Na niższym, obszerniejszym poziomie, gdzie odbywała się ta toczona w biegu dyskusja, zbierano i przygotowywano wszystkie materiały do emisji. Na górze znajdowało się studio, z którego nadawano wiadomości oraz stanowisko kontrolne. To stamtąd pochodził jaskrawy blask reflektorów.

– Jedna minuta – zawołał reżyser planu.

– Daj mi trzydzieści sekund. – Dixon Bell pokonał schody i przebiegł przez studio.

– Ani sekundy! – krzyknął za nim realizator wydania, po czym spojrzał na Gayle marszcząc brwi. – To jakiś obłęd.

– Nigdy dotąd się nie mylił – przypomniała mu.

– Ale żeby ogłaszać alarm? – Chris Mack rozejrzał się dookoła. – A gdzie jest nasz najświętszy redaktor naczelny?

– Atak astmy – wyjaśniła Gayle. – Poszedł do domu, ciężko dysząc.

– Trzydzieści sekund – rozległo się wołanie reżysera planu.

Chris Mack potrząsnął głową.

– Dobra, niech tak będzie – oświadczył. – Na początek morderstwo, a potem od razu przechodzimy do pogody. Ale byłoby lepiej dla niego, żeby nie wszczynał alarmu, bo może się wpakować w niezłe gówno.

– Baza do Skyhawk7.

Ostatnie polecenia realizatora rozpaliły błyskawice w oczach jednej z najlepszych w branży poszukiwaczek sensacji. Dla Gayle Banks pęd do zdobywania i przekazywania informacji w eter stanowił zupełnie odrębną odmianę pędu. Kiedy Chris Mack pognał do pokoju redakcyjnego, by przekazać spikerom wytyczne dotyczące zmian, Gayle zaczęła szorstkim głosem rozmawiać przez radio z pilotem Bobem Buckridge’em, rozkazując mu obrać nowy kurs.

– Jakieś szkody wyrządzone przez burzę? – zawołała w stronę dyżurki dyspozytora. – Chcę natychmiast wiedzieć gdzie.

– Jaką burzę? – zdziwił się dyspozytor, który uważnie śledził prowadzone przez radio rozmowy.

Gayle okręciła się na pięcie i krzyknęła tak uprzejmie, jak tylko potrafiła, do fotografa Dave’a Cadieux’a.

– Wejdź z kamerą na dach i nie wracaj, dopóki nie będziesz miał na taśmie, jak domek Dorotki znika ponad tęczą.

Potem wróciła do rozmowy przez radio.

– Mamy tu poważną zmianę i to nie przelewki. Równolegle prowadzimy relacje na żywo w tym samym narożniku sekcji pierwszej. Wóz trzeci na dachu parkingu, najpierw łączymy się z wami. Montujemy materiał o zabitej panience plus wasze informacje do pierwszego wydania. Kiedy tylko Beth skończy mówić, schodzicie z linii. Bucky, w tym samym momencie wchodzisz na wizję. Potrzebujemy co najmniej piętnastosekundowej wstawki. To będzie wstęp przed nawijką Dixona o pogodzie. Po nim przerzucamy się z powrotem na Skyhawk, który filmuje chmury, wielkie, paskudne chmurzyska. A potem Bucky, będziesz mógł śmigać z powrotem nad 394 do sekcji trzeciej. Wszystkie ujęcia idą do nas i cały czas jesteś w pogotowiu, by ścigać burzę.

– Zrozumiano – w głośniku rozległy się przerywane trzaskami odpowiedzi.

Gayle odłożyła mikrofon i obróciła się w stronę grupy stażystów, którzy stali z rozdziawionymi ze zdumienia ustami. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Boże, jak ja uwielbiam ten bajzel!