ZwB Pani Ewo, zacznijmy od cytatu z Pani wypowiedzi na Biblionetce: „Wiecie, kiedy mieszkałam w mieście i po deszczu spomiędzy płyt chodnikowych wypełzały dżdżownice, to ja je zbierałam i zanosiłam na trawniki. Inni patrzyli na mnie jak na wariatkę. Może i nią jestem. Bo kto, jak nie wariat, wstaje o czwartej rano i gna do lasu, aby zobaczyć poranną mgłę, prześwietloną wschodzącym słońcem – i wówczas czuję się tak, jakbym była w strzelistym kościele” . To niezwykle wzruszająca wypowiedź. Często Pani tak robi?
Ewa Ostrowska Od dziecka. Wychowałam się przy lesie, w domu z wielkim ogrodem. Mój od dawna nieżyjący Dziadek często brał mnie na spacery. Pamiętam (może miałam trzy latka, może cztery), kiedy idąc z Nim przez łąki, zerwałam jakiś kwiatek, powąchałam, a potem rzuciłam. Wtedy mój Dziadek powiedział, że odebrałam w sposób bezmyślny temu kwiatkowi życie. „Popatrz, już umiera” – powiedział. I rzeczywiście: wiądł w oczach. Odtąd nie zrywam kwiatów. Odtąd omijam mrówki na leśnej ścieżce, wszelkie żuczki czy ślimaki. Lub te dżdżownice właśnie. To Dziadek nauczył mnie kochać zwierzątka duże i małe. A miłość do przyrody mam w genach. I chociaż niedługo mi stuknie siedemdziesiątka, w lesie czuje się jak w kościele. Czuję tam obecność Boga. Podobnie, gdy nad jeziorem obserwuję wschodzące słońce. Lot łabędzi tuż nad taflą wody. I wysłuchuję jedynej w swoim rodzaju mszy: ciszy, przerywanej śpiewem ptaków, szumem trzcin, pluskiem fali.
ZwB Pewnie więc i hobby ma Pani związane z przyrodą?
E.O. Hobby? Namiętnie od dziecka zbieram grzyby.
ZwB Czy w Pani utworach natura, kontakt z nią też jest ważna? O czym Pani najczęściej pisze?
E.O. Oczywiście, „natura” jest ważna, lecz tylko w niektórych książkach. W tych obyczajowych przeważnie. Unikam jak ognia „opisywactwa”, wtapiam ją w tło. Zdarza się, że spełnia ona ważną rolę dramaturgiczną, jak na przykład w powieści Owoc żywota twego czy Śniła się sowa. Często podkreślam nią nastrój, atmosferę. Czasem wystarczy jedno zdanie, aby osiągnąć zamierzony efekt.
ZwB A w Pani thrillerach jest zauważalna?
E.O. Nic się nie dzieje w próżni, prawda? W thrillerze Gra ze śmiercią w tle przyroda jakby uczestniczy w akcji powieści. Jest spójnikiem łączącym dwie rodziny, które przypadek splata ze sobą, doprowadzając w finale do dramatu. W oddanym niedawno do wydawcy thrillerze Bez wybaczenia również odgrywa podobną rolę.
ZwB W Pani książkach dużą rolę odgrywają emocje, na przykład narastające poczucie strachu. To na nich, a nie na przykład na poczynaniach głównego bohatera, skupia Pani uwagę. To istotne dla Pani? Pokazać człowieka rozedrganego, działającego pod wpływem emocjonalnego impulsu?
E.O. Dokładnie tak. Czynami człowieka kierują jego emocje. Tak nas uczy psychologia. Staram się, aby moi bohaterowie byli wiarygodni psychologicznie. Staram się odpowiedzieć na pytanie: jakie powody wyzwoliły w człowieku zło, dlaczego jest zdolny do okrucieństwa, do popełnienia zbrodni? W thrillerze Gra ze śmiercią w tle kolejne łańcuchy dramatów budują sami bohaterowie. Ich fobie, obsesje, psychozy, skrajny egoizm, chciwość, ale i samotność, a nawet rozpacz. Gra jest w zasadzie powieścią psychologiczną. A że przy okazji wyszedł thriller… to się zdarza. Natomiast w mojej pierwszej powieści kryminalnej, w Sidłach strachuŚcigany przez samego siebie) dla równowagi wprowadziłam postać pani Elizy Hoffman, która – tak sądzę – najpierw wywołuje u czytelnika uśmiech rozbawienia, ale potem każe siebie podziwiać za swoją inteligencję, umiejętność rozumienia ludzi. (wcześniej
ZwB Gra ze śmiercią, książka napisana przez Panią pod pseudonimem Nancy Lane, na okładce ma informację o tym, że pełna jest napięcia rodem z Hitchcocka. Do których filmów jej najbliżej?
E.O. Myślę, że do Psychozy. Wszystko, co dzieje się w Grze, wynika z obsesji, fobii, psychicznych okaleczeń moich bohaterów. Napięcie starałam się stopniować. Rośnie wraz z rozwijaniem się akcji. Nic się nie dzieje bez przyczyny. Wszystko ma swoją motywację psychologiczną. Jak w Psychozie. Są jednak ewidentne różnice. Psychoza jest filmem kryminalnym, w którym policja odkrywa prawdę. W Grze nie ma policji, detektywów, śledztwa. Nie ma, ponieważ Gra jest thrillerem psychologicznym.
ZwB A o jaką grę w niej chodzi?
E.O. Wydaje mi się, że każdy z nas prowadzi w życiu jakąś grę. Nakłada nam, w zależności od sytuacji, różne maski. Nie żyjemy na samotnej wyspie, lecz w określonych grupach społecznych, wtłoczeni w gorset obowiązujących zasad, wartości, konwenansów, nakazów i zakazów, z których nie wolno się nam wyłamać. W jednym z moich uwielbianych filmów, Siódmej pieczęci Bergmana, jest taka scena, w której Śmierć gra w szachu z rycerzem. Wygrana oznacza życie, przegrana – śmierć. „Gra” to jakby rozgrywana przez bohaterów partia szachów. Każdy gra o coś innego, nie wiedząc, że tą ostateczną stawką jest śmierć.
ZwB Całe szczęście, że w tej grze o życie, bohaterom pomagają takie postacie, jak wspomniana przez Panią Eliza Hoffmann przez dwa ff i dwa nn. Bystra, świetny psycholog, dobra obserwatorka. Nie kusiło Panią, by to ona została główną bohaterką powieści?
E.O. Eliza Hoffman myśli podobnie jak ja, że odrobina szaleństwa nie tylko nie przeszkadza, lecz wzbogaca osobowość, pozwala dostrzec rzeczy, których inni nawet przez szkło powiększające nie dostrzegą. Ale nie, nie kusiło mnie uczynienie z pani Elizy głównej postaci w Sidłach strachu. Wolałam, żeby dzięki niej nauczył się obserwować ludzi młody prokurator, ponieważ ustrzeże to go przed rutyną.
ZwB Szkoda ;-) Ta postać jest niesamowita. Przypomina trochę pannę Marple albo staruszki z Morderstw w Midsomer Caroline Graham – zdziwaczałe, ale uparte i obdarzone zarówno doskonałą znajomością psychologii, jak i intuicją. No właśnie, czytuje Pani kryminały?
E.O. Namiętnie. Też jakby „od zawsze”. Nie tylko z powodu kryminalnych zagadek. Bardzo często owe „ kryminały” poruszają ważkie tematy. Ujawniają zło tkwiące w człowieku. Każą czytelnikowi szukać odpowiedzi, jak to możliwe, że człowiek jest zdolny do popełnienia zbrodni. Oczywiście, mam na myśli dobre kryminały, a nie kryminalną sieczkę w rodzaju „zabili go, a on uciekł”.
ZwB A jak Pani ocenia stan literatury kryminalnej sprzed kilkudziesięciu lat w porównaniu ze współczesnym? Wiele się zmieniło?
E.O. Trudne pytanie. Nie wiem, czy posiadam prawo oceniania innych. Powiem tak: w rzeczywistości PRL większość kryminałów polskich autorów nie grzeszyła odpowiednim poziomem. Czytając je, często się zastanawiałam, czy milicjanci są rzeczywiście aż tak mocno ograniczeni. Lubiłam kryminały Joanny Chmielewskiej, były inteligentnie napisane, zrywały w z typowym dla kryminału standardem. Poza dyskusją pozostają świetne powieści kryminalne Joe Alexa. I chyba tylko te dwa nazwiska się liczą z tamtego okresu. Ale tłumaczono klasyków literatury kryminalnej amerykańskie, wymienię choćby Żegnaj laleczko Chandlera czy Jego dwie żony Quetina albo Simenona z niezapomnianym komisarzem Maigret. No, była również Agata Christie, lecz ja za nią akurat nie przepadałam. Jednym słowem – było więc co czytać.
ZwB A aktualnie piszący autorzy? Ma już Pani swoje sympatie?
E.O. Podobają mi się powieści Lisy Garden, Johna Grishama. Niewiele mam jednak czasu na czytanie. Dużo pracuję.
ZwB Zdradzi nam Pani, nad czym?
E.O Właśnie skończyłam pisać Bez wybaczenia. Miała to być współczesna powieść kryminalna, dziejąca się tu i teraz, ale… wyszedł thriller! Już przesłałam go do wydawnictwa. Mam ogromną tremę. Jak zwykle. Po każdej ukończonej książce – wielka trema i jeszcze więcej wątpliwości.
ZwB O, to będziemy jej wypatrywać. Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

Ewa Ostrowska – znana i ceniona autorka wielokrotnie wznawianych powieści obyczajowych oraz powieści dla młodzieży. Jej książki doczekały się licznych tłumaczeń, m.in. na język czeski, słowacki, węgierski i rosyjski. Jest laureatką wielu nagród literackich, m.in. prestiżowej nagrody IBBY oraz Nagrody Prezesa Rady Ministrów za twórczość dla dzieci i młodzieży.