ZwB Panie Jacku, kiedy postanowił Pan zacząć pisać?
Jacek Skowroński Przypuszczam że niemal wszyscy chwytają za pióro pod wpływem lektur, które urzekły i skłoniły do postawienia sobie pytania: Czy ja sam nie umiałbym napisać czegoś równie pięknego? Nie potrafię wskazać tego momentu, to raczej była myśl przebijająca się powoli do świadomości. Gdzieś pod koniec szkoły średniej stała się wyraźniejsza, w czasie służby wojskowej napisałem na przedpotopowej maszynie pierwsze opowiadania fantastyczne. Przemilczmy litościwie fabułę.
Potem nastąpił długi okres zawirowań życiowych splątanych z zawirowaniami politycznymi w kraju nad Wisłą, lecz myśl o napisaniu powieści nigdy mnie nie opuściła. Jednak nie byłem pewien, czy potrafię, więc pod koniec 2006 r. wysłałem opowiadanie do magazynu „Alfred Hitchcock poleca”. Ku memu wielkiemu zaskoczeniu i jeszcze większej radości ukazało się w kolejnym numerze, więc nie miałem innego wyjścia, jak napisać powieść… I udało się.
ZwB Co dla Pana jest najważniejsze w pisaniu? Co Pan chce osiągnąć?
J.S. Sam często zadaję sobie takie pytanie. Pieniądze, sławę i nieśmiertelność…? Są o wiele łatwiejsze sposoby zarabiania na życie, sława to rzecz ulotna i przychodzi za nią drogo płacić. Więc chcę po prostu robić coś, co lubię, a czytelnikowi dostarczyć chwil wytchnienia od codzienności. Tylko i aż tyle.
ZwB Mnie się to wydaje najważniejsze, a jednak mało kto tak po prostu przyznaje się do tego, że pisze, bo to lubi... A czy pisząc, wyobraża sobie Pan czytelnika? Nie boi się Pan, że będziemy szukać wpadek?;-)
J.S. Nieustannie mam przed oczyma czytelnika, zastanawiam się, czy nie nudzę przypadkiem, czy postaci dają się lubić albo nienawidzić, byle tylko nie stały się obojętne. Nie martwię się specjalnie o ewentualne wpadki fabularne, starając się tak konstruować akcję, żeby ciągi przyczynowo-skutkowe pojawiały się niejako samoistnie. Sam dokładnie nie wiem, co spotka mojego bohatera za kilkanaście stron, więc właściwie jestem pierwszym czytelnikiem.
ZwB Czytelnicy często do Pana piszą?
J.S. Listów dostaję sporo, z najczęściej przewijającym się motywem: "Kiedy kontynuacja przygód złodzieja?". Nie planowałem kontynuacji tej postaci, ale powoli zaczynam się łamać…
Najpiękniejszy list, który przyszło mi czytać, zaczynał się pytaniem: "Czy Pan naprawdę jest złodziejem…?". Trudno chyba o większy komplement. Ciągle czekam na maila od kogoś, kto na podstawie mojego opisu skonstruował urządzenie do otwierania sejfów, z informacją, że działa… To by było coś!
ZwB ;-))) No, mam jednak nadzieję, że przestępcy nie szukają w kryminałach inspiracji. Raczej jest na odwrót. No właśnie: czy w którymkolwiek miejscu wzorował się Pan na jakichś realnych postaciach, wydarzeniach?
J.S. Wszystkie persony są mniej lub bardziej autentyczne, niektóre to kompilacja cech wyglądu i charakteru spotkanych w życiu ludzi, inne wymyśliłem na potrzeby fabuły, by w trakcie pisania przekonać się, że niepostrzeżenie nabierają znajomych rysów. Jedna z epizodycznych, ale ważnych postaci jest od początku do końca prawdziwa, nie zdradzę która, pozostawiając to domyślności czytelników. Z wydarzeniami sprawa ma się bardzo podobnie – w dobie władzy mediów jesteśmy zewsząd atakowani doniesieniami o najrozmaitszych zbrodniach i występkach, wiec choć powieść w sferze fabularnej jest fikcją, to wszystkie epizody, jeśli nawet gdzieś się nie zdarzyły w realnym świecie, na pewno mogły się zdarzyć. A jeśli autor osobiście otarł się o niektóre wątki kryminalne, przecież nie przyzna się do tego publicznie…
ZwB Skąd wziął Pan pomysł na fabułę powieści Był sobie złodziej?
J.S. Pisanie powieści jest okazją do przeżycia przygody, na którą w realu nie ma najmniejszej szansy. Zapewne istnieją ludzie, którzy nigdy nie zastanawiali się, jak to jest być przestępcą, czy nie zabrakłoby im odwagi, inwencji oraz sprytu, czy wreszcie sumienie pozwoliłoby im postępować w taki sposób. Tak, istnieją na pewno, ale większość z nas jest zdolna do czynów skrajnych, a przeszkodą jest tylko wychowanie i… brak okazji. Nie jestem wyjątkiem, opowieść powstawała bez szczegółowego planu, po prostu wyposażyłem bohatera w określone atrybuty, zainicjowałem stan początkowy i obserwowałem. Znając własną wyobraźnię i przeróżne doświadczenia życiowe, byłem pewien, że właduje się w kłopoty, jakich świat nie widział. Nie zawiódł mnie.
ZwB To bardzo ciekawa opinia na temat natury człowieka. Naprawdę myśli Pan, że tylko wychowanie stoi nam na przeszkodzie do realizacji naszych prawdziwych instynktów?
J.S. Naukowcy spierają się z zapałem, czy na nasze życie większy wpływ mają geny, czy może oddziaływanie środowiska, w jakim dorastaliśmy. Niewątpliwie i jedno, i drugie, ale warto zdawać sobie sprawę, że w gruncie rzeczy jesteśmy egoistami nastawionymi na zaspokajanie przyjemności i potrzeb życiowych. Można dorabiać do tego dowolną ideologię, wskazywać przykłady niezwykłego altruizmu przedstawicieli homo sapiens, lecz pozostaje niezbitym faktem, że ilość uczynków niemoralnych rośnie nieubłaganie, gdy nie spodziewamy się kary. Naturalnym odruchem dziecka jest przywłaszczanie sobie zabawek należących do rówieśników i wcale niełatwo wytłumaczyć mu, że to jest złe. Mały człowiek nie pojmuje tych spraw w kategoriach moralnych, widzi coś ładnego, smacznego lub intrygującego i po prostu pragnie to posiadać. Duży człowiek wie, że wyrządza takim czynem komuś krzywdę, ale musiał się tego nauczyć w dzieciństwie. Można nawet zaryzykować tezę, że skłonności przestępcze były niebagatelnym czynnikiem rozwoju ludzkości – dążenie do posiadania dóbr materialnych zawsze prowokowało masowe konflikty, a wojny stymulowały powstawanie nowych technologii oraz strategii. Nie byłoby to możliwe, gdyby ludzie posiadali wyłącznie instynkt łagodnego roślinożercy.
ZwB A jak Pan widzi w tym kontekście rolę literatury kryminalnej? Jest czymś w rodzaju odgromnika?
J.S. Irek Grin powiada, że z pisania kryminałów nie da się wprawdzie wyżyć, ale przynajmniej można się wyżyć. Dla pisarzy niewątpliwie jest to rodzaj doświadczania wrażeń, na które najczęściej nie mają szans w rzeczywistości, dla czytelnika podobnie. Literatura kryminalna mieści się w sferze szeroko pojętej rozrywki popularnej, a fakt, że poszukuje się w niej emocji związanych z występkiem i zbrodnią, mówi sam za siebie. Ludzie nie sięgaliby zapewne po tego typu literaturę, gdyby nie fascynowało ich obcowanie z ciemniejszą stroną naszej natury, gdyby nie utożsamiali się, choćby podświadomie, z bohaterami, a sumienie mieli zawsze czyste jak świeżo przedestylowany bimberek…
ZwB A proszę powiedzieć, czy w Pana ocenie proza sensacyjno-kryminalna oferuje coś więcej niż czystą rozrywkę?
J.S. Cokolwiek by nie mówić i jakkolwiek nie klasyfikować gatunku, ten rodzaj prozy jest z pewnością najpojemniejszy. Oprócz zbrodni i związanej z nią tajemnicy jest w nim miejsce dosłownie na wszystko. Kostium kryminalny może skrywać rozważania filozoficzne, krytykę aktualnej polityki czy stosunków społecznych, dotykać sfery uczuć, nie unikając penetrowania najintymniejszych zakamarków ludzkiej psychiki. Klasyczny schemat: przestępca kontra bezpłciowy detektyw, rozwiązujący zagadkę siłą czystego intelektu, odchodzi do lamusa, gdyż kryminał jako gatunek reaguje na wyzwania współczesności, odzwierciedla zagrożenia i lęki, jakie jeszcze niedawno były nam obce. Ponadto różne rodzaje literatury przenikają się wzajemnie do tego stopnia, że krytycy mają problem z odpowiednim szufladkowaniem, lecz dzięki temu czytelnik, poszukujący czegoś więcej niż czystej rozrywki, nie omija automatycznie półki z napisem: kryminał.
ZwB No to teraz zaczniemy temat-rzekę: jakie kryminały Pan czytuje i jakie lubi?
J.S. Dawno uwiodły mnie czarne kryminały Hammetta i Chandlera z ich niepowtarzalnym klimatem mrocznych zakątków miasta i ludzkiej duszy oraz typem bohatera, który zdaje się mieć tym więcej dystansu do brudnej rzeczywistości, im bardziej się w nią zagłębia. W podobnej stylistyce utrzymuje się Mankell, więc nie jesteśmy skazani jedynie na odkurzanie klasyków. Jednak czytam bardzo dużo, zależnie od nastroju, pory dnia czy roku i okoliczności sięgam po najróżniejszych autorów. Lubię precyzję Joe Alexa, ogromny sentyment czuję do niepodrabialnej narracji Joanny Chmielewskiej, Marek Krajewski urzeka treściwymi opisami (choć sam twierdzi, że nie przepada za tą stroną pracy twórczej), a w Śledztwie Lema wciąga mnie rodzaj zagadki, która znajduje wyjaśnienie, lecz nie rozwiązanie. O pasjach literackich można rozprawiać w nieskończoność, więc żeby nie przeciągać – cenię pisarzy z rozpoznawalnym stylem, którzy porywają się na nieoczywiste rozwiązania fabularne.
ZwB A w jakim klimacie sytuowałby Pan swoją twórczość? Co w Pana stylu wydaje się Panu najbardziej charakterystyczne?
J.S. To niełatwe pytanie, trudno na własną twórczość spojrzeć z odpowiednim dystansem, więc może odpowiem nie wprost. Pokładam ogromną wiarę w wyobraźnię czytelnika i jego zdolność do własnych ocen. Staram się nie przeładowywać narracji freudowskimi analizami psychiki bohaterów, niech konteksty, sytuacje i zachowania postaci mówią za siebie. Nie narzucam sposobu postrzegania, każdy ma prawo po swojemu odbierać historię, widzieć ją zupełnie inaczej niż ja, nic mi do tego. Sam nie przepadam za czarno-białymi, przewidywalnymi do bólu marionetkami w ręku wszechwiedzącego autora, i jestem pewien, że odbiorca również nie tego oczekuje, toteż pozostawiam postaciom sporo autonomii w sferze zachowań i reakcji na sytuacje skrajne. Chciałbym, by moją prozę czytało się, zapominając o narratorze, niech nie przeszkadza w podróży, którą proponuję czytelnikom.
ZwB O jakiej postaci chciałby Pan napisać, ale się boi? Taki bohater marzeń…
J.S. Pani redaktor jest jasnowidzem…? Bo istotnie jest taki bohater, którego nieco się obawiam. Skoro był już złodziej, i śmiem twierdzić, czytelnicy go polubili, sporym wyzwaniem byłby płatny morderca, który również daje się lubić, a przynajmniej można zrozumieć kierujące nim motywy. Posiadałby on swoisty kodeks honorowy i zasady, moglibyśmy, niczego nie przeczuwając, mijać go codziennie na ulicy. I wbrew pozorom nie jest to postać z Księżyca, z całkiem dobrego źródła wiem, że tacy u nas istnieją. Co bynajmniej nie znaczy, że chciałbym portretować konkretną osobę, interesują mnie właśnie motywy, a fakt, że nie byłby to typ o obliczu zwyrodniałego kryminalisty, stwarza wiele możliwości…
ZwB Uff, to są marzenia ;-) Wierzę, że za jakiś czas będziemy mieli okazję poznać takiego bohatera. Ale zajmuje się Pan nie tylko twórczością własną. Współtworzy Pan pismo „Qfant”, które również interesuje się kryminałem. Opowie nam Pan o nim?
J.S. Ponad rok temu zadzwonił do mnie Piotr Michalik z pomysłem założenia pisma publikującego prozę fantastyczną, mającego w zamyśle przerodzić się w papierowy periodyk. Pomysł wydał mi się wystarczająco szalony, by natychmiast wejść w to całym sercem, ciałem i duszą. Błyskawicznie, jak na nasze realia, skompletowaliśmy zespół redakcyjny, formuła uległa rozszerzeniu na kwartalnik fantastyczno-kryminalny z opowiadaniami, recenzjami, komiksem, publicystyką i grafiką. Współpracują z nami pisarze i debiutanci. Rezultaty cyklicznego konkursu na opowiadanie „Horyzonty wyobraźni” przeszły nasze najśmielsze oczekiwania – wystarczy powiedzieć, że nadeszło ponad pięćset prac, a jury pod przewodnictwem Andrzeja Pilipiuka miało niemały zgryz z wyłonieniem sześciu laureatów. W tym roku "Qfant" szykuje mnóstwo niespodzianek, więc serdecznie zapraszam wszystkich miłośników mocnych wrażeń.
ZwB Dziękujemy. W paru miejscach natknęłam się na informacje, że z niejednego pieca jadł Pan chleb, prowadzi Pan lokomotywy, potrafi strzelać z karabinu… Co z tego jest prawdą?
J.S. Cóż, nie ukrywam, że jestem raczej niespokojnym duchem. Swego czasu studiowałem w ZSRR ekonomię (sic!), żeby było jeszcze dziwniej – na Syberii, więc miałem niepowtarzalną okazję zetknięcia z realnym zimnem i nierealnym komunizmem, ale też z wieloma wspaniałymi ludźmi. Imałem się wielu zajęć, od brukarstwa po naprawianie lokomotyw (jedną udało mi się nawet rozbić, lekko na szczęście). Jestem pewien, że nawet jeśli umiejętność strzelania lub posługiwania się białą bronią nie jest pisarzowi niezbędna, to i nie przeszkadza. A przeróżne doświadczenia życiowe, jak choćby otarcie się o środowisko określane jako „głęboki margines”, sprawiają że stworzone postaci są mniej papierowe, a ich postępowanie zaskakuje czasem samego autora…
ZwB No to teraz na sto procent pobudził Pan ciekawość naszych czytelników… Mam nadzieję, że wszystkie te doświadczenia zaowocują wybuchową intrygą w kolejnej powieści. Bardzo dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska
Jacek Skowroński (ur. 1963) – współzałożyciel i zastępca redaktora naczelnego magazynu fantastyczno-kryminalnego "Qfant", laureat Grand Prix Ogólnopolskiego Konkursu na Opowiadanie Kryminalne (2008 r.). Autor powieści sensacyjno-kryminalnej Był sobie złodziej. Mieszka w Warszawie, studiował ekonomię w Nowosybirsku i Moskwie, absolwent SGH. Żonaty, córka Sabina. Imał się wielu profesji, zarabiając na życie między innymi jako tragarz, brukarz, sprzedawca butów, włóczęga. Kosmopolita z zamiłowania, kryminalista z wyboru.