Sopot to mój matecznik, moja mała ojczyzna...

17.03.2008
Sopot to mój matecznik, moja mała ojczyzna...

ZwB Panie Marku, wiatr w Sopocie rzeczywiście jest słony?

Marek Idczak Jest. I kto choć raz tam był, szczególnie słotno-jesienną porą, ten musiał to wysmakować w powietrzu. Tak pachnie jesień nad morzem.

ZwB Słony wiatr nie jest Pana pierwszym dziełem, prawda? Kiedy poczuł Pan wenę twórczą?

M.I. Zaczęło się od wygrania pewnego konkursu literackiego, na który posłałem moje pierwsze w życiu napisane opowiadanie. To opowiadanie jakimś cudem wygrało ów konkurs, wpędzając mnie w zakłopotanie… Oczywiście cieszyłem się i to bardzo, ale jako autor jedynego, zaznaczam, opowiadania (nic w tzw. szufladzie nie posiadałem) byłem w dosyć dziwnej sytuacji, niezręcznej i może nawet wstydliwej. Taka wygrana to przecież znakomita okazja, ażeby się na przykład zaprezentować potencjalnemu wydawcy, tymczasem ja nic do zaoferowania nie miałem. Dopiero status laureata zapędził mnie do pisania. W ten sposób powstały Opowiadania z Ogrodowej, moja pierwsza książka, którą raczył wydać Czytelnik. Ta Ogrodowa to ulica w dolnym Sopocie, przy której przez pierwszych kilkanaście lat życia mieszkałem. Zbiorowym bohaterem opowiadań są dzieciaki, którym wraz ze mną przyszło spędzać tam dzieciństwo.

ZwB Rozumiem więc, że była to poniekąd rzecz autobiograficzna?

M.I. Wbrew pozorom w minimalnym stopniu. Niemniej wymyślony przeze mnie podwórkowo-magiczny świat zawiera odpryski zdarzeń prawdziwych, jak choćby wielki pożar BWA. Prawdziwe są też imiona występującej tam dziatwy, rozmaite opisy czy charakterystyczne, uliczne szczegóły, które – jak się po wydaniu książki okazało – są doskonale pamiętane przez wcale niemałą liczbę dolnosopocian. Mam tu na myśli szpital reumatologiczny czy okoliczne sklepy.

ZwB Tak opisane miasto musi dla Pana wiele znaczyć. Czy to miejsce szczególne dla Pana?

M.I. Oczywiście, to mój matecznik, moja mała ojczyzna. To tam, otoczony przygasłym blichtrem staromodnego kurortu, gdzie niepodobna było znaleźć dwóch identycznych domów czy podwórek, się wychowałem. Kto wie, może to właśnie temu szczególnemu miejscu, myślę tu o wyjątkowej architekturze, nadmorskiemu i nadleśnemu położeniu tego miasteczka, zawdzięczam moją wrażliwości, której wciąż nie mam odwagi nazwać pisarską. Sopot jest idealną scenerią dla każdego rodzaju literatury. Można tu pomieścić akcję łzawego melodramatu, romansu czy wielkiej egzystencjalnej powieści w typie Czarodziejskiej góry i wszystko będzie pasowało!

ZwB Tak, Czarodziejska góra rzeczywiście mogłaby się dziać w Sopocie. Myślę, że sopocianie nie mieliby nic przeciwko temu ;-) Wiele tu miejsc pobudzających do refleksji, ale i sprzyjających rozrywce. Ma Pan swoje znaczące zaułki, ulice, ulubione puby?

M.I. Niestety, tych moich miejsc już nie ma. To była właśnie Ogrodowa z nieistniejącym już ogrodnictwem czy podwórkami ciągnącymi się pomiędzy urokliwymi rybackimi domkami, na których miejscu zrobiono obecnie niepiękny parking. Na szczęście Sopot ma całe mnóstwo innych, wartych oka i serca zakątków. Jeśli zaś idzie o przybytki z muzyką i „czymś” jeszcze, to ja osobiście najlepiej czuję się w Art Deco. Może bierze się to stąd, że vis a vis tego miejsca mieszkał mój kolega.

ZwB Już wiemy, że lubi Pan twórczość Tomasza Manna, a czyta Pan kryminały?

M.I. Obecnie nie czytam kryminałów, chyba że swoje, he, he, he. Ale parę w życiu przeczytałem i to z wielką przyjemnością. Jednym z nich była MacLeanowska  Lalka na łańcuchu… Po czymś tak znakomitym, przynajmniej w moim przypadku tak było, przechodzi ochota na następne. Po prostu nie chce się psuć wrażenia. Za to filmów oglądam naprawdę dużo, a wśród nich również kryminały. Do moich ulubionych należy, m.in. nurt zwany noir, głównie z Bogartem (te filmy nic a nic się nie starzeją). Ale nie tylko te stare, bo te nowsze, jak Chinatown czy jeszcze nowszy Harry Angel albo Tajemnice Los Angeles, a nawet Łowca androidów, który mimo,że science-fiction, to również czerpie z tamtego gatunku, również trzymają poziom.

ZwB  Intryguje więc Pana ciemna strona miasta i ludzi. Wszystkie te filmy, które Pan wymienił, mają chandlerowską gęstą, ponurą atmosferę i wyrazistych bohaterów. W swojej powieści chciał Pan osiągnąć taki efekt?

M.I. Częściowo tak. Tyle, że w tym miejscu należałoby napomknąć, że Słony wiatr nie jest książką kryminalną ani nawet sensacyjną. To rzecz jak najbardziej obyczajowa, posiłkująca się tylko formą charakterystyczną dla kryminału. Mamy więc tu zbrodnie, zbrodniarza i węszących mu po piętach stróżów prawa. Akacja książki zaczyna się w latach siedemdziesiątych poprzedniego stulecia, a więc siłą rzeczy adwersarzami naszego bohatera są tu funkcjonariusze MO, których z kolei potraktowałem więcej niż z przymrużeniem oka. Mamy więc tam wesołe momenty. Ale nie jest to też komedia oczywiście. Już raczej minisaga rodzinna (nad którą zawisło pewnego rodzaju fatum).

ZwB Myślę, że to ważne stwierdzenie, iż Pana książka jest w gruncie rzeczy tekstem obyczajowym, bardzo nostalgicznym. Ma się wrażenie, jakby chciał Pan utrwalić upływający czas, a ten wiatr Panu wciąż przeszkadza. Wierzy Pan w zbawienną dla ludzkich historii moc książek?

M.I.  Ładnie powiedziane z tym wiatrem, ale czy książki mają zbawienną moc, to nie wiem. W każdym razie jakąś moc mają, to pewne. Przychodzi mi do głowy Archipelag Gułag Sołżenicyna, który zupełnie zmienił sposób patrzenia świata zachodniego na ówczesny Związek Radziecki. Tu nawet słynny referat Chruszczowa tyle nie namieszał, co ta właśnie książka. Dla nas, na tak zwanym Wschodzie, ta książka nie była z tych, co to otwierają nowe obszary. W zdecydowanej większości wiedziało się, czym tak naprawdę jest komunizm. Zachód tej prawdy nie przyjmował do wiadomości, ignorował, i ciągle, co dla zamkniętych za żelazną kurtyną było najbardziej nieznośne, migdalił się na salonach do kolejnych sekretarzy generalnych. To właśnie z tej postawy brało się przeświadczenie o wieczności tego systemu, który gdy zabrakło tejże kurtyny, między innymi dzięki tej książce, rozpadł się w krótkim czasie. Moje książki do takiej roli szczęśliwie nie aspirują. Niemniej warto napomknąć, że nie przypadkowo dzieją się w latach siedemdziesiątych, a więc w czasach komunizmu. Zza pleców bohaterów, czy to są milicjanci, bandyci, sprzedawczynie, zwykli gapie na ulicy, czy dzieci, ten system przecież wyziera. A wyziera ku pamięci, ale nie tej wygładzającej kanty naszych wspomnień i sprawiającej, że zamieniają się w nostalgiczną zbitkę, składającą się ze smaku różowej lub białej oranżady, lodów mewa, owocowych groszków, do tego jeszcze dorzućmy Ładne oczy masz, odcinek Tolka Banana - i już nam miękko pod serduszkiem, i już się chcemy spotykać z koleżankami i kolegami z tamtych lat, a tej spychanej, niechcianej, o biedzie, mordędze kolejek, tego chodzenia z opuszczoną głową, chamstwie, szarzyźnie, brudzie, sypiących się domach…

ZwB Tak, to bardzo ważne, co Pan mówi. Mamy tendencję do zapominania o tej stronie tamtych czasów. Jednak, wracając do Pana ulubionych filmów, nie chciał Pan umieścić swojej powieści na przykład w latach trzydziestych, jak w Chinatown?

M.I. Otóż wymyśliłem sobie, ażeby pokazać momenty przełomowe dla życia opisanej przeze mnie rodziny i wpisać je w czasy przełomów historycznych, takich jak przemijanie wolnomiejskiego Sopotu, nastanie nazizmu, potem, po tak zwanym „wyzwoleniu”,  komunizmu i jego zmierzch. Tak się przecież poskładało, że po mieszkańcach tych ziem walec historii szczególnie okrutnie się przejechał, wywracając ich życie na lewą stronę. Niektórzy stawali się dzięki temu lepszymi, a inni znowu gorszymi ludźmi. Aleksander Pająk należący do pierwszego powojennego pokolenia, wybrał „ciemną stronę” życia, a ja w tej książce się zastanawiam nad tym, dlaczego? I czy to on wybrał, czy „coś” za niego wybrało? I dlaczego, skoro jest tak zły, to wychodzi zawsze cało z wszelkich opresji?

ZwB Aleksander Pająk to charakterny facet i postać jednocześnie tragiczna, prawda?

M.I. Tragiczna, tragiczna, jak najbardziej, ale ja mu nie współczuję, bo to oprych spod ciemnej gwiazdy, z gatunku tych, co to niekiedy się mówi: „że też takiego ziemia święta nosi”. Poza tym to zbir myślący, więc groźniejszy. W psychice swoich adwersarzy czyta jak w otwartej książce. Strach się bać. Jednego dnia torturuje, a drugiego dzwoni do mamy z pytaniem, jak się czuje. No czuły taki. W każdym razie lata po tym Sopocie i bezskutecznie szuka miłości. Być może to jej brak zatruwa mu krew. Na pewno jego plusem jest to, że szarmancko traktuje kobiety. Tak czy siak, okoliczności się zmieniają, a on trwa, z nimi lub bez.

ZwB Pan też marzy o podróżach, jak Pana bohater?

M.I. On właśnie nie specjalnie marzy o podróżach, zostaje do nich po prostu przymuszony przez okoliczności. Jest zły, że musi z tego swojego grajdoła wyjeżdżać. A ja faktycznie, nie wiem skąd Pani to odgadła, ale poprzemieszczałbym się tu i ówdzie. No, ale to być może jeszcze się przytrafi.

ZwB A w jaką podróż zabierze nas Pan w następnej książce?

M.I. Nie zgadnie Pani. Do Sopotu. Już zapraszam.

ZwB Na pewno się wybierzemy. Serdecznie dziękuję za rozmowę.

M.I. To ja serdecznie dziękuje za rozmowę i pozdrawiam wszystkich odwiedzających Zbrodnię w Bibliotece.

Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

 

Marek Idczak (ur. 1964) – prozaik, publikował w takich pismach, jak „Topos”, „Pogranicza” i inne. W 2004 roku wydał swój pierwszy zbiór opowiadań, poświęconych Sopotowi, Opowiadania z Ogrodowej, a w 2007 pierwszą powieść, też związaną z jego rodzinnym miastem, Słony wiatr.