ZwB Witamy dziś w naszym serwisie Adama Ubertowskiego, twórcę postaci doktora Figlona, bohatera książki Inspektor van Graaf. Przeczytałam Pana książkę i jestem pod wrażeniem Pana warsztatu, oczytania w kryminałach i humoru. Na początek mam takie pytanie: czy Pan jako psycholog, zawodowy doradca menadżerów i firm, zatrudniłby doktora Figlona?
Adam Ubertowski Zatrudniłbym, oczywiście, ale… na jakie stanowisko? Jak to określamy w naszym środowisku: nie ma kiepskich pracowników, są tylko pracownicy źle obsadzeni; każdy ma jakieś kompetencje, tylko kłopot w tym, by odnaleźć dla siebie optymalne miejsce. Czasem kiepski prezes byłby świetnym parkingowym lub – odwrotnie. A co do Figlona: z pewnością ma on cały szereg rzadkich i cennych kompetencji. Dlatego odnajduje się doskonale w kilku światach: naukowym, biznesowym i – że się tak wyrażę – doradczym.
ZwB Z jakich komponentów tworzył Pan swojego bohatera? Jaki miał być?
A.U. Chciałem, żeby Figlon był postacią dość złożoną, miękko-twardą, ciapowato-zdecydowaną, trochę śmieszną, trochę straszną. W procesie jego konstruowania wrzuciłem skrawki wycięte z wielu słynnych postaci detektywistycznych, literackich i filmowych, dodałem sporo własnego sosu, potrząsnąłem, zamieszałem. Potem dorzuciłem kilka retuszy. I gotowe.
ZwB Pana prozę określa się mianem „postmodernistycznej”. Zgadza się Pan z tą etykietą? Czy i swój kryminał by Pan tak nazwał? (Mimo że na okładce stoi jak wół, że to klasyczny kryminał ;-)
A.U. Z tego, że jestem postmodernistą, tak naprawdę zdałem sobie sprawę po napisaniu kilku książek. To raczej klasyczny przykład zjawiska, które Niemcy nazywają Zeitgeist. W mojej (jak się okazało) najbardziej chyba postmodernistycznej (aż do bólu) powieści Podróż do ostatniej strony bohater mruczy: „albo to nie jest ta mapa, albo to nie jest ten świat”. A potem przywoływano te scenę w kontekście symulakrów. Więc z tą głębią świadomości autorów bywa różnie. Ale od zawsze tworzyłem piętrowe słowne konstrukcje i mrugałem okiem do dorobku innych autorów, więc nie mogę uciekać od etykietki postmodernisty. Choć jak każda etykietka lub typologia jest to zawsze uproszczenie. A mój kryminał jest jak najbardziej klasyczny w formie i jednocześnie jest pewną grą z czytelnikiem. Dla mnie te dwa cele się nie wykluczają.
ZwB Zanim napisał Pan Figlona, stworzył Pan kilka innych książek. Przybliży nam je Pan?
A.U. Należę do pisarzy, których można by określić jako „twórców projektowych”: dobieram formę do potrzeb i koncepcji, przez co moje prozy są bardzo różne. Zaczynałem od tekstów, które były wręcz eksperymentalne. Na granicy młodzieńczości i dorosłości napisałem Szkice do obrazu batalistycznego, gdzie przykładowo nie używałem tradycyjnej interpunkcji (w szczególności uwziąłem się na kropki). Z tego samego obszaru mentalnego wywodzi się też Bicz Boży – powieść o mrocznej stronie człowieczeństwa. Ostatnio piszę lżej: czasem bardzo lekko (Szczególny przypadek pani Pullmannowej), czasem ciut poważniej (Rezydenci). Te dwie pozycje – podobnie jak Van Graaf są zlokalizowane w Trójmieście.
ZwB W wywiadzie dla "Gazety Uniwersyteckiej" w 2006 roku wyznał Pan, że pisanie jest dla Pana „głównym nurtem życia”. Czy nadal tak jest?
A.U. Miałem na myśli znaczenie, jakie nadaję tej aktywności, ponieważ na pewno nie jest to „główny nurt” w sensie czasowym. Ale fakt, pisanie jest tym, co robię najdłużej, niemal od dziecka, i wciąż nie znudziła mi się ta zabawka.
ZwB Miałam wrażenie, że jednak jest to dla Pana coś dużo bardziej ważnego niż zabawka ;-) Mylę się?
A.U. To prawda. Jednak nie chciałbym, by arcypoważne traktowanie procesu twórczego zabijało zawarty w nim pierwiastek ludyczny. Kiedy słyszę, że ktoś „nie lubi pisać” albo „okropnie się męczy podczas układania każdego zdania”, mam kłopoty ze zrozumieniem motywacji osoby o takim podejściu. Gratyfikacja z pisania – w sensie sygnału zwrotnego od czytelnika – jest tak odroczona, nierzadko o kilka lat – czyli o całą wieczność z perspektywy piszącego – że gdybym nie odnajdywał w łączeniu słów fizycznej przyjemności, chyba poszukałbym sobie innego sensu życia ;-)
ZwB W jaki sposób napisanie kryminału, którym wcześniej jako gatunkiem się Pan nie interesował, wzbogaciło Pana warsztat? Musiał się Pan nauczyć innych rzeczy czy nie bardzo?
A.U. Warsztatowo nie czuję specjalnej różnicy, zresztą w jakimś sensie sensacyjna była już Pullmannowa, napisana w 1998 roku; natomiast nowością byłą konieczność skonstruowania spójnej logicznie zagadki kryminalnej. To – przyznam – zupełnie osobna, ale naprawdę solidna przyjemność.
ZwB Mieszka Pan w Sopocie, akcję Inspektora również Pan umiejscowił w tym mieście. Czym dla Pan jest Sopot? Co jest takiego w atmosferze tego kurortu, że zdecydował się Pan na uczynienie go właściwie też bohaterem swojej książki?
A.U. Jak wspomniałem, działy się w tym miejscu wszystkie moje ostatnie książki. Zresztą pierwsza, Szkice, też działa się nad niezidentyfikowanym morzem. To chyba kwestia swoistego – jakkolwiek to zabrzmi – mojego zanurzenia się w morzu od nieświadomych czasów. Tu się wychowałem, spędziłem całe dzieciństwo, wczesną młodość. Morze i plaża kojarzą mi się wyłącznie rozkosznie. A Sopot – oprócz walorów plażowych – stanowi w sensie urbanistycznym świetną moim zdaniem scenerię literacką, jest do ogarnięcia jednym solidnym spacerem, w sam raz na miarę czytelniczej wyobraźni.
ZwB W innym wywiadzie stwierdza Pan, że jest „ogółowcem”. Jak ta cecha wpływa na Pana pisanie? Bardziej Pan obserwuje, wyczuwa? Co to znaczy w czasie praktycznego pisania?
A.U. To zrozumiałem też po jakimś czasie. Dotarło do mnie, że nie ma w tym moim pisaniu żadnych opisów w stylu pani Orzeszkowej. Postacie i miejsca są zaledwie naszkicowane, opisane bardziej działaniem, akcją lub wręcz – domysłem. To też wpływ literatury behawioralnej, którą kiedyś bardzo ceniłem.
ZwB A co Pan ma na myśli, mówiąc „literatura behawioralna”? O jakie lektury chodzi?
A.U. Nie chodzi mi ściśle o pojęcie z teorii literatury i pozycje literatury amerykańskiej z międzywojnia czy prozy Borowskiego czy Różewicza. Mam na myśli bardziej technikę oszczędnego opisywania ludzkich emocji, najlepiej nie wprost lub poprzez zachowania – czego ślady tropię u wielu pisarzy oficjalnie spoza nurtu behawioralnego. Przykład: Kafka, szczególnie Proces i Nowele. Albo genialne wprowadzenie postaci Wokulskiego w Lalce poprzez dyskusję o nim kilku osób, pełną sprzeczności, fantazji i pytań. Lubię w literaturze niedopowiedzenia i niejasności. A najlepiej jeszcze wszystko to ukryte za fasadą przegadania i przesadni.
ZwB A propos i Sopotu, i pisania – ma Pan w Sopocie jakieś ulubione miejsca, w których się Panu dobrze pisze? Jak wygląda Pana dzień pisarski?
A.U. Piszę wyłącznie w domu (ale zaraz, zaraz, zdarzają się hotelowe wyjątki). A samo pisanie zawsze celebruję, zbieram się od rana, nakręcam nastrój i potem wpadam w amok. I piszę takimi falami: kilka, kilkanaście tygodni, potem rok lub dwa przerwy, kiedy obmyślam nowy koncept. Ale może na taki system wpływa moje życie zawodowe, kierat pracy, który nie pozwala na żadną inną intelektualną aktywność?
ZwB A jak Pan inwestuje we własną duszę? Co Pan czyta, słucha? Jakie ma hobby?
A.U. Po części jestem zmuszony do inwestowania w siebie z powodów zawodowych, „muszę” czytać sporo tekstów z obszaru nauk społecznych. A z „czystej” literatury najchętniej czytam pozycje powstałe w naszym obszarze geograficznym, w Europie Środkowo-Wschodniej. W promieniu tysiąca kilometrów odnajduję najwięcej ważnych dla mnie korzeni. Słucham głównie muzyki rockowej, wywodzącej się z tradycji ostatnich dekad XX wieku. Hobby mam rozstrzelone: jestem pasjonatem-amatorem urbanistyki i architektury, domorosłym zegarkologiem, teoretykiem i praktykiem sportu. Zdecydowanie: jestem wyznawcą starożytnej tradycji kalokagatios, jedności ducha i ciała.
ZwB Niezły życiowy… projekt ;-) Nad czym Pan teraz pracuje? Czy możemy się spodziewać kontynuacji Van Graafa?
A.U. Przygotowuję do druku gotową już powieść Trans-Syberia. Zabieram się do projektu, który nazwałem roboczo Rekonkwista. A co do kontynuacji Van Graafa – jak najbardziej, od początku zakładałem, że to będzie seria. Nawet pierwszy pomysł na tytuł to Doktor Figlon i…, ale mój Wydawca wybił mi to z głowy, tłumacząc, że brzmi trochę jak Pan Samochodzik i… Więc trzeba będzie zebrać siły i odwagę i zmierzyć się z Filonem ponownie.
ZwB Pan Samochodzik i… to była całkiem niezła nazwa serii, ale fakt, że nie ten kaliber. Może rozpiszemy konkurs wśród czytelników na nazwę serii?
A.U. Hm, zręczny pomysł, tyle tylko, że już wymyśliłem klucz tytularny całej serii. Ale niech ona najpierw powstanie…
ZwB Bardzo dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska
Adam Ubertowski (ur.1967), prozaik, kojarzony z nurtem prozy postmodernistycznej, psycholog biznesu. Autor powieści Podróż do ostatniej strony (pod pseudonimem Hubert Adamowski,1995), Szkice do obrazu batalistycznego (1998), Szczególny przypadek pani Pullmanowej (2001), Bicz Boży (2003), Rezydenci (2005). Mieszka w Sopocie.
Sopot to mój matecznik, moja mała ojczyzna... - wywiad z Markiem Idczakiem