ZwB Panie Zygmuncie, czym się Pan na co dzień zajmuje?
Zygmunt Miłoszewski Prowadzę cichy i nudny, niczym niewyróżniający się żywot średniej klasy średniej. Trochę pracuję – co oznacza czytanie, pisanie, ewentualnie zajrzenie do redakcji „Newsweeka”, trochę się domem zajmę, dla dzieci coś ugotuję, oddam się grzesznemu nałogowi w postaci wymiatania na plastikowej gitarze w „Guitar Hero”. Takie tam. Jak na to spojrzeć z boku, to mógłbym być idealnym kandydatem na seryjnego mordercę, co to nawet sąsiedzi nie wiedzą, jak wygląda.
ZwB Niezła diagnoza :-) A swoją drogą, interesuje się Pan postaciami seryjnych morderców? Jest to dla Pana ciekawy materiał na fikcję literacką?
Z.M. Jerzy Pilch napisał kiedyś, że jego nie interesuje gość, który bierze sto aspiryn. Jego interesuje gość, który wraca z pracy do domu i tak cholernie go boli głowa, że musi sobie łyknąć dwie aspiryny. Co go tak w życiu uwiera, że musi codziennie ćpać te tabletki? Trzymam się tych wytycznych, bo bardziej ciekawi mnie codzienne życie, niż różne wybujałe i niewiarygodne ekstrema w postaci seryjnych morderców. Mam nawet podejrzenie, że seryjni mordercy istnieją jedynie w amerykańskich filmach. Seryjny morderca w Polsce? Toć to brzmi jak tytuł komedii, a nie kryminału.
ZwB Niestety, i w Polsce bywają. Na szczęście nas bardziej interesuje fikcja niż rzeczywistość. Ale ma Pan rację, dużo bardziej intrygująca jest sytuacja, kiedy to tak zwany zwykły człowiek sięga po ostateczne rozwiązania. Każdy zadaje sobie pytanie: „Jak to możliwe?”. Morderstwo w Pana Uwikłaniu jest efektem właśnie tego zakłócenia codzienności, prawda?
Z.M. Hm, wolałbym nie tłumaczyć, czego efektem jest morderstwo w Uwikłaniu, bo to jednak kryminał i być może niektórzy czytelnicy woleliby doczytać sami do tego momentu :-) Ale oczywiście ma Pani rację – zawsze ciekawsze i najbardziej intrygujące są zakłócenia rzeczywistości zwykłego człowieka, takiego, z którym czytelnik może się łatwo utożsamić, pomyśleć: "cholerka, ten gość jest taki sam jak ja".
ZwB Co Pana inspiruje w pisaniu? Pytam głównie o kryminał, choć oczywiście nie tylko.
Z.M. Relacje między ludźmi, toksyny, dynamika w związkach, sposób, w jaki ewoluują emocje. Zawsze najbardziej się cieszę na opisywanie scen w parach, tego, ile mogą wyrazić półsłówka, przemilczenia i niedopowiedzenia. Nie mówię jedynie w sensie negatywnym – w każdym. Patrzę, jak Ona chwali Jego omlet, jednocześnie dodając, że jajka kupował chyba gdzie indziej niż zwykle, i żałuję, że nie wypada wyciągnąć notesu. W takim zdaniu każde słowo i każdy przecinek są ważne. Może oznaczać faktycznie pochwałę, może groźbę, może pretensję. Zachwyca mnie nieskończoność kodów tworzonych między ludźmi. Uwikłanie to przecież rzecz o relacjach, właściwie powieść psychologiczna. Jeśli czasy są takie, że muszę do tego dorzucić trupa – voila.
ZwB A więc interesuje się Pan psychologią? Pana Uwikłanie jest bardzo mocno osadzone w terapii systemowej Hellingera. Był Pan na jego ustawieniach?
Z.M. Jestem dzieckiem terapeuty, więc jednocześnie i się interesuję, i jestem mocno uczulony. Proszę sobie wyobrazić, że codziennie w domu słyszy Pani teksty jak na kozetce. Dużo się dowiedziałem o mechanizmach psychicznych, ale też noszę w sobie pewien uraz i – przede wszystkim – dużą dozę sceptycyzmu wobec szamanów dusz. Na ustawieniach Hellingera nie byłem osobiście, czytałem dużo literatury, zapisów ustawień, oglądałem nagrania sesji prowadzonych przez samego Hellingera. Przyznaję, że chciałem iść, ale stchórzyłem. Pisząc Uwikłanie, ułożyłem sobie dla zabawy szyszki tak, jak ustawiłbym swoją rodzinę, i dreszcz przebiegł mi po plecach – nie zniósłbym tego na żywo. Chyba.
ZwB Aż tak to było oczywiste?... ;-) Opowie Pan czytelnikom więcej na temat ustawień? To dosyć kontrowersyjna metoda, a jej twórca chyba rzeczywiście ma coś z guru.
Z.M. W wielkim skrócie chodzi o to, że obcy nam ludzie z publiczności reprezentują członków naszej rodziny, a my ustawiamy ich na scenie w taki sposób, żeby jak najlepiej oddawało to emocje panujące – naszym zdaniem – między nimi. Brzmi niewinnie, ale jeśli zrobić to szczerze, to znienacka obce osoby mówią językiem naszych bliskich, czują te same dolegliwości fizyczne i oczywiście emocje. Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje, ale się dzieje. Odsyłam do książek Hellingera, przede wszystkim Porządków miłości, jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej. Podkreślam też, że nie uważam metody za kontrowersyjną, szamańską czy podejrzaną. Ot, metoda terapeutyczna – jeśli komuś pomaga, to znaczy, że jest OK. Wydaje to mi się bardziej normalne niż pomysł, że można przez dziesięć lat opowiadać jakiemuś milczącemu gościowi o swojej matce.
ZwB To prawda… W Pana książce to nie sama metoda jest przecież „zła”, ale jej wykorzystanie w niecnych celach. Zło wyzwalają napięte relacje między ludźmi i kierujące nimi emocje, między innymi lęk. Uważa Pan, że strach jest istotną emocją w życiu człowieka?
Z.M. Tak. Strach jest wszędzie, tylko ma różne oblicza. To może być strach Raskolnikowa przed pojmaniem, to może być strach bohaterów Kinga przed tym, co nie z tego świata, ale może być też strach Stefana Karwowskiego, że Madzia dowie się o jego romansie. Ale żaden nie jest chyba tak przejmujący jak strach przed śmiercią i przemijaniem w opowiadaniach Iwaszkiewicza. To jest noblowska literatura.
Strach i pożądanie. W końcu o co chodzi? O to, żeby nie dać się zabić i żeby powielić swoje geny. Tak to urządziła natura, człowiek to potem ubrał w wyszywany diamentami kostium kultury, ale pod spodem jesteśmy tak samo nadzy i pryszczaci, jak w czasach jaskiń. I tak samo czujni – gotowi uciec lub zaatakować, kiedy tylko instynkt da sygnał. Lęk i agresja to przecież dwie strony tego samego medalu.
ZwB W sporze między kulturą a naturą stoi więc Pan po stronie...
Z.M. Wbrew temu, co napisałem wyżej: po stronie kultury. Jeśli w ogóle w coś wierzę, to wierzę w człowieka, w jego nieograniczone możliwości, w umysł, który potrafi zapanować nad instynktami, genami i dziedzictwem wychowania. Nie wierzę, żeby człowiek wychowywany w naszej chrześcijańskiej, humanistycznej kulturze nie potrafił odróżnić dobra od zła, bo tata był często w delegacji, do szkoły było pod górkę, a jak ją zobaczył w parku z takim dekoltem, to ciemne moce przejęły kontrolę.
ZwB Stworzony przez Pana prokurator Szacki jest zdaje się właśnie wyrazem tej wiary w człowieka. To bardzo „czysta”, pozytywna postać. Za co go Pan ceni?
Z.M. Jest taki miły i posłuszny – co nie rozkażę, to zrobi bez szemrania. Dla takiego socjopaty jak ja to doskonała rozrywka.
ZwB :-) A poważnie?
Z.M. Ale ja jestem poważny. Bohater musi być tak skonstruowany, aby wywoływać emocje w czytelniku, nie we mnie. Dla mnie jest tylko czarnymi literkami na białym tle, narzędziem w literackiej grze z czytelnikiem. Niczym więcej.
ZwB Opublikował Pan i powieść grozy, i baśń, i kryminał. Który z gatunków jest Panu najbliższy?
Z.M. Zdecydowanie horror. Nie wiem dlaczego, być może to efekt hurtowego pochłaniania fantastyki w dzieciństwie, ale bardzo mnie pociąga cienka granica pomiędzy tym, co na pewno jest, a tym, co być może jest. Horror pozwala zajrzeć za tę granicę, rozedrzeć ją, sprowadzić coś na naszą stronę i sprawdzić, co my na to. Z tego punktu widzenia bohaterowie powieści są jak szczury w laboratorium. Można na nich testować to, czego w naszym bezpiecznym życiu już prawie nie ma: właśnie ów strach, o którym mówiliśmy. To potężna siła napędowa człowieka, równa pożądaniu. Jednak tak jak pożądanie zostało postawione na cokole jako symbol wyzwolonej cywilizacji, tak strach musiał ustąpić jedynie poprawnemu uśmiechowi od ucha do ucha. Boisz się? Ojej, może powinieneś pójść do terapeuty?
ZwB Jest więc Pan miłośnikiem horrorów. Filmy też Pan lubi tego typu?
Z.M. Bez przesady. Większość z nich to niestety knoty raczej śmieszne niż straszne. Te warte obejrzenia można policzyć na palcach jednej ręki. Był taki moment, że byłem zafascynowany horrorami robionymi przez Japończyków – poważne straszenie, żadnej postmodernistycznej ściemy. Zwłaszcza Dark Water zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Naprawdę się bałem, w kinie patrzyłem przez palce. Ale okazało się, że formuła „dziewczynka z mokrymi, czarnymi włosami przemykająca znienacka w poprzek kadru” szybko się wyczerpuje. Teraz jestem wkręcony w amerykański serial Supernatural – mistrzowska zabawa miejskimi legendami.
ZwB A czym Pan straszy w Domofonie?
Z.M. Próbowałem zburzyć takie plemienne przeświadczenie, że w swoim otoczeniu jesteśmy bezpieczni i możemy czuć się spokojnie. W Domofonie nawiedzony jest blok z wielkiej płyty, każdy z sąsiadów może być kimś innym, a na dodatek bohaterowie nie mogą opuścić budynku. Zamienić „dom, który jest moją twierdzą” na „dom, który jest moim więzieniem”. Trochę się udało, bo czytelnicy donosili, że po lekturze mieli problem z czekaniem wieczorem na windę w swoim bloku.
ZwB Czego możemy się w najbliższym czasie spodziewać spod Pana pióra? Co Pan teraz pisze?
Z.M. Głównie gazetową bieżączkę, która pozwala zapełnić lodówkę. Pracuję też razem z bratem nad scenariuszem serialu typu „mystery” na zlecenie TVN. Niestety nie mogę zdradzić szczegółów.
ZwB I to jest baaaardzo ciekawa wiadomość. Kiedy będziemy mogli poznać szczegóły?
Z.M. Tak naprawdę w chwili emisji, czyli najwcześniej w przyszłym roku. Jak wspomniałem, serial należy do gatunku „mystery”, byłoby głupio, gdybym teraz dokładnie opowiedział, o czym będzie :-)
ZwB Życzymy więc powodzenia w pisaniu. Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska
Zygmunt Miłoszewski (ur. 1976) - prozaik, dziennikarz, autor scenariuszy. Debiutował w 2004 roku na łamach „Polityki" opowiadaniem Historia portfela, potem wydał rozgrywającą się we współczesnej Warszawie powieść grozy Domofon (W.A.B. 2005, II wyd. 2011) i baśń dla dzieci Góry Żmijowe (W.A.B. 2006, przekład ukraiński i serbski: 2010). Na zamówienie Juliusza Machulskiego napisał scenariusz filmowy według Domofonu. Książkę przetłumaczono na niemiecki, w przygotowaniu przekład niderlandzki. Jego powieść kryminalna Uwikłanie (2007) została uhonorowana Nagrodą Wielkiego Kalibru; ukazała się m.in. w Anglii, gdzie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem. Na jej motywach powstał film w reżyserii Jacka Bromskiego pod tym samym tytułem. Pisarz pracuje obecnie nad powieścią Ziarno prawdy, która będzie kontynuacją Uwikłania.
Po ukazaniu się Domofonu Miłoszewski został okrzyknięty „polskim Stephenem Kingiem", gdy Jerzy Pilch przeczytał Uwikłanie, uznał je za doskonały polski kryminał współczesny, a jego autora za rasowego pisarza.
Kryminał powinien być komentarzem do rzeczywistości - wywiad z Zygmuntem Miłoszewskim (2011)