ZwB Pani Lindo, przede wszystkim gratulujemy interesującego Klubu Kryminalnego. Myślę, że wszyscy „kryminaliści” będą często do Pani zaglądać. Ja zaś mam na początek takie pytanie: kim jest Linda Boss?
Linda Boss Bardzo dziękuję za komplement! A co do ostatniej kwestii: nie lubię mówić o sobie. Wolałabym też, muszę to przyznać, ukryć się pod pseudonimem. Gdy coś robię, wyrażam się w tym, co powstaje, reszta jest bez znaczenia. Zresztą występowanie pod nowym nazwiskiem ma swój urok, bo wtedy, przynajmniej na użytek danej sytuacji, otrzymuje się jakby nową tożsamość – a to jest ciekawe doświadczenie.
ZwB Nowa tożsamość... no tak, nie bez powodu interesują Panią kryminały ;-) Na prowadzonej przez Panią stronie mamy ogrom informacji: od poetyki i historii kryminału poprzez ujęcie leksykonowe terminów związanych z tym typem literatury po nowości z rynku wydawniczego i – co ważne – pewne sugestie co do tego, dlaczego właściwie kryminał jest popularny i jaką funkcję pełni. Obserwuje więc Pani kryminał naprawdę z wielu perspektyw... Skąd pomysł na KK?
L.B. Interesuję się kryminałami od lat, i wiem, że na temat powieści kryminalnej jako gatunku jest stosunkowo mało materiałów w języku polskim. Ja z kolei przez te wszystkie lata nazbierałam bardzo wiele materiałów obcojęzycznych. Są to na przykład eseje, wywiady lub też całe prace naukowe na temat powieści kryminalnej, a także konkretne powieści i opowiadania, oczywiście również i te, które nigdy nie zostały przetłumaczone na język polski. Klub Kryminalny to moja skromna próba wypełnienia pewnej luki na tym polu – tu właśnie tkwi źródło samego pomysłu.
Dodam, że wydaje się on na razie jak najbardziej utrafiony: dostaję wciąż listy od internautów (są to zresztą w dużej części studenci piszący prace magisterskie); pytają, z jakich źródeł korzystałam i proszą mnie o wskazanie jeszcze innych. Gdy odpisuję, że korzystam głównie z tekstów obcojęzycznych, autorzy listów nie kryją rozczarowania – nie każdy w końcu musi znać język angielski czy niemiecki lub też znać go na tyle, by czytać naukowe teksty. Internauci pytają mnie zatem wprost, kiedy na przykład w Klubie Kryminalnym pojawi się dalszy ciąg „Historii kryminału” albo kolejne terminy w słowniku.
Dostałam też listy, w których wręcz dziękowano mi! Pamiętam list od pewnej studentki kulturoznawstwa – dla mnie szczególnie wzruszający – która napisała mi, że w moim tekście Dlaczego czytamy kryminały znalazła najpiękniejsze wyjaśnienie tego, co właściwie zawsze ją intrygowało.
Myślę, że u źródeł idei Klubu Kryminalnego leży coś jeszcze: jakiś rodzaj przekory, protestu przeciwko czemuś, co bardzo trudno jest mi nazwać... Powiedzmy, sformułowałabym to jako protest przeciwko wyizolowaniu nauki z życia.
Uważam, że w Polsce nie ma tradycji popularyzacji nauki. Nauka funkcjonuje w izolacji i odnosi się wrażenie, że NIE CHCE poza ten zamknięty krąg wyjść. Moim zdaniem nauka powinna być bardziej otwarta, bardziej zabiegać o względy tych, którzy nie są z nią związani i pokazywać im swoją przydatność, swój głęboki związek z życiem codziennym.
Myślę, że choćby wspomniany tekst dość dobrze to pokazuje: kryminały to swoisty środek służący do obniżenia poziomu bezpieczeństwa – bezpieczeństwa sztucznie zawyżonego (choćby za sprawą rozwoju techniki) we współczesnym społeczeństwie. A sama potrzeba czytania – czytania jako takiego – czyż nie jest przekonujące, że bierze się ona z potrzeby zapomnienia codzienności, wyrwania się ze szponów czasu – a czymże innym są nasze odwieczne próby przezwyciężenia czasu, jak nie próbami ucieczki przed śmiercią?
Powracając do mojego „protestu”: mam nadzieję, że w tekście Dlaczego czytamy kryminały widać choćby to, że teoria literatury, nauka pozornie abstrakcyjna, potrafi przyczynić się do wyjaśnienia tego, co tkwi głęboko w nas samych. Między innymi to właśnie uważam za popularyzację nauki, oczywiście w jakimś pośrednim sensie. Mój skromny portal nie przełamie stereotypów, ale jeśli będzie tu choćby najmniejszą cegiełką, bardzo mnie to ucieszy.
ZwB Zgadzam się z Panią w stu procentach, zarówno w kwestii roli kryminału w życiu, jak i dziwnej postawy nauki wobec tego środka wyrazu. Przyznam się Pani, że od dłuższego czasu penetruję polskie uczelnie w poszukiwaniu osób, które zawodowo zajmują się kryminałem, i powoli załamuję ręce. Na szczęście jest parę osób, jak profesor Burszta, Mariusz Czubaj czy znawcy kultury popularnej, którzy dociekają, co to za fenomen ten kryminał, ale jak na popularność gatunku to zainteresowanie jest nikłe. Jak Pani myśli, dlaczego?
L.B. Sądzę, że składa się na to kilka przyczyn. Za najważniejszą uważam fakt, że w Polsce gatunek ten nie ma ugruntowanej tradycji. Co rozumiałabym przez taką tradycję? – choćby istnienie przyznawanych od dziesiątków lat prestiżowych corocznych nagród dla autora najlepszego kryminału, następnie zarówno fachowe, jak i hobbystyczne czasopisma poświęcone owemu gatunkowi, ośrodki naukowe, które zajmują się badaniami nad nim...
Tak, wiem, że krążę teraz w kółko, ponieważ na pytanie, dlaczego czegoś jest mało, odpowiadam: dlatego, że i wcześniej było tego niewiele. Jest w tym jednak głęboka prawda, bo zmiany w kulturze i świadomości społecznej nie dokonują się w ciągu dziesięciu czy dwudziestu lat. Kryminałowi w Polsce brak właśnie prestiżu i dopiero zaczyna o niego walczyć.
Ponad czterdzieści lat poprzedniego ustroju też zrobiło swoje. W PRL, ze względu na bardzo ostrożny stosunek do kultury masowej, powieść kryminalna mimo oczywistej popularności zepchnięta była na boczny tor. Choć powstało wiele naprawdę świetnych utworów (na przykład Joego Alexa czy Jerzego Edigeya), nie wykształciła się tradycja, bo do tego potrzeba wielu nakładających się czynników, a między innymi – sformułuję to trochę drastycznie – akceptacji ze strony państwa. A o jakiej akceptacji można było mówić, jeśli polscy autorzy musieli posługiwać się anglojęzycznymi pseudonimami i sytuować akcję w zachodnich realiach? Powieść milicyjna – owszem, i tu nie brakowało nam bardzo dobrych autorów, ale odmiana ta przestała istnieć, bo wszystko, co tak silnie podbudowane jest ideologicznie, traci rację bytu wraz z upadkiem danej ideologii.
Oczywiście nie jest to takie proste, uważam bowiem, że po dziś dzień każdy wielbiciel gatunku może z przyjemnością czytać Zeydlera-Zborowskiego czy choćby wspomnianego Edigeya – nie dostrzeże tam ideologii, raczej po prostu PRL-owskie realia. Nie zmienia to jednak obrazu całości.
Podsumowując: tradycja to przede wszystkim ciągłość, polski kryminał zaś, pojawiwszy się właściwie dopiero w okresie międzywojennym, czyli dość późno, musiał „przeżyć” drugą wojnę, a potem dostosować się do potrzeb komunistycznego reżimu. Od chwili, w której uzyskał wolność, nie minęło jeszcze nawet dwadzieścia lat!
Nawiązując jeszcze do Pani wypowiedzi – tym bardziej należy cenić dokonania osób takich jak Wojciech Józef Burszta czy Mariusz Czubaj. Wydaną przez nich w zeszłym roku książkę Krwawa setka. 100 najważniejszych powieści kryminalnych kupiłam natychmiast, gdy tylko pojawiła się w księgarni. Taka pozycja firmowana nazwiskami naukowymi to na naszym rynku absolutny unikat.
ZwB Mimo wszystko z Pani wypowiedzi można wysnuć optymistyczny wniosek, że uda się nam w Polsce zbudować wiedzę o kryminale. Gatunek zyskuje na znaczeniu. Autorów kryminałów jest coraz więcej. Jednym słowem, ta literatura się tak łatwo nie podda ;-) A może zna Pani jakieś ośrodki uniwersyteckie, w których można znaleźć badaczy kryminału?
L.B. Jeśli przyjąć, że kryminał miałby być jednym z punktów zainteresowania, to myślę, że na wydziałach filologicznych polskich uczelni można znaleźć badaczy, którzy w jakiś sposób zajmują się tym gatunkiem. Nie potrafię jednak wskazać ośrodka w Polsce, w którym istniałaby odrębna jednostka, na przykład zakład lub pracownia, prowadząca badania wyłącznie nad powieścią kryminalną.
ZwB Ba, no to trzeba to zmienić, choćby poprzez odsyłanie do owej literatury, o której Pani wspominała. Poleci Pani coś naszym czytelnikom?
L.B. Z książek anglojęzycznych poleciłabym przede wszystkim wydaną przez Oxford University Press Twentieth-Century Crime Fiction Lee Horsleya, natomiast z niemieckich Der Kriminalroman
Petera Nussera. Obydwie pozycje, zresztą w miarę nowe, to niezgłębione źródło wiedzy dla miłośników gatunku.
ZwB A same kryminały? Jakie tytuły nam Pani od serca wskaże?
L.B. Jeśli ktoś lubi atmosferę dziewiętnastowiecznych powieści i jeśli w kryminale nie będzie go drażnić nutka sentymentalizmu, polecam Zbrodnię w Orcival Emila Gaboriau. Nastrój i styl tej powieści sprawiają, że nie da się jej zapomnieć. Jest ona przy tym pod wieloma względami zdumiewająco zbliżona do dzisiejszego modelu kryminału, z niezwykle ciekawą intrygą oraz detektywem, który, jeśli pominąć pewne realia, pracuje dokładnie tak samo, jak najlepszy współczesny policjant. A przecież oryginalne wydanie Zbrodni w Orcival ukazało się w 1867 roku! Myślę, że jest to jeden z tych utworów, które uczą nas pokory i pokazują, że z dawnych wzorów literackich czerpiemy znacznie więcej, niż sobie uświadamiamy.
Przy tej okazji chętnie zwróciłabym uwagę również na Morderstwo Margaret Odell Van Dine’a. To klasyczny przykład tajemnicy zamkniętego pokoju, z rozwiązaniem według mnie nadzwyczaj sprawnie skonstruowanym.
I jeszcze jedna książka, już młodsza niż obydwie wymienione wcześniej: Śmiejący się policjant Sjöwalla i Wahlöö. To jeden z najlepszych kryminałów, jakie czytałam. Dodam, że autorzy są mistrzami w kreowaniu scen i postaci, nawet tych drugorzędnych. Wszystkie ich powieści wyróżniają się niesamowitym wyczuciem szczegółu i żywym stylem o bardzo wysokich walorach artystycznych; wszystko to oczywiście łączy w całość świetnie poprowadzona akcja.
ZwB A czy interesuje Panią tylko fikcja literacka, czy analizuje Pani związki literatury i życia? Jak Pani sądzi, czy prawdziwe zbrodnie są ciekawe dla wielbiciela kryminałów?
L.B. Myślę, że prawdziwe zbrodnie interesują wielbicieli kryminałów, choć nie wszystkich. Ja należę do tej drugiej grupy. Między prawdziwą zbrodnią a zbrodnią fikcyjną jest taka sama zależność jak między życiem codziennym a filmem obyczajowym. Zarówno prawdziwa zbrodnia, jak i życie codzienne są „zwyczajne”, natomiast zbrodnia z kryminału oraz film to zwyczajność ujęta w ramy, wyselekcjonowana i uporządkowana – czyli zwyczajność z koncepcją estetyczną. Dlatego i kryminał, i film są tworami sztuki – a przecież nie muszę znać materiału wyjściowego, by móc kontemplować jakiekolwiek dzieło sztuki. Jeśli podziwiam obraz, nie muszę znać się na malarstwie, nie potrzebuję nawet wiedzieć, kto i kiedy go namalował...
ZwB Szczerze mówiąc, też mnie nie ciągnie do odkrywania wątpliwych uroków realnej zbrodni. Wróćmy więc do fikcji. Od czego zaczęło się Pani zainteresowanie literaturą kryminalną? Pamięta Pani swój pierwszy kryminał?
L.B. Zaczęło się już w dzieciństwie. Pamiętam, że tato miał opowiadania Arthura Conan Doyle’a wydawane w takich cienkich zeszytach – to były moje pierwsze kryminały. Mogłam mieć wtedy może 10 lat - i od razu mnie zafascynowały.
Muszę przyznać, że do dzisiaj największym sentymentem darzę tę właśnie odmianę gatunkową, tj. kryminał klasyczny. Może dlatego znalezienie wśród najnowszych kryminałów czegoś, co naprawdę mi się podoba, sprawia mi tyle trudności. Jeśli znawcy gatunku mówią, że w drugiej połowie XX wieku kryminał stał się połączeniem elementów powieści detektywistycznej i thrillera, to według mnie z czasem coraz bardziej zbliżył się do tego ostatniego.
A ja w powieści kryminalnej najbardziej cenię sobie zagadkę – taką zagadkę w najczystszej postaci; stąd, jak sądzę, moje szczególne upodobanie do motywu zamkniętego pokoju; w Słowniku kryminalnych terminów literackich poświęciłam mu zresztą osobne hasło. Również i thriller nie jest pozbawiony tajemniczości, ale napięcie tworzą w nim raczej elementy „akcyjne”, a nie zagadka. Co rozumiem przez zagadkę w najczystszej postaci? To zagadka idealnie skonstruowana. Przywołując jedną ze słynnych zasad Van Dine’a, powiem, że czytelnik po przeczytaniu książki powinien stwierdzić, że „rozwiązanie było w zasięgu jego ręki i doszedłby do niego, gdyby był równie sprytny jak detektyw”.
Lubię też inne rodzaje kryminałów, ale zagadka czy też tajemnica jest dla mnie najważniejsza. Po prostu musi być coś, co mnie przez cały czas intryguje, a na końcu zostaje wyjaśnione.
Powieść kryminalna, którą sama piszę, wcale nie rości sobie prawa do miana klasycznej. Pisząc, nie zastanawiam się zresztą nad jej miejscem w ramach gatunku (chociaż uważam, że taki sposób pracy jest jak najbardziej możliwy). Ale w moim kryminale będzie przede wszystkim zagadka – a więc to, co ja sama cenię sobie najbardziej.
ZwB Uchyli Pani rąbka tajemnicy?
L.B. Swego rodzaju osią akcji będzie pewna tajemnicza historia z dzieciństwa, opowiedziana przez jedną z bohaterek. Zresztą wydarzyła się naprawdę – jej główną bohaterką była moja mama i ja (byłam wtedy małym dzieckiem). Sprawa ta nigdy nie została rozwiązana, choć teoretycznie możliwe jest, że to kiedyś jeszcze nastąpi. W moim kryminale oczywiście pewne rozwiązanie przedstawiam, ale jest to już czysta fikcja.
Jeśli już zaś tyle mówimy o tajemnicy – chcę pokazać, że jej miejsce w życiu człowieka jest szczególne: on potrzebuje tajemnicy, dąży do tego, by ją rozwiązać i poświęca przy tym mnóstwo energii – ale tak naprawdę wcale nie chce, by została ona w pełni odkryta.
ZwB Tajemnica w odbiorze kryminału ma ogromne znaczenie, chyba porównywalne z chęcią przezwyciężania czasu, o której Pani wcześniej wspomina, zwłaszcza że to takie zapominanie codzienności, które może być grą, zabawną grą. A propos, czytała Pani może już książkę profesor Anny Martuszewskiej Radosne gry? Autorka wiele uwagi poświęca kryminałowi...
L.B. Tej najnowszej książki jeszcze nie czytałam, muszę zatem, choćby ze względu na temat kryminału, nadrobić te zaległości w najbliższym czasie. Natomiast wkład Anny Martuszewskiej w badania literatury, także popularnej, niezmiernie sobie cenię. Dodam przy tym, że jej przepiękny esej Powieść kryminalna zamieszczony w Słowniku literatury popularnej to jeden z niewielu polskojęzycznych tekstów traktujących z takim rozmachem i wnikliwością o kształcie i historii gatunku, w tym również jego polskiej odmianie.
ZwB Tak, zasługi tej autorki w badaniach literatury popularnej są istotne, a sam Słownik jest kopalnią interesujących informacji. Wspomniałam Radosne gry, bo to ciekawie spojrzeć na literaturę kryminalną jako na zaproszenie do gry właśnie: między czytelnikiem a tekstem. Ta gra po trosze wynika z faktu, że w literaturze kryminalnej tak bardzo obecna jest konwencja, odwołania do innych kryminałów, do postaci znanych nam już z innych tekstów czy filmów tego typu. Wtedy czytelnik jak u Somozy może stać się śledczym tropiącym intertekstualne wątki w książce, nie tylko zresztą kryminalnej. Czy takie rozumienie czytelnika jako śledczego jest Pani bliskie?
L.B. Oczywiście że tak – gdy autor jakiegoś dzieła literackiego zaprasza mnie do gry, to chętnie biorę w niej udział. Zapewne jest wiele rodzajów przyjemności, jakie daje nam kontemplacja utworu literackiego. Doznania estetyczne, które zawdzięczamy wysłuchaniu „zwykłej” opowieści, będą inne niż te, które wynikną ze stopniowego odkrywania – i rozszyfrowywania – wszelkiego rodzaju aluzji i skojarzeń zawartych w danym utworze.
Wydaje mi się, że zwłaszcza w tym drugim przypadku można – tak jak proponuje Tomasz Mann – popatrzeć na pisarza jak na muzyka, a na utwór literacki jak na dzieło muzyczne. W takim ujęciu tekst literacki staje się dziełem, które należy studiować wiele razy, ponieważ stanowi ono kompleks powiązań, w którym, jak twierdzi Mann, rozsmakować można się dopiero wtedy, gdy już się umie zinterpretować wszelkie odniesienia sięgające nie tylko wstecz, ale i naprzód.
ZwB Wiem, że chce Pani zachować incognito, ale zapytam: czym zajmuje się Pani w wolnym czasie?
L.B. Zawsze, gdy tylko znajdę wolną chwilę, czytam książki popularnonaukowe o kosmosie i jego historii. W kosmologii jest coś niezmiennie fascynującego... Myślę, że to za sprawą tego, iż nauka ta pokazuje nam tak wyraźnie granice możliwości naszego umysłu... Zresztą jest to chyba cecha wszystkich nauk ścisłych. Jak na przykład zrozumieć to, że przestrzeń jest zakrzywiona? Jak pojąć fakt, że wszechświat jest skończony?
Czasem gdy o tym myślę, mam wrażenie, że czuję, jak mój umysł obija się o swoje własne granice. Ale ich przecież nie da się przeskoczyć. A może dałoby się chociaż troszeczkę poza nie wyjrzeć?...
Chyba dlatego tak strasznie lubię książki Stanisława Lema. Choć obcość zawsze jest u niego nieprzenikniona, Lem jednak w jakiś sposób przybliża to, jak może wyglądać (czyli być przez nasz umysł postrzegane) to, co jest INNE – na przykład obca cywilizacja.
ZwB Wow! Kosmologia, granice umysłu, obce cywilizacje i Lem. Może jednak ludzki umysł i wszechświat nie mają granic... Ja przynajmniej w to wierzę. Bardzo ciekawe wyznanie, warte kolejnego wywiadu! Ale... muszę się powstrzymać (na razie!) i serdecznie podziękować za rozmowę.
L.B. ...W każdym razie człowiek jest istotą, która uwielbia przekraczanie granic i odkrywanie tajemnic kryjących się za nimi!... Ja również bardzo serdecznie dziękuję.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska