Życie to moja wielka namiętność

12.07.2008
Życie to moja wielka namiętność

ZwB Panie Jerzy, niedawno ukazała się Pana książka Królewna, a już znalazłam na Pana stronie informację, że pracuje Pan nad jej kontynuacją. Czy w Nożu ojca znów spotkamy Bartka Zborowskiego?

Jerzy Seipp Tak, to prawda. Niechcący stworzyłem bohatera, za jakim rozglądają się w literaturze i wydawcy, i czytelnicy. Niechcący, ponieważ umieszczając go w naszym świecie na poziomie dzieci, „dla których rodzice nie mają czasu”, i każąc mu tychże rodziców rozliczać z tego za pomocą długich serii z pistoletu maszynowego, nie przypuszczałem, że może on podbić czyjekolwiek serce. W dodatku Bartek prezentuje kompletną bezradność emocjonalną, z którą potrafi radzić sobie jedynie przy pomocy tworzenia ulotnych stanów bliskości z kobietami, a to w naszym narodzie cichej masturbacji zawsze budzi złość: dlaczego jemu wolno, jeżeli mnie nie? Przecież to grzech i pornografia.

ZwB Coś mi się wydaje, że to niezupełnie było niechcący: Pana wizja świata przedstawiona w powieści jest dosyć zdecydowana. Z czego ona wynika?

J.S. Większość z nas wcale nie wierzy w spolaryzowany – jak usiłuje nam się wmówić – świat, w którym nikt nie ma prawa zasnąć spokojnie, dopóki nie przekona innych do swoich racji. Nie każdy potrafi się przeciwko narzucającym nam taką wizję świata krzykaczom zbuntować, ale chętnie pokibicuje komuś, kto się takiej kontestacji nie boi. I tak sympatia dla Bartka rodzi się w nas prawdopodobnie na dwu płaszczyznach. Pierwsza, oczywista, to jego wspaniała, nieokiełznana wolność, oraz że nie boi się on rachunku, który wystawia za nią życie. Druga, bardziej podskórna, to że ma również odwagę stanąć przed lustrem i powiedzieć na głos: „jestem popieprzony jak paczka gwoździ, coś trzeba z tym zrobić". To dla większości społeczeństwa wydaje się zupełnie niewykonalne. Sprzedawcy tego świata uczą nas przecież, że problemy emocjonalne załatwia się raczej powtarzaniem afirmacji: jestem taka piękna, jestem taki mądry, a Bóg zrobi za mnie to, czego mi się nie chce. Potem trzeba już tylko kupić w aptece najnowsze prochy, a w księgarni poradnik „Jak zostać milionerem, nie wychodząc z domu”. Na co dzień zawsze można przywalić babie, (babą będąc) nawrzeszczeć na dziecko, które z kolei kopnie psa.

Bohaterów kochamy za to, że potrafią walczyć i zwyciężać tam, gdzie większość z nas doznałaby upokorzenia słabości i lęku, w najlepszym wypadku heroicznej porażki. Kiedyś wystarczały takim supermanom pięści, potem była wspaniała epoka wygrywania przy pomocy rozumu, po której pojawiły się ogromne rewolwery i laserowe karabiny. Przyglądając się naszemu światu zastanawiałem się, czym Bohater mógłby zaskoczyć Zło na tyle, by zwyciężyć. Dzisiaj sztuka walki i komputerowa zręczność nie wystarczyłaby w starciu z Molochem nawet na pięć minut: Świat oszalał poza granice absurdu, czasownik „szanować” niedługo zniknie z języka. Stając twarzą w twarz ze Złem, Bartek uświadamia sobie, jak może wygrać, cytuję: „Zostałem wybrany, bo ja się nie obejrzę, mnie menady niestraszne. Jestem bardziej szalony od nich”.

ZwB W Pana wypowiedzi zło to Zło z wielkiej litery. Podobnie w Królewnie dużą rolę odgrywają Bóg, szatan, poszukiwanie zbawienia. Czy to ważne dla Pana tematy? Czy są one obecne w innych Pana książkach?

J.S. Wszystko, o czym tu mówimy w oparciu o Królewnę, jest obecne zarówno w Angielce, mojej poprzedniej powieści, jak i Nożu ojca, książce, którą piszę teraz. Chociaż każda z nich jest samoistnym organizmem, dla mnie, prywatnie, jest to trylogia: wciąż piszę tylko to, co musi zostać napisane i jest we mnie duża potrzeba zamknięcia tematu. Kiedy pisałem Angielkę, moja córka miała 11 lat, a syn 4. O wychowaniu dzieci wiedziałem tylko tyle, że prawdopodobnie nie nadaję się na ojca. Sam czułem się jeszcze skrzywdzonym chłopczykiem, choć już dysponowałem informacją, że jest to stan uleczalny. Dzisiaj córka jest szczęśliwą mężatką po studiach, syn niedługo napisze maturę. Co miałem zrobić już się stało i mogę tylko przyglądać się swojemu dziełu. Ujmując tematowi trochę powagi, Angielka to książka „co by było gdyby”, Królewna „tu i teraz”, a Nóż Ojca „co być mogło, ale nie było i dlaczego”. Temat będzie zamknięty i wreszcie odkurzę te wszystkie materiały, które zbierałem całe życie do powieści o Polsce Kazimierza Pułaskiego. Na pewno nie będzie w niej dzieci.

Co do Boga, szatana i zbawienia to otwiera Pani temat na posiedzenie do białego rana. Próbując się streszczać, znowu porównam wszystkie trzy powieści, tym razem z tego punktu widzenia. Jasne staje się, że Angielka jest książką o nawróceniu, Królewna zadaje pytanie, czy można osiągnąć zbawienie, walcząc z diabłem, a Nożem Ojca chcę rozliczyć swoje cierpienie spowodowane 2000 lat wychowywania nas poprzez Biblię, pokolenie za pokoleniem. Według Pisma Świętego na żądanie Boga: „zarżnij dla mnie swojego ukochanego syna” pobożny ojciec odpowiada: „a ileż to roboty!” i łapie za nóż. I dopiero ten sam Bóg musi go powstrzymać, śmiejąc się: „ja tylko żartowałem”. Urodziłem się w katolickim kraju, w katolickiej rodzinie i jako dziecko przyjąłem ten tekst z dobrodziejstwem inwentarza. Lecz kiedy sam zostałem ojcem, przetarłem oczy, rozejrzałem się wokół siebie i ze zdumieniem zacząłem pytać, czy tylko ja widzę, że coś tu, kurwa, jest nie w porządku? Może karząca – z miłością oczywiście – dłoń ojca to tylko ten przysłowiowy miecz? Może czas najwyższy złapać za rękę, która tym mieczem wywija? Ciekawe, prawda?

ZwB Ba, myślę, że choć to dosyć powszechne doświadczenie, mało kto umie i chce się u nas do takich refleksji przyznać.

J.S. Moja pierwsza młodość przypadła na lata 70. i 80. XX wieku, a były to czasy piękne i światłe. Jezus był przyjacielem, z którym można wypalić jointa, miłość była równie oczywista jak tlen, a duchowość naturalnym dopełnieniem postrzegania świata. Nikomu nie przyszło do głowy przeciwstawianie jej nauce czy rozumowi. To tak, jakby mówić: wolno ci jeździć samochodem, ale nie wolno słuchać muzyki. Albo można siedzieć na plaży, ale nie można czytać książek. Każdy roześmieje się: co ma piernik do wiatraka?! Pogięło cię? Ponieważ mój ojciec był związany z Kościołem, znałem prywatnie wielu księży, z niektórymi, jako nastolatek, dyskutowałem po nocach i nigdy, powtórzę: nigdy nie zaistniał konflikt pomiędzy ich wiarą, a moim wolnomyślicielstwem. Aurą epoki była kultura rozmowy, a w niej nie ma miejsca na przekonywanie do swoich racji. Liczy się umiejętność ich przedstawiania wraz z otwartością na argumenty adwersarza. Dzisiaj, jak w nocnym koszmarze, ze wszystkich stron słyszę wrzaski i mordobicia o jedyną słuszną prawdę, a przeciwników należy rozstrzelać, zamknąć, wyrzucić z kraju. I nie ukrywajmy, zbyt często dotyczy to religii.

Dlatego, tak jak w chińskim kalendarzu są lata smoka czy małpy, tak ja nazywam dzisiejsze czasy latami diabła. Znowu nastąpiło jakieś zmarnowanie człowieczego ducha i szatan błyskawicznie wykorzystał okazję do zagnieżdżenia się. Można go dostrzec codziennie, jeżeli tylko zechcemy nazywać rzeczy po imieniu. Bartek Zborowski zobaczył go i zdecydował się na walkę. Wygrał, bo wierzył, że można diabła pokonać. Że można wygrać ze zbrodnią. Tylko czy na pewno? Wedle praw sequela zło w Królewnie być może zostało pokonane, ale przecież nie zniszczone. To, co szatan szykuje Bartkowi w Nożu ojca… Czarny kryminał to przy tym cicha msza żałobna.

ZwB Ja wierzę w siłę Bartka! To interesująca, niejednoznaczna postać: z jednej strony twardziel z zasadami, z drugiej bardzo wrażliwy facet, cały czas balansujący na granicy samobójstwa. Dlaczego tak mu Pan skomplikował życie?

J.S. Odkrycie w dojrzałym wieku pojęcia krzywdy osobistej doznanej w dzieciństwie było dla mnie wyjaśnieniem wielu procesów myślowych, reakcji emocjonalnych, namiętności i fobii determinujących wybory w moim pracowitym życiu. Od razu dodam, że nie chodzi o seks, a o katolicki sposób wychowywania: rózeczką dziateczki Duch Święty bić każe. Bijcie swoje dzieci z miłością. Towarzyszyła temu odkryciu informacja, że dzisiejsza psychologia potrafi uleczyć praktycznie wszystkie krzywdy, trzeba się tylko do tego zabrać w profesjonalny sposób. Takie wiadomości zrewolucjonizowały mój stosunek do przeszłości: samego siebie, rodziców, cierpienia, a także myślenie o przyszłości, o wychowaniu własnych dzieci. Wymusiło dystans do siebie i swojej emocjonalności, bo owszem, trudno nie siedzieć osranym, kiedy ojciec obcina ci w dzieciństwie rękę. Ale kiedy się dowiadujesz, że można się podetrzeć i umyć drugą ręką, kontynuowanie dramatu przestaje być już tak jednoznaczne.

Bartkowi zafundowałem porzucenie przez rodziców. Towarzyszy temu cały entourage poprzedniej epoki, ale rozejrzyjmy się. To, co wtedy było ewenementem, dzisiaj jest epidemią. Ile z tych dzieci przeszkadzających rodzicom w polepszaniu losu i zostawionych babciom, Internetowi i telewizyjnym magom to właśnie „chodzące bomby zegarowe”, jak określony został Bartek z powodu swojego dzieciństwa? „Tykanie” może się różnie objawiać. Najłagodniej, kiedy te dzieci wezmą w przyszłości odwet na rodzicach, czyli nastąpi właściwy kierunek kary i niedużo krzywdy. Częściej jednak dzieje się tak, że dzieci biorą tę winę porzucenia na siebie i wtedy krzywda jest ogromna, a cierpienie długotrwałe.

ZwB  Bartek cierpi bardzo. Ciągle walczy z życiem i z sobą... o życie?

J.S. Obsesji samobójczych nie życzę nikomu. To straszna choroba, jeszcze jedna z tych, które powstają „z tęsknoty do matczynych ramion, z braku ojcowskich kolan". Mnie uratowała popularność tej choroby w moim pokoleniu czy środowisku, kiedy byliśmy nastolatkami. Spotykałem kolegów i dziewczyny, z którymi godzinami analizowaliśmy swoje stany, odzierając je z tajemnicy, lęku, władzy nad nami. I okazało się, że sami o tym nie wiedząc, instynktownie leczyliśmy się nawzajem, prostą zasadą terapii grupowej. Nie wszyscy z nas przeżyli i to były zawsze najtrudniejsze chwile, ale paradoksalnie wielu stało się „specjalistami” w wychodzeniu obronną ręką z najcięższych kryzysów, chyba wedle mądrości, że co cię nie zabije, to cię wzmocni.

A wracając do poprzedniego pytania, dlaczego tak skomplikowałem Bartka? Jak podobać się kobietom, zawsze stanowiło dla mnie niezgłębioną tajemnicę i w moim przypadku bywało z tym bardzo, bardzo różnie. Ale też zauważyłem, że moja skomplikowana, pogmatwana złożoność bytu często otwierała szeroko różne piękne oczy, u których, zdawało się, nie powinienem mieć najmniejszych szans. Nawet odrzuceniom towarzyszyło zdanie: „Ale jesteś bardzo ciekawym człowiekiem…”.

ZwB Ciekawym, fakt ;-))) Ale podobno jest Pan też kosmitą?

J.S. Oczywiście. A także lesbijką, żydem, czarnuchem, agentem i zdrajcą. W dzisiejszym polskim wariatkowie trudno złożyć inną deklarację. Kiedyś komuniści uzurpowali patriotyzm, stawiając przed rodzicami trudne łamigłówki, ponieważ my do pokolenia rodziców nie mieliśmy za grosz zaufania, bez względu na to, czy chodzili do kościoła, czy na partyjne pochody. Ta schizofrenia przetrwała w niepojęty sposób, bo – uwrażliwiony patriotycznie – cokolwiek chciałbym na ten temat powiedzieć, ktoś już zdążył to ośmieszyć. I dlatego:

Rzadko na moich wargach –
Niech dziś to warga ma wyzna
Jawi się krwią przepojony,
Najdroższy wyraz: Ojczyzna.

Wszystkie narodowe pyskówki sprawiają, że czuję się stary, chory i umierający, bo wiem, że moja umiejętność wypicia litra bez zakąszania, co zawsze było jednoznacznym dowodem na bycie Polakiem i katolikiem, dzisiaj już nie wystarczy. Dzisiaj musiałbym potem komuś, nieposiadającemu tej umiejętności, przypierdolić, a na to się zwyczajnie nie zgadzam. Bycie kosmitą pozwala mi na dystans do swojej, jakże krótkiej, obecności na Ziemi i do rodaków – pobratymców – braci – krajan – ziomków.

ZwB Czy ten dystans pozwala Panu też na optymistyczne wnioski co do ludzkiej, a specyficznie polskiej kondycji? Innymi słowy, jakie zjawiska w polskiej kulturze Pana cieszą? Zachwyciły Pana ostatnio jakieś szalone, pełne życia wydarzenia?

J.S. To aż trzy pytania. Pierwszym rozdrapuje Pani moje rany. Kondycja ludzka na dzisiaj… Wspomniałem już, że są lata diabła: mamy XXI wiek i znowu głosimy wojny religijne! Jakby tego było mało zabijamy też w wojnach kolonialnych, bo jak inaczej nazwać wysłanie żołnierzy na obcy kontynent i kazać im strzelać do mieszkańców tylko po to, żeby zapewnić sobie dostęp do ich bogactw naturalnych? A księża w moim Kościele błogosławią karabiny: jedźcie i zabijajcie w imię Boże. Bo jakichkolwiek słów używają, karabiny nie służą do gry w klipę.

Kiedy to się stało?! Dlaczego nagle tak dramatycznie cofnęliśmy się w rozwoju?! Czuję się potwornie bezradny, wykrzykując te pytania. Lecz żeby z nimi nie zostać, przyznam się, że tak naprawdę to w przyszłość patrzę bardzo optymistycznie. Bo w młodym pokoleniu nie dostrzegam patriotów-idiotów. Oni ignorują koniowałów, którzy zamiast do zdjęć pięknych kobiet, wolą brandzlować się do ubeckich akt, a orgazm osiągają wtedy, gdy znajdą osraną bieliznę Bohatera: „Owszem, może i Bohater obalił komunizm, może samowtór wyzwolił pół Europy, ale miał wtedy brązowy przedziałek na gaciach!” . Normalnych młodych ludzi tak bardzo to nie obchodzi, że zainteresowane dzisiaj tym zboczeniem media jutro o nim zapomną, bo gdyby to ciągnęły, to się nie sprzedadzą. I dlatego radośnie posilę się tutaj piosenką Wojciecha Młynarskiego:

Róbmy swoje,

Bo dopóki nam się chce,

Drobiazgów parę się uchowa:

Kultura, sztuka, wolność słowa, dlatego

Róbmy swoje,

Może to coś da? Kto wie?...

Niejedną jeszcze paranoję

Przetrzymać przyjdzie robiąc swoje.

W ten sposób gładko przejdziemy do zjawisk w polskiej kulturze. Najchętniej podywaguję o muzyce, bo choć jestem rycerzem Kaliope, zawsze kochałem się w Erato i Polihymnii, bez nich nie uśmiechałbym się i pewnie nie napisał ani słowa. Mój literacki dzień pracy wygląda tak: piszę w ciszy od obudzenia do popołudnia, potem długi spacer czyli układanie w głowie dalszego ciągu (czasami powtarzam dialogi, gadając do siebie, czym wzbudzam popłoch u bogobojnych przechodniów), obiad na mieście i wieczorem koncert. Kiedy pisałem w Krakowie Królewnę, codziennie miałem do wyboru kilka koncertów, w tym zawsze co najmniej jeden był za darmo. Wróciłem do Warszawy i tu już tak dobrze nie ma, ale w dalszym ciągu od czasu do czasu są darmowe imprezy, które wprawiają mnie w zachwyt i oszołomienie. Pod Pałacem Kultury grał Joe Zawinul, śpiewała Flora Purim, w Bazylice radziwiłłowskiej na Pradze koncertowali Wiedeńscy Filharmonicy! Proszę mi wierzyć, kaliber tego wydarzenia mogłaby przebić chyba tylko królowa brytyjska na meczu Legii. Dzięki tanim biletom koncerty Warszawskiej Jesieni są wypełnione publicznością po brzegi, a jak co roku w czerwcu zaczyna się właśnie inny festiwal, Crossdrumming, światowe święto muzyki perkusyjnej wszelkich gatunków. Ktoś więc robi swoje: ktoś o to dba, ktoś to finansuje – gratulacje i szczere podziękowania! Chce się żyć.

Coś jeszcze bardziej szalonego? Proszę bardzo. Ostatniego lata przyjechali do Warszawy Budgie. Jezus Maria Józef, co to był za koncert! Chodziłem potem głuchy przez dwa dni, ale było warto. Mistrzostwo świata, a ostatnia płyta genialna, na szóstkę. Podobną euforię przeżyłem kilka dni temu w Londynie, gdzie pojechałem na koncert grupy Focus. Nastolatkowie obok mnie wyśpiewywali (czytaj: wydzierali się) każdą nutkę razem z muzykami, a przecież Thijs van Leer mógłby być ich dziadkiem. Czyli… parę drobiazgów uchowało się. Niech żyje wolność! Chwała Bohaterom!

ZwB Jest Pan też reżyserem, czy przymierza się Pan do ekranizacji Królewny?

J.S. Reżyserem jest ten, kto potrafi zdobyć pieniądze na swój film. W tej chwili, jak już wspomniałem, wciąż jestem skupiony na tym, co musi zostać napisane, więc na razie szkoda byłoby mi czasu na wchodzenie oknem tam, gdzie wyrzucają mnie drzwiami, a tak mniej więcej wygląda szukanie funduszy na film. Nie zmienia to faktu, że rozmawiamy z kolegami po fachu, jak to Królewna mogłaby w polskim kinie przybliżyć trochę szeroki świat. Ale na dzisiaj są to tylko niezobowiązujące dywagacje.

ZwB Wstrząsająca definicja zawodu, ale pewnie prawdziwa. Myślę, że Królewna jest dobrym materiałem na film. A czym się Pan zajmuje, kiedy nie pisze?

J.S. O swoich zainteresowaniach posiwiałego libertyna sporo piszę na stronie www.seipp.pl, żeby więc nie powtarzać się, opowiem tutaj o dwu innych ulubionych zabawach. Pierwsza, to harce ze sztuką. Proszę zobaczyć: rozmawiamy o książce sprzedawanej jako kryminał, w której „tak trzaskali się, aż buty miałem pełne krwi”, a ile tematów poruszyliśmy.

Tak niewielką ilość procesów zachodzących w mózgu kontrolujemy, że ze strachu wymyśliliśmy Boga, a dla chociaż odrobiny radości w tym niezrozumiałym bałaganie – sztukę. I właśnie wyłapywanie tej radości w relacjach literatura – sen z kobietą – rozum – muzyka – Bóg – miłość dziecka – performance – życie to moja wielka namiętność. Bo niczego bardziej nie znoszę niż traktowania sztuki ze śmiertelną powagą, nakazywania jej Wielkiej Misji. Jedno trzęsienie ziemi, epidemia, jeden maniak u władzy wypuszczający na wolność demony zła ukryte w porządnych do wczoraj ludziach – a całą sztukę świata można potłuc o kant tyłka.

Drugą z zabaw, dla której wciąż chce mi się żyć, to (z francuska) flanerowanie lub – jak mówi się w mojej rodzinie – szlajanie się. „We wszystkich miastach, do których dotarł w swoim życiu włóczęgi, było to jego podstawowe zajęcie: łażenie ulicami dniem i nocą, chłonięcie lokalnego życia z pozycji obserwatora, niemuszącego poddawać się pośpiechowi” – to charakterystyka Bartka, cytat z Królewny. W naszym języku nie ma odpowiednika postaci flâneura, włóczęgi-obserwatora, spacerującego filozofa, chociaż wszyscy znamy przykłady literackie – Cortazara, Tyrmanda. O tak, mam w duszy całą listę miast, po których chciałbym jeszcze poflanerować: Kadyks, Valparaiso, Zanzibar, że wymienię tylko te najbardziej romantyczne. Czego sobie i Państwu życzę.

ZwB  A może flanerując kiedyś po Gdańsku, zabłądzi Pan do nas na spotkanie autorskie?

J.S. To będzie zaszczyt i przyjemność.

Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

Z maila Jerzego Seippa do naszej redakcji: "Dla pierwszej osoby, która zgadnie, czyj wiersz zacytowałem w tym wywiadzie, potrafi wyrecytować drugą zwrotkę i odpowie na to poprzez moją stronę internetową, ufunduję egzemplarz Królewny. Pozdrawiam".