ZwB Państwa książka Klątwa Konstantyna już bije rekordy popularności. Co na to autorzy? Zaskoczeni, zachwyceni, przestraszeni?
M. i M. Kuźmińscy Książka jest na rynku dopiero od września, więc na razie nie zapeszajmy. Natomiast cieszymy się z ciepłego przyjęcia Klątwy przez tych krytyków, którzy zdążyli ją już przeczytać, i mamy nadzieję, że również czytelnikom sprawia ona dużo przyjemności.
ZwB Upłynęło trochę czasu od Państwa ostatniej, a zarazem pierwszej książki. Co się zmieniło w Państwa podejściu do pisania?
M. i M. Kuźmińscy Sekret Kroke, naszą pierwszą powieść, pisaliśmy w zasadzie do szuflady, dla siebie, nie myśląc zbyt poważnie o jej wydaniu. Pisząc Klątwę Konstantyna wiedzieliśmy zaś, że zostanie wydana – to duża odpowiedzialność, ale na nas chyba podziałała mobilizująco, a nie pesząco. Mieliśmy deadline, więc nie mogliśmy dawać sobie taryfy ulgowej. Co więcej, jeśli w tyle głowy ma się, pisząc, wyobrażonego czytelnika, pomaga to uporządkować i zdyscyplinować proces pisania. Wreszcie, same czasy, w których zdecydowaliśmy się osadzić fabułę, także wymagały zupełnie innego podejścia niż w przypadku Sekretu. Przedwojenny anturaż naszej pierwszej powieści to właściwie gotowy zestaw klisz, wzorców, modeli postaci,
dekoracji. Nic, tylko czerpać, cytować i przetwarzać. Tymczasem powojenny Kraków to w zasadzie biała plama na mapie – nieznane, chaotyczne, tajemnicze miasto, które podręczniki historii zbywają dwiema linijkami ogólników, a powojenna historia Polski zaczyna się na dobre w 1946 roku. O tym tużpowojennym świecie bardzo niewiele wiadomo. A to zdumiewające, bo to absolutnie fascynujący moment naszej historii. Fascynujący i złowrogi zarazem.
ZwB Jakie przygotowania musieliście zatem Państwo poczynić, by odtworzyć kreowany przez siebie świat powojennego Krakowa?
M. i M. Kuźmińscy Początkowo wydawało się nam to bardzo trudnym zadaniem – bo mało które źródła w ogóle zatrzymują się na dłużej w tym momencie. Musieliśmy więc zacząć od początku: sięgnąć do źródeł najciekawszych, ale zarazem najbardziej wymagających, czyli do ludzkiej pamięci. Rozmawialiśmy ze świadkami tamtych czasów, ludźmi pamiętającymi koniec wojny w tamtym mieście. Konfrontowaliśmy ich wspomnienia ze sobą nawzajem i ze szczupłymi źródłami oficjalnymi. Była to niezwykła przygoda, taka archeologia pamięci: odtwarzanie, warstwa po warstwie, świata, którego już nie ma. Następnie szukaliśmy źródeł z epoki. Szczęśliwie już od wyzwolenia Krakowa wychodził w mieście „Dziennik Polski”. Od maja ukazywał się też „Tygodnik Powszechny”, a od kwietnia – „Przekrój”. Ale najcenniejszym źródłem wiedzy o mieście okazały się nie sążniste, programowe artykuły, lecz... ogłoszenia drobne. Dają one wyobrażenie o tym, czym żyło miasto, z jakimi problemami mierzyli się ludzie. W tamtym mieście tętniło życie handlowe, próbowano sprzedać wszystko, co nadawało się na sprzedaż – od lokali po maszyny rzemieślnicze, których nazw nie sposób spamiętać (wiele z nich pochodziło z resztą pewnie z szabru na tzw. Ziemiach Odzyskanych…). Albo taki detal: ogromna liczba anonsów ostrzegających przed podrobionymi kosmetykami czy lekami, a nawet słodyczami świadczy o tym, że z fabryk porzuconych przez ich niemieckich „powierników” kradziono wówczas opakowania, wykorzystywane następnie do sprzedaży podróbek. Po drugie, Kraków jawi się jako wielki punkt węzłowy dla ludzi przesiedlanych ze Wschodu na Zachód, wędrujących z Północy na Południe – na przykład do Palestyny... Ale też przybywających ze zrujnowanej Warszawy albo z obozów. Każdy kąt w mieście jest zajęty, wynajmuje się lokale na potęgę. Trwa też dzikie zajmowanie porzuconych bądź wywłaszczonych mieszkań i lokali – najpierw po Żydach, potem po Niemcach i Volksdeutschach... Tu znajdujemy też ogłoszenia o wzajemnie poszukujących się ludziach, często bardzo dramatyczne. Ale z drugiej strony są też prawdziwe dowody ludzkiej naiwności i pecha: krakowianie namiętnie gubią dokumenty, bez których w tamtych czasach żyć nie było sposób, albo dają się zrobić w konia. Na przykład takie ogłoszenie z „Dziennika Polskiego” z 8 sierpnia: „Pana, który 31. VII pod Sukiennicami wziął na przechowanie kosz z towarem, gorąco proszę o zwrot za wynagrodzeniem” (dodajmy że pod Sukiennicami działała wielka tandeta i handlowali waluciarze regularnie najeżdżani przez milicję). No i po trzecie, ogłoszenia pozwalają odtworzyć mapę miasta: pod jakim adresem mieścił się punkt wydawania mleka w proszku dla niemowląt, a gdzie organizowano codzienne potańcówki z orkiestrą? Kraków tamtych lat nie tylko głodował, tłoczył się i kombinował – ale też bawił się tak, jakby miało nie być jutra...
Oczywiście nie były to wszystkie nasze źródła – dość wspomnieć o pamiętnikach, takich jak zapiski Voglera, czy zdjęciach, które więcej potrafią powiedzieć niż niejedne wspomnienia. Poza tym almanachy pieśni, opracowania historyczne, rozmowy z badaczami dziejów – swoim czasem i wiedzą podzielił się z nami m.in. prof. Andrzej Chwalba, znakomity kronikarz Krakowa, ale też prof. Andrzej Kadłuczka, który pracował przy podziemiach Rynku Krakowskiego, co dla naszej opowieści miało kapitalne znaczenie...
ZwB A dlaczego wybraliście Państwo akurat rok 1945 na czas akcji swojej powieści? Z jakich względów okazał się on literacko interesujący?
M. i M. Kuźmińscy Moment wielkiej przemiany, chaos świata po katastrofie i wyłanianie się nowego ładu – bądź nieładu! – to szalenie nęcący fabularnie moment. Bo to dramaturgia sama w sobie. Tak jak bohater każdej opowieści musi przejść jakąś przemianę, tak samo przemianę przechodzi tło tej opowieści, stając się zarazem... bohaterem. I w przypadku Sekretu, i w przypadku Klątwy bardzo nam zależało na tym, by miasto także było bohaterem tych powieści – dlatego wybraliśmy właśnie momenty wielkich przełomów, wielkich kryzysów.
Oczywiście nie bylibyśmy szczerzy, nie przyznając, że ważnym aspektem wyboru roku 1945 było to, że nikt dotąd jeszcze w tym momencie dziejowym nie osadził akcji powieści sensacyjno-kryminalnej. Przedwojennych kryminałów retro jest mnóstwo, ten czas – ale też czasy wcześniejsze – są już bardzo, na wiele sposobów, i generalnie ze znakomitym skutkiem, przez pisarzy wyeksploatowane. Dlatego postawiliśmy na „ucieczkę do przodu”. Chcieliśmy czegoś nowego, świeżego, z czym zmierzenie byłoby wyzwaniem: jak już mówiliśmy, te czasy to terra incognita, nie mieliśmy do dyspozycji klisz, wzorców, typów. To było prawdziwe wyzwanie.
ZwB A bohaterowie Klątwy Konstantyna? Wymknęli się trochę spod kontroli w porównaniu z Sekretem Kroke?
M. i M. Kuźmińscy Wręcz przeciwnie! Mieliśmy nad nimi całkowitą kontrolę, co nie wszystkim z tych bohaterów wyjdzie na zdrowie... Dokładnie zaplanowaliśmy ich dalsze losy, ich nowe przeciwności, przemianę. W Sekrecie Kroke zostawiamy bohaterów w momencie, w którym wszystko zmierza ku szczęśliwemu zakończeniu (choć przecież równocześnie wiemy, że nad porzucaną przez nich Europą wisi wojna). Ale szczęśliwe zakończenia są tylko w bajkach, nie da się żyć długo i szczęśliwie, książę z bajki nie zawsze „zabiera ją jako żonę swą hen, do pałacu bram”... No i – przed losem, wojną i przed wyborem nie da się uciec (to przecież naczelna zasada budowania dobrej fabuły, odkąd ludzie zaczęli układać opowieści!). Dlatego znowu rzucamy naszych bohaterów w wir wydarzeń wielkiej historii, będą musieli się zmierzyć ze swoimi demonami i ważnymi wyborami. Jak z nich wybrną? Mamy nadzieję, że udało nam się sprawić, by wybrnęli z nich w nieoczywisty sposób.
ZwB Główne postacie z Sekretu, czyli książę Romanow oraz Rebeka, zyskali w Klątwie współbohaterów, którzy z wielu względów stają się w określonych momentach równorzędni wobec nich, a może i nawet ważniejsi. Mam na myśli Mewę, Baśkę oraz Awnera. Jak powstawały te postacie?
M. i M. Kuźmińscy Najpierw słowo o Romanowie i Rebece: to już nie szarmancki, nieskazitelny i wodoodporny książę z wielkich salonów i nieśmiała koza, najmłodsza córka alchemika z Kazimierza – oboje dużo razem i osobno przeszli, zmienili się, może dojrzeli. Chcieliśmy, żeby te postacie, do których my sami, a mamy nadzieję, że również czytelnicy, bardzo się przywiązaliśmy, nie były tylko kuponami odciętymi od pierwszej książki, żeby zyskały nowy wymiar – ale też zachowały swoje najbardziej charakterystyczne cechy.
Daliśmy Romanowowi (poniekąd zgodnie z prawami sequelu, który wymaga podwojenia elementów części pierwszej...) partnera w osobie byłego cichociemnego, Andrzeja „Segala” Mewy. I wymyśliliśmy go tak, by nie mógł się od naszego głównego bohatera już bardziej różnić. Te postacie kontrastują się nawzajem, ale też uzupełniają. Chcieliśmy, by ci dwaj tak odmienni od siebie faceci, w pewnym momencie okazali się bardzo podobni. Mewa jest prawy, szlachetny, honorowy, to archetyp rycerza. Ale przecież to nie czasy dla rycerzy, oni są z innego świata. Rycerskie cechy na takim tle stają się nieprzystające, naiwne, groteskowe. Rycerz okazuje się błędny. Pytanie, czy i kiedy zda sobie z tego sprawę i czy nie będzie wówczas za późno?
Basia to także postać nie z tego świata – ze świata, który przeminął razem z końcem wojny. Młodziutka partyzantka, dziecko lasu, której dzieciństwo skończyło się z pacyfikacją jej wioski, a dorosłość nigdy się miała nie zacząć. Dziewczyna wychowana z karabinem w ręce, nieumiejąca niczego innego poza walką. Nie tylko zbrojną, także walką w ludzkim stadzie. I to właśnie taka postać pełni w naszej opowieści rolę femme fatale. Jakoś tak wyszło, że do Baśki szalenie mocno się przywiązaliśmy, polubiliśmy ją, to dzikie i dziecięce zarazem dziewczę z lasu, praktycznie od momentu, gdy ją wymyśliliśmy.
A Awner? To prawdziwy wojownik, ale też postać niosąca pewne przesłanie...
ZwB Przyznaję, że zatrzymał mnie Awner. To smutna i tragiczna postać, niezwykła nawet w realiach książki, nosząca na sobie pewne piętno…
M. i M. Kuźmińscy On wyruszy w swoją misję z najszlachetniejszych pobudek, ale będzie musiał się zmierzyć z własnymi motywacjami, z zemstą, która zawsze wymyka się spod kontroli. To też postać trochę wampiryczna – Awner powoli staje się upiorem. Będzie sobie musiał również odpowiedzieć na pytanie, kim dla niego jest Rebeka, i co dla niego ważniejsze: misja czy ona? I to nie wszystkie pytania, na które musi sobie odpowiedzieć. A piętno, które w sobie nosi, to nawet rodzaj kompleksu: przecież on ma do samego siebie żal o to, że nie mógł walczyć po stronie swoich w ogarniętej wojennym horrorem Europie. Będzie chciał to sobie skompensować. A dokąd go to zaprowadzi – tego oczywiście Państwu teraz nie powiemy.
ZwB Państwa powieść to też zapachy, smaki… to bardzo trudne oddać atmosferę zmysłowości w powieści. Gratuluję, bo Klątwa jest również pod tym względem znakomita. Pamiętam, że wspominaliście Państwo kiedyś o gotowaniu podczas pisania Sekretu. Czy teraz też macie za sobą takie doświadczenia?
M. i M. Kuźmińscy Tu trudność polegała na tym, że powojenny Kraków głównie głodował, a żywił się kapustą, ziemniakami i osiągającym horrendalne ceny na czarnym rynku chlebem, pieczonym podobnie jak za Niemca głównie z kukurydzianych kaczanów i mielonych żołędzi. Palono papierosy z machorkowego tytoniu, pito wódkę tzw. Perełkę sporządzaną z chemicznego proszku o niewiadomej zawartości. Bezcenne były tu wspomnienia osób, które opowiadały nam o tamtych czasach. Namówiliśmy je na opowieść o smakach i zapachach tamtego Krakowa. Inaczej jednak niż przed wojną, powojenny Kraków nie smakował i nie pachniał najszlachetniej. Zakład Oczyszczania Miasta już istniał, ale głównie na papierze. Proszę sobie wyobrazić miasto przywalone stertą śmieci, cuchnące końskim nawozem i ludzkimi ekskrementami, gotujące kapustę, niemyte i nieprane. Oczywiście, działały też eleganckie restauracje, ale z drugiej strony także parszywe speluny. Smaki i zapachy tych pierwszych odnajdujemy między innymi we wspomnianych pamiętnikach Voglera, który opisuje np. wnętrze „Feniksa”.
Ale co do zasady, jesteśmy przekonani, że przywoływanie detalicznych opisów smaku, zapachu, zmysłowych wrażeń, jest szalenie ważne dla opowieści – bo tak przecież działa nasza pamięć, kojarzenie i wyobraźnia. Odbieramy świat wszystkimi zmysłami, a choćby nikła sugestia pamiętanego z dzieciństwa zapachu przywołuje nam przed oczy całe obrazy i historie. Bodaj Wojciech Orliński niedawno narzekał, że w polskiej literaturze, wbrew jej tradycjom (by przywołać tylko mickiewiczowskie opisy szlacheckich uczt!), ignoruje się praktycznie smaki. Bohaterowie ledwo „jedzą lancz” albo „robią sobie kanapkę”. Zauważał, że wyjątkiem jest polskie fantasy (np. Wiedźmin Sapkowskiego). Z całym szacunkiem chcielibyśmy nieśmiało zauważyć, że także polski kryminał jest w tej dziedzinie mocny – by powołać się np. na tłuste i soczyste opisy ucztującego w „Piwnicy Świdnickiej” Eberharda Mocka z powieści Marka Krajewskiego. No i – toutes proportions gardées – także na zmysłowe doświadczenia naszych bohaterów...
ZwB Czy powstaje już kolejna powieść z tego cyklu?
M. i M. Kuźmińscy Już wiemy, co będzie dalej, w jakie tarapaty wpakujemy naszych bohaterów, ale oczywiście nie puścimy na ten temat pary z gęby. Za to zdradzimy, że dalsze losy Romanowa i Rebeki to nie wszystko, co szykujemy naszym czytelnikom. Ale o tym także sza...
ZwB Bardzo dziękuję za rozmowę.
M. i M. Kuźmińscy Również bardzo dziękujemy i pozdrawiamy gości Zbrodni w Bibliotece!
Wywiad przeprowadziła Jolanta Świetlikowska
foto: Grażyna Makara
Małgorzata Fugiel-Kuźmińska (ur. 1982) z wykształcenia i zamiłowania jest antropologiem kultury, zawodowo zajmuje się zarządzaniem projektami. Autorka m.in. artykułów o kulturze popularnej.
Michał Kuźmiński (ur. 1981) jest dziennikarzem, redaktorem "Tygodnika Powszechnego", gdzie zajmuje się problematyką społeczną, wpływem technologii na ludzi oraz prowadzi wywiady.
Entuzjaści Krakowa, który ich połączył, a zwłaszcza kultowej dzielnicy Kazimierz, dawnego Miasta Żydowskiego, dzięki któremu napisali swoją pierwszą książkę pt. Sekret Kroke. Wspólnie prowadzą blog o kulturze popularnej oraz stronę internetową poświęconą architekturze romańskiej.
Powojenna klątwa - wywiad z Małgorzatą i Michałem Kuźmińskimi
Krok po kroku po Kroke - wywiad z Małgorzatą i Michałem Kuźmińskimi
Kuźmińscy o Klątwie Konstantyna
Kryminał w kolorze sepii - relacja z 1. Darłowskich Dni z Dobrą Książką