ZwB Panie Ryszardzie, jest Pan wielbicielem kryminałów. Kiedy zaczęła się ta pasja?
Ryszard Ćwirlej Jeszcze w ogólniaku dostałem od kolegi na kilka dni do poczytania Długie pożegnanie Raymonda Chandlera, no i do dzisiaj Philip Marlowe jest moim ulubionym bohaterem. Czytam bardzo dużo kryminałów, właściwie wszystko, co wpadnie mi w ręce, ale atmosfery Chandlerowskich książek nie znalazłem właściwie nigdzie. No z jednym wyjątkiem. Marek Krajewski to dla mnie prawdziwe objawienie na naszym rynku. Cieszę się, że jest w naszym kraju ktoś, kto potrafi tak pisać.
ZwB Kupił więc Pan już Dżumę w Breslau?
R.Ć. Nową książkę Marka Krajewskiego już kupiłem, ale jeszcze nie czytałem. Muszę trochę poczekać na kilka spokojniejszych dni, kiedy będę mógł bez przeszkód zabrać się za czytanie. Dobra uczta musi mieć swój czas i miejsce, żadnego pośpiechu, żadnego czytania po dwie strony między jakimiś domowymi zajęciami.
Jego książki mają swój niepowtarzalny klimat, niemalże pachną starym Wrocławiem. To dla mnie szczególny zapach, ulotny posmak przeszłości, atmosfera miasta, którego już nie ma. Ja wychowałem się w takim właśnie mieście, w którym co rusz, jako dziecko, natrafiałem na tajemnicze ślady przeszłości. Jakieś stare domy ukryte na podwórkach za nowymi blokami, krawężniki nieistniejących ulic prowadzące donikąd, cmentarze z nagrobkami opisanymi dziwacznymi literami i włazy do studzienek kanalizacyjnych z napisem Schneidemuhl. Odkryłem w końcu, że moja Piła nie zawsze była polskim miastem i że kiedyś żyli tam ludzie mówiący innym językiem. Krajewski otwiera nam świat, który przeminął, ale który powinniśmy poznawać i szanować, jeśli chcemy i wymagamy szacunku od innych.
ZwB A jak Pan ocenia twórczość innych polskich autorów kryminalnych?
R.Ć. Na pewno wśród autorów, którzy niedawno objawili się na naszym rynku, na uznanie zasługuje Konrad Lewandowski. Jego pierwsza powieść jest według mnie bardzo sprawnie napisana. Dobry warsztat, świetna narracja i ciekawa intryga, a wszystko przyprawione apetycznym, trochę staroświeckim warszawskim sosem. Smakowite danie. Mam nadzieję, że następna książka, która już czeka na swoją kolej na mojej półce, będzie równie dobra. Zresztą co tam, już ją powoli zacząłem próbować.
ZwB Od czego Pan zaczął swoje zmagania z pisaniem kryminału?
R.Ć. Nie mam pojęcia, skąd wziął się pomysł na kryminał. Jakiś czas temu coś tam napisałem... Pierwszą scenę nad Wartą, tę, w której wędkarze wyławiają trupa z wody. Przeleżało to w komputerze parę miesięcy, aż wreszcie przez przypadek znalazłem to znowu, przeczytałem i doszedłem do wniosku, że dobrze się zaczyna i ciekawe, co by było dalej. No to zacząłem pisać, by się dowiedzieć, kto zabił. Wszystko przez tę ciekawość.
ZwB Pana Upiory nie odwołują się do Chandlera. Poszedł Pan w zupełnie inną stronę. Skąd taki kostium milicyjny?
R.Ć. Chandler był świetnym pisarzem, a ja tylko przeciętnym dziennikarzem. On swoje książki tworzył, a ja wymyślam, ubarwiając tym, co kiedyś tam zapamiętałem. A lata osiemdziesiąte to przez lenistwo. Jakbym chciał pisać kryminał dzisiejszy, to musiałbym pochodzić po mieście, posłuchać, co ludzie mówią, zobaczyć, jak wyglądają knajpy, bo tych współczesnych nie znam wcale. Natomiast te z roku 1985 pamiętam doskonale, bo wtedy jeszcze łaziłem po knajpach. A teraz żona mi nie pozwala.
No i wtedy miałem fajne kontakty z MO. Siedziałem 48 godzin do wyjaśnienia na Chłapowskiego, dostałem pałą przez plecy podczas manifestacji, a o Pile, w której spędziłem młodość, mówiło się, że jest w niej więcej milicji niż normalnych ludzi. Była tam szkoła milicyjna, siłą rzeczy znałem więc wielu milicjantów, a dzieci z rodzin milicyjnych to moi koledzy i koleżanki, środowisko naturalne. Nie można było mieszkać w Pile w latach siedemdziesiątych i nie mieć świadomości tego, jak pracują milicjanci.
ZwB W Upiorach napoje wysokoprocentowe leją się strumieniami... Nie bał się Pan, że taki wizerunek stróża prawa nie będzie dziś łatwy do przyjęcia?
R. Ć. Dzisiejsi policjanci różnią się bardzo od milicjantów z lat osiemdziesiątych. To dwa różne światy. Dziś policja stoi na straży prawa, a Milicja Obywatelska broniła socjalistycznego porządku społecznego, a to zasadnicza różnica. A co do wódy, która lała się w tych czasach strumieniami, to myślę, że w tym, co piszę, nie ma wielkiej przesady.
Jeden z kolegów z mojej klasy, syn milicjanta, mieszkał w tak zwanym milicyjnym bloku. Wszyscy mieszkający na jego klatce schodowej sąsiedzi podczas stanu wojennego pędzili bimber. Oprócz jednego, który był kolejarzem i nie miał czasu, bo nigdy go nie było w domu. Pozostali to milicjanci, którzy czuli się zupełnie bezkarni, mimo że na schodach przez cały czas unosił się charakterystyczny smród gotowanego zacieru. Ale kto miał ich aresztować i zlikwidować bimbrownie? Ich koledzy z komendy? Takie czasy.
ZwB A co sprawiało Panu największe trudności w pisaniu?
R.Ć. Nie wiem czy można tu mówić o trudnościach, raczej powiedziałbym, że było coś, co znacznie wydłużyło sam proces pisania Upiorów. Chodzi oczywiście o całą tą pracę związaną z poszukiwaniem pewnych szczegółów dotyczących tamtej epoki, a więc cen piwa, obiadów w restauracjach i tak dalej. Trzeba było trochę pogrzebać w starych gazetach, a przede wszystkim dotrzeć do nich i trochę poczytać, by przypomnieć sobie co nieco. Okazuje się bowiem, że o ile zapamiętujemy dużo szczegółów z przeszłości, jak na przykład kolor jakiegoś domu czy zapach baru mlecznego, o tyle ceny zmieniały się wówczas tak szybko, że nie sposób ogarnąć ich pamięcią.
ZwB Jeździł Pan w tamtych czasach trabantem?
R. Ć. Trabanta chciałem kupić, ale się nie udało. To nie była kiedyś łatwa sprawa kupienie samochodu. Miałem za to małego fiata, a właściwie moi rodzice mieli, a ja tylko nim jeździłem. Równie sympatyczny samochodzik, ale bez bagażnika, miał tylko miejsce bagażnikopodobne, więc nie bardzo pasował mi do Upiorów. Jednak oddaję mu hołd w następnej książce, która właśnie trafiła do wydawnictwa Replika.
ZwB Czy akcja będzie się działa również w Poznaniu... czy może w Pile?
R.Ć. Moja najnowsza powieść nosi tytuł Trzynasty dzień tygodnia. Jej akcja rozpoczyna się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku, czyli w momencie wprowadzenia stanu wojennego. Tej nocy w dwóch mieszkaniach, w odległych częściach Poznania dochodzi do dwóch morderstw. Porucznik Marcinkowski rozpoczyna śledztwo. Do pomocy ma rozpoczynającego właśnie pracę w milicji młodego podporucznika Brodziaka i oddelegowanego z SB starego pijaka chorążego Olkiewicza. Tym razem akcja książki nie zahacza o Piłę. To miasto zostawiam sobie na specjalną okazję. Pomysł już jest, tylko trzeba go wprowadzić w życie.
ZwB A miłego szeregowego Blaszkowskiego nie będzie?
R.Ć. Blaszkowski w tym czasie jaszcze chodził do szkoły średniej, więc nie dam mu szansy na zaistnienie w tej książce, ale w następnej powróci na pewno.
ZwB Pisanie zapewne zajmuje Panu wiele czasu, a jak Pan spędza wolny czas?
R.Ć. Nie zbieram znaczków, nie mam rybek w akwarium i nie lubię pracować w ogródku, za to maluję obrazy i piszę. Te dwie czynności zajmują mi każdą wolną chwilkę.
ZwB No właśnie, Pana obrazy to nostalgiczne, ciepłe krajobrazy i elementy natury. Co Pan najbardziej lubi malować?
R.Ć. Te obrazy są jak zapiski z jakichś miejsc, które widziałem. Takie reporterskie spojrzenie na rzeczywistość, nieco przerobione i podkolorowane. Zamiast robić zdjęcia, maluję.
ZwB Bardziej uważa się Pan za pisarza czy malarza? Co jest trudniejsze? Co Pan darzy większą miłością?
R.Ć. Jedno i drugie się uzupełnia. I malując, i pisząc, staram się oddać jakiś klimat. To cały czas poszukiwania najwłaściwszego środka ekspresji. Malarstwo jest sposobem zapisywania bardziej ulotnych wrażeń. Literatura to przekaz bardziej wprost. W konsekwencji jednak efekt jest podobny. To, co się namalowało lub napisało, może się komuś podobać albo nie, ale rzadko pozostaje się zupełnie obojętnym.
ZwB Czego możemy się więc spodziewać w najbliższym czasie?
R. Ć. Właśnie wczoraj skończyłem jeden obraz, a dzisiaj zacząłem pisać kolejną książkę. Mam już dwie strony. Zostało jeszcze jakieś 300, więc muszę się spieszyć, bo jestem ciekawy, kto zabił.
ZwB My również;-) Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

Ryszard Ćwirlej – socjolog, filmowiec, reporter, niezależny producent filmowy i telewizyjny, malarz... by wymienić kilka tylko jego zajęć. Autor książki Upiory spacerują nad Wartą. Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej pisarza.
Książki Ryszarda Ćwirlejka na ZwB
To książka, która wciąga - Ryszard Ćwirlej o swej nowej powieści