Zbrodniczy Lublin - wywiad z Marcinem Wrońskim

22.11.2007
Zbrodniczy Lublin - wywiad z Marcinem Wrońskim

Katarzyna Arbaczewska Czy jesteś lublinianinem z dziada pradziada? „Lubelakiem”, jak mówią niektórzy?

Marcin Wroński Jest to trochę pytanie z gatunku: „Wrhoński, Wrhoński... Z którhych Wrhońskich?”. Tak, moja rodzina pochodzi z Lubelszczyzny, choć należę do pierwszego pokolenia urodzonego w samym Lublinie. Dla kogoś, kto pisze o tym mieście, jest to oczywiście ważne, bo dobrze robi na wiarygodność, ale chciałbym się zdystansować od pochodzenia, urodzenia itd. Fakt, że spędziłem tu całe życie, na pewno pomógł mi wyczuć „puls miasta” – jak myśli o tym komisarz Maciejewski – ale urodzenie niczego nie przesądza.

Jeden z najwybitniejszych i najbardziej zasłużonych dla wizerunku Lublina ludzi – nieżyjący już niestety prof. Władysław Panas – pochodził z Pomorza Zachodniego. I jak mi kiedyś sam powiedział w zadymionej palarni KUL-u, przyjazd do Lublina początkowo był dla niego niczym zsyłka na Syberię. Ale nie miał wyjścia – po wyrzuceniu z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w 1968 i po więzieniu tylko na KUL-u mógł znaleźć miejsce. Trwało lata, zanim profesor odnalazł się mentalnie w tym mieście, ale gdy się już odnalazł, on pierwszy – a nie żaden lublinianin z dziada pradziada – zaczął patrzeć na Lublin nie jak na mniej lub bardziej przypadkowy zbiór ulic i budynków, ale jak na Księgę Miasta, polsko-żydowski mikrokosmos, i w tym duchu go opisywać.

Tak, tak, odbiegłem od pytania, ale to ważne, bo tak naprawdę wolałbym odpowiedzieć na inne: „Czy czujesz się lublinianinem? Czy czujesz puls tego miasta?”. Tak, czuję się lublinianinem, puls tego miasta czuję tak samo jak swój własny.

K.A. Czy Lublin to prowincja?

M.W. A pewnie że tak, i Bogu dziękować, pani Arbaczewska kochana! Oczywiście co jest prowincją, zawsze zależy od punktu widzenia. Z Londynu czy innego New Yorku i Warszawa zdaje się małą mieściną. No ale w skali Polski Lublin prowincją jest, a symboliczną datą „orzeczenia prowincjonalności” był rok 1794, kiedy przestał funkcjonować Trybunał Koronny i nikt ważny nie miał już po co przyjeżdżać do tego miasta. Tylko że prowincja ma swoją siłę, choć nie zawsze jest jej świadoma. Po pierwsze – jest bliższa człowiekowi, nie tak zapędzona, jakby naturalniejsza, a jako materiał literacki bardziej uniwersalna niż metropolia. Po drugie – prowincja jest tajemnicza dla przybysza. Nie trzeba jechać do Warszawy, by z grubsza wiedzieć, jak ona wygląda, wystarczy od czasu do czasu popatrzeć w telewizor. Tymczasem nieraz, oprowadzając po Lublinie znajomych z innych miast, widziałem na ich twarzach takie zaciekawienie, jakby co najmniej oglądali las równikowy. Po trzecie – prowincja to partyzant i nikt mi nie powie, że nie ma szans w starciu z regularną armią stołeczną. Ma, tylko musi się nauczyć strzelać zza węgła. Warszawa i każda inna wielka metropolia funkcjonuje, wsysając talenty, a nie je rodząc. Nie prowadziłem takich badań, ale jestem gotów się założyć, że gdy przejrzymy biogramy – powiedzmy – stu osób liczących się w stołecznej kulturze, to się okaże, że co najmniej 2/3 w żadnym razie nie jest warszawiakami z dziada pradziada. Więc gdzie się te talenty wykluły? Na prowincji.

K.A. Powiedziałabym, że nawet 90% tak zwanych warszawiaków pochodzi spoza Warszawy… Osobiście znam tylko jedną osobę, której oboje rodzice urodzili się w Warszawie. Niemniej szkoda, że prowincja nie potrafi zatrzymać swoich talentów. Ty nie czułeś potrzeby sprawdzenia się na szerszych wodach?

M.W. Ależ stale to robię, tylko ukradkiem. Moje książki nie są przecież adresowane tylko do czytelnika regionalnego i tylko tu sprzedawane; także więcej głosów od czytelników mam spoza Lublina niż stąd, oczywiście nie licząc grona najbliższych znajomych. Przyznaję, kiedyś chodziła mi po głowie emigracja do jakiegoś znaczniejszego miasta i to właśnie było bezpośrednią przyczyną mojej szczerej rozmowy z prof. Panasem, o której wspomniałem. Tylko on mi wtedy powiedział z właściwą sobie metafizyką, że przestrzeń zewnętrzna owszem, „ale to w panu musi być Kraków”. No i faktycznie – dotarło. Jeśli we mnie nie będzie Krakowa, nie znajdę go, nawet gdybym stał pod Sukiennicami. I wniosek jeszcze ważniejszy – jeśli już ten Kraków jest we mnie, to po co się gdziekolwiek ruszać? Zatem podziękowałem profesorowi za radę, dopaliliśmy papierosy i z Lublina nie wyjechałem.

K.A. Akcja świetnych kryminałów, że wymienię choćby serię Caroline Graham czy książki o Jane Marple Agathy Christie, często dzieje się na prowincji, nawet głębszej niż nasze miasto. Czy prowincja to lepsze miejsce na zbrodnię?

M.W. Wiesz, do tej pory nie spoglądałem na to w ten sposób, no bo akcja wielu świetnych kryminałów dzieje się w metropolii – większość Sherlocków Holmesów, Zły Tyrmanda... Choć faktycznie, Warszawa Tyrmanda jest prowincjonalna w tym sensie, że zrujnowana, jakby zdegradowana. Nie wiem, czy prowincja to lepsza scenografia. Na pewno ciekawsza w tym sensie, że nikt nie oczekuje od prowincjonalnych stróżów prawa, że rozwiążą sprawę bardziej skomplikowaną niż kradzież jabłek albo traktora.

K.A. To tak a propos wysysania talentów…

M.W. A wiesz, to ważna uwaga, bo przecież wysysanie talentów to nie tylko emigracja speców od marketingu, informatyków, ludzi kultury, ale i policjantów, jak najbardziej. I to nie jest w żadnym razie wynalazek naszych czasów. Przypominasz sobie może komisarza Przygodę z Vabanku? „Przygoda, bardzo dobrze, szczególarz” – mówią o nim Duńczyk i Kwinto, a ja, zbierając materiały do swojego kryminału, natknąłem się na tego właśnie policjanta na Lubelszczyźnie, dokładnie w Zamościu, gdzie był komendantem powiatowym, zanim w 1930 roku został przeniesiony do warszawskiego Urzędu Śledczego, w którym zrobił świetną karierę. Nie umiem niestety powiedzieć, czy po jego wyjeździe radykalnie zmalała wykrywalność, ale jedno jest pewne – Warszawa wessała komisarza Leona Przygodę, a Machulski wziął go na postać do swojego filmu.

No i kończąc wątek prowincji, na pewno też im mniejsza mieścina, tym przestępstwo, zwłaszcza zbrodnia, wydaje się czymś bardziej nienaturalnym, jeszcze mocniej naruszającym porządek. Jednak pisząc Komisarza Maciejewskiego, nie zadawałem sobie takiego pytania. Od początku było dla mnie oczywiste, że będę pisał o zbrodni w Lublinie, po prostu dlatego, że Lublin znam lepiej niż jakiekolwiek inne miejsce, a także dlatego, że porządne miasto oprócz katedry, rynku i lochów powinno mieć swój własny kryminał.

K.A. Powinno? Po co?

M.W. Z co najmniej dwóch powodów. Raz, że zbrodnia to element promocji miejsca. Jeśli spróbujesz zsumować wszystkie swoje wyjazdy turystyczne połączone ze zwiedzaniem, to ile było takich razów, gdy oglądałaś miejsca, gdzie ktoś się urodził albo żył sobie szczęśliwie? A ile było takich, gdzie kogoś zabili albo była bitwa czy inne oblężenie? Przynajmniej ja te drugie pamiętam znacznie wyraźniej.

A dwa, że powieść kryminalna to rodzaj uwznioślenia zbrodni i śledztwa, a zarazem naznaczenia miejsca, gdzie miały miejsce. Banalna, powszednia przemoc, nawet jeśli bezpośrednio nas nie dotyka, to otacza na co dzień i nie jest niczym przyjemnym. Nie jeździmy do Londynu czy Wrocławia, żeby obejrzeć miejsce, gdzie ukradziono portfel Tadeuszowi N., ale chętnie oglądamy miejsca związane z Kubą Rozpruwaczem, Sherlockiem Holmesem czy Eberhardtem Mockiem. Mam słabość do antropologii kulturowej, więc powiedziałbym, że podświadomie uczestniczymy wtedy w jakimś obrzędzie, w mordzie rytualnym. I to mord, a nie zabytki, wywołuje dreszczyk. Czy Rzym byłby, czym jest, gdyby nie jakże kryminalny rodowód tego miasta, w którym brat zabił brata?

Nie jestem społecznikiem, zawsze starałem się pracować przede wszystkim dla siebie, jednak z myślą, żeby przy okazji i inni mieli z tego pożytek albo radość – bo przecież nic mnie to nie kosztuje. I myślę, że tutaj mogłem trochę pożytku i radości „Lubelakom” sprawić, co daje mi wiele satysfakcji.

K.A. Kiedy nawiedził Cię pomysł napisania kryminału?

M.W. Pierwsza myśl przyszła mi już dawno temu, jeszcze podczas studiów, gdy przeglądając międzywojenną prasę w celu napisania pracy zaliczeniowej o recenzjach teatralnych, zauważyłem, że znacznie bardziej niż recenzje interesuje mnie kronika kryminalna i reklamy. Ale to był pomysł z gatunku tych: „Jak dobrze byłoby nauczyć się mówić biegle po chińsku!” – rzecz niewątpliwie efektowna towarzysko, ale zniechęcająca wykonawczo. Zwłaszcza że wówczas miałem zupełnie inne podejście do literatury – myślałem raczej kategoriami Karola Irzykowskiego czy Güntera Grassa, literatura popularna kompletnie mnie nie interesowała. Nie żebym pogardzał czy coś w tym stylu, po prostu była mi obojętna jak ogrodnictwo, ikebana i tego typu sprawy. Więc idea lubelskiego kryminału leżała i się kurzyła. Dopiero mniej więcej trzy lata temu – gdy miałem już za sobą wiele przewartościowań, w tym zrozumiałem wreszcie, po co Gombrowicz napisał Opętanych (takie prawie nieznane czytadło w odcinkach) – zacząłem powoli przymierzać się do Komisarza Maciejewskiego. W wolnych chwilach zbierałem już materiały związane z międzywojenną policją, odświeżałem wiedzę o historii Lublina i prasie lat 30., odbywałem pierwsze konsultacje, zacząłem też przebąkiwać o tym w luźnych rozmowach z wydawcami i na różnych spotkaniach. Czyli nie działo się nic szczególnie ciekawego, znacznie więcej emocji przyniosło mi samo pisanie.

K.A. Odsłoń nieco emocji autora…

M.W. Odpowiedź będzie szczera, jednak nieco pokrętna. Każdą książkę, nie tylko kryminał, należy pisać z planem, zresztą wszystko powinno się pisać z planem – nieprzypadkowo już w szkole nauczyciele żądają planu wypracowania przed wypracowaniem. Z pozoru wydaje się to procederem zabijającym kreatywność, samoograniczeniem inwencji itd., ale nie, nie! Nieprawda, bo prawdziwa zabawa jest wtedy, gdy mamy plan, siadamy do pisania i okazuje się – bo zawsze się tak okazuje, przynajmniej u mnie – że plan wymaga zmian, że przychodzą do głowy lepsze pomysły, ciekawsze rozwiązania.

To jest pierwszy znak, że tekst żyje, sam zaczyna się poruszać. Ma się wrażenie, jakby postaci same zaczynały czegoś chcieć. To oczywiście poetycka bujda, ale nawet patrząc na to wściekle naukowo, jest to znak włączenia się do gry tych głębszych, mimowolnych pokładów mózgu. Wiele razy też bywało tak, że wciąż jeszcze w czasie pisania zbierając materiały – materiałów nigdy nie jest za mało – nagle trafiałem na jakiś szczegół, który inaczej ustawiał jakąś scenę i nagle wszystko zaczynało pasować jeszcze lepiej.

To są właśnie te emocjonujące momenty, dla których chce się pisać, no bo przecież każdy przyzna – samo pisanie jako czynność jest potwornie nudne.

K.A. Nudne? No to tu zabijesz chęci wszystkich początkujących autorów… Pewnie nie widzą pisania jako ciężkiej pracy.

M.W. Pewnie nie widzą, ale im szybciej zobaczą, tym lepiej dla nich. Nie chciałbym się tutaj wymądrzać ani zgrywać na zgorzkniałego profesjonalistę, mam wyłącznie na myśli taką prawidłowość, że jeśli coś za bardzo sprawia nam przyjemność – nie jest pracą, a kiedy nie jest pracą – nie czujemy potrzeby świadomego samodoskonalenia, tylko rozkoszujemy się swoją przyjemnością z robienia czegoś. To taka różnica jak między radosnym kopaniem piłki na podwórku i męczącymi treningami w klubie sportowym. Być może istnieją na świecie takie talenty, które na fali własnej przyjemności potrafią pisać świetne książki, wygrywać ważne mecze czy tworzyć znakomitą muzykę. Jednak na podstawie własnego doświadczenia i obserwacji – a znam niemało pisarzy od kuchni, bo jestem też przecież redaktorem – uważam to za czysto hollywoodzki mit na potrzeby krzepiących filmów o American dream. I artyści, z którymi miałem do czynienia, i ja sam ciężko trenujemy, żeby skoczyć o te parę centymetrów dalej i to jest praca, nie zabawa. Ale warto, bo rekord świata jest jeszcze przed nami :)

K.A. Opowiedz o głównym bohaterze, komisarzu Maciejewskim.

M.W. To postać łącząca cechy bohaterów powieści policyjnej i czarnych kryminałów. Zwłaszcza te ostatnie bardzo lubię, bo trudno o książki bardziej pocieszające. Przecież zawsze ten najbardziej wymięty, zapity i paskudny odnosi największe sukcesy, a od kobiet wręcz trudno mu się opędzić.

Zygmunt Maciejewski jako młody aspirant w Zamościu usłyszał od przełożonego, że „dobry policjant wygląda, jakby nie wyglądał, albo wygląda jak bandyta. Tudzież jak alfons. Jak policjant wygląda na kogoś innego, to albo polegnie na służbie, albo jest zwykła świnia”. I wziął sobie tę radę do serca – ponieważ miał złamany nos i nigdy nie przepadał za higieną, wyglądał jak na bandziora przystało, co zresztą bywa przyczyną zabawnych nieporozumień. Pomimo że Maciejewski jest gliną, a nie prywatnym detektywem, przepisy prawa traktuje bardziej jako inspirację niż dokładne wytyczne postępowania. To w połączeniu z dowcipem i inteligencją czyni z niego skutecznego śledczego i sympatycznego faceta, z którym chętnie napiłbym się wódki. Jednak przez zupełnie nieurzędnicze podejście do służby Maciejewski robi sobie wrogów nie tylko na mieście, ale i na komendzie.

K.A. Rozumiem, że będą kolejne książki o lubelskich zbrodniach i Zydze?

M.W. Tak, oczywiście. Już mam dość konkretny plan na kolejną i zaczynam go powoli rozpisywać, a pomysłów na dalsze też nie brakuje, sięgają one nawet poza lata międzywojenne. Jest jeszcze o wiele za wcześnie, żeby zdradzać szczegóły, zwłaszcza że wielu z nich sam nie jestem pewien, ale mam nadzieję, że będziemy mieli okazję o tym porozmawiać bliżej premiery kolejnego kryminału. Przestępczej tematyki widzę sporo i w Lublinie, i w całej międzywojennej Polsce. A inna sprawa, że choć tytułowe „morderstwo pod cenzurą” jest sprawą, która znalazła w książce swoje rozwiązanie, to sam bohater znalazł się w szczególnej sytuacji życiowej, wymagającej wręcz wyjaśnienia. Niby zażegnał wiele niebezpieczeństw, ale i podpadł wielu wysoko postawionym osobom. Bez wątpienia nie zostawią go w spokoju...

K.A. Czy teraz też śledzisz kroniki kryminalne, czy zdarza Ci się szukać tam inspiracji?

M.W. Zawsze na nie zerkałem, ile razy brałem do ręki gazetę, ale nigdy w aktualnych kronikach kryminalnych nie znalazłem inspiracji. Przede wszystkim dlatego, że zupełnie nie ciągnie mnie (przynajmniej na razie) do pisania kryminałów współczesnych. Jeśli już, to coraz bardziej interesuje mnie pisanie o przeszłości, ale w taki sposób, aby pokazać, że na przykład lata 30. to wcale nie jest zamknięty rozdział, że to nie tylko egzotyka przedwojennego życia, ale dokładnie takie same problemy, jakie ma każdy z nas, a zwłaszcza dzisiejszy odpowiednik Zygi Maciejewskiego. Na przykład powszechnie wiadomo, że policji brakuje porządnej broni i samochodów. W okresie, który opisuję, było podobnie – potrafiło brakować nawet papieru, a o niedostatku maszyn do pisania i pracowników biurowych świadczy choćby fakt, że akta policyjne w jednej z najgłośniejszych spraw kryminalnych międzywojnia – Małgorzaty Gorgonowej (Lwów, 1931) – zostały spisane ręcznie.

Tak że za bardziej inspirujące uważam kroniki kryminalne ze starych „Głosów”, „Kurierów” czy „Expressów”, zwłaszcza gdy uderza mnie ich nieoczekiwana aktualność. Co prawda, fabuła Morderstwa pod cenzurą jest fikcyjna, ale gazety z lat 30. bardzo mi pomogły zbudować tło.

K.A. Masz na swojej autorskiej półce zbiór opowiadań fantasy Opowieści z Pobrzeża oraz dwutomową takąż powieść (na wydanie drugiego tomu ciągle czekamy) Wąż Marlo. Co trudniej jest pisać: fantastykę czy kryminał?

M.W. Pytanie precyzyjne, ale chyba nie uda mi się na nie równie elegancko odpowiedzieć. Bo to nie tak, że pewne gatunki czy formy są łatwiejsze od innych. Gdy pisałem książeczki dla dzieci, których cała treść zmieściłaby się na 2 stronach maszynopisu, nieraz zajmowało to w sumie tygodnie. A więc statystycznie najtrudniej pisze się książeczki dla dzieci, bo skoro 2 strony to, powiedzmy, 2 tygodnie, no to 300 – 6 lat!

Jedno jest pewne – w moim przypadku nastąpiło już zmęczenie materiału, jeśli chodzi o fantastykę, i dziś na pewno znacznie trudniej byłoby mi napisać kolejnego Węża Marla niż kolejnego Maciejewskiego. W pewnym sensie psychicznie odpoczywałem, pisząc kryminał, bo to dla mojego mózgu był niemal spacer po lesie. Ale nie wykluczam, że po kilku Komisarzach MaciejewskichA.D. XIII napisałem opowiadanie Piękne jesteście, przyjaciółki moje, w którym fantastyka i realna historia są mniej więcej równoważne, a do tego jeszcze dochodzi przyprawa w postaci Lublina przełomu XVIII i XIX w. W głowie mam zalążki kolejnych krótkich fabuł w podobnym duchu – kto wie, może za jakiś czas powstanie z tego zbiorek. Dla oddechu, który pozwoli z jeszcze większą werwą zabrać się z komisarzem Maciejewskim za kolejne śledztwa. A potem cykl sonetów? Nie, sonety jednak pisze się trudniej niż kryminały! zechcę odpocząć przy czymś innym, choćby na jedną książkę, na dwie. I nie mam pojęcia, co to będzie. Mój kontakt z fantastyką jednak się nie urwał, tylko nieco ograniczył i zmienił. Niedawno na przykład do antologii

K.A. Zgadzam się, że dla dzieci jest najtrudniej pisać. Kiedyś już o tym rozmawialiśmy. A czy czytelnik fantastyki jest kimś bardzo innym od czytelnika kryminału?

M.W. Oczywiście każdy czytelnik jest inny, także fantastyka sprzed kilku lat i kryminały sprzed kilku lat to nieco inna rzeczywistość, ale pewne rzeczy się nie zmieniły. Przede wszystkim typowy czytelnik kryminału to miłośnik, a fantastyki – fan. „Kryminaliści” zwykle czytają swoje ulubione książki prywatnie i dla siebie, a fantaści mają skłonność do robienia z tego elementu określającego ich miejsce w świecie. Stąd rozliczne fora, czasem inspirujące, a czasem nikomu niepotrzebne spory, wreszcie całe mnóstwo konwentów – spotkań ludzi zainteresowanych fantastyką: książkami, filmami, grami. Miłośnicy kryminałów też mają swoje kluby, strony internetowe, spotkania – oczywiście że tak, jednak trudno te zjawiska porównywać, bo żeby objechać tylko polskie konwenty fantastyczne, które odbywają się w ciągu roku, byłaby to niemal praca na pół etatu.

Te rozliczne święta fantastyki z pozoru sprawiają wrażenie, że fantastów jest więcej niż „kryminalistów”, ale to nie tak – po prostu mają więcej energii i czasu, bo według mojej oceny, statystyczny czytelnik fantastyki jest o jakieś 10 lat młodszy od statystycznego czytelnika kryminału. Widać to zwłaszcza w ostatnich latach, kiedy najbardziej widoczny trzon fantastyki na modłę zachodnią zaczął już jednoznacznie ewoluować w stronę rozrywkowej powieści dla młodzieży; z kolei powstaje coraz więcej kryminałów z ambicjami znacznie wykraczającymi poza typowe czytadło.

Co do mnie, oba gatunki są mi bliskie i w żadnym razie nie chciałbym musieć opowiadać się tylko za jednym. Nie ukrywam, gdyby ktoś mi dał milion dolarów pod warunkiem, że nie będę czytał nic poza kryminałami albo poza fantastyką, zgodziłbym się bez wahania, ale za pół miliona już nie :) Czuję potrzebę różnorodności, dlatego lawiruję między kryminałem, Lublinem, historią a fantastyką. Dzięki temu przynajmniej ja sam odnoszę wrażenie, że się nie wypalam, tylko pomysł ciągnie kolejny pomysł.

K.A. Właściwie bohater Twojej powieści fantastycznej, Marlo, jest pewnego rodzaju detektywem… Na pewno rozwiązuje zagadki. Myślałeś o nim jako o detektywie w czasie pisania?

M.W. Tak, zdecydowanie tak i nawet zrobiłem dwie sztuczki, aby to skojarzenie narzucić. Marlo kilka razy przedstawia się: „Marlo, wąż Marlo”, niczym Agent 007 – co niemal oburzyło kilku fantastów, najwyraźniej pozbawionych poczucia humoru, za to czułych na punkcie czystości gatunku. A i samo imię Marlo też jest nieprzypadkowe, bo Chandlerowskie, wzięło się od nazwiska Marlowe'a. Tylko wąż Marlo jest detektywem szczególnego rodzaju, bo wpisanym w świat, w którym działają inne siły niż tylko rozum i lupa. W śledztwie posługuje się telepatią, a zamiast kawy czy technik służących skupieniu umysłu stosuje inwokacje do swoich bogów. Są to jednak sprawy czysto instrumentalne, bo jak powiedziałaś – on rozwiązuje kryminalne zagadki, a więc jest detektywem, mimo że do jego zawodu należy nie tylko śledzenie, ale czasami też popełnianie przestępstw. Zresztą w fantasy i w SF od fabuł detektywistycznych aż się roi. Sięgając na najwyższą półkę – czym, jeśli nie powieścią detektywistyczną, oczywiście rozciągając to pojęcie bardzo szeroko, jest Solaris Lema? Tak że czytających tę rozmowę miłośników kryminałów, o ile chcą spróbować nowego dania, zachęcam do sięgnięcia i po Węża Marla, i w ogóle po fantastykę, bo zaryzykuję stwierdzenie, że w dwóch książkach na trzy odnajdą kogoś w rodzaju detektywa.

K.A. To podpowiem jeszcze, gdzie szukać kolejnych informacji o Tobie, Marcinie. Adres Twojej strony to: www.marcinwronski.art.pl . Dziękuję za miłą współpracę.

M.W.  To ja dziękuję za miłą rozmowę. I za cierpliwość tym wszystkim, którzy ją doczytali do końca. Pisanie jest czynnością samotniczą, więc kiedy nadarza się okazja do pogadania, robię to długo i namiętnie.

Wywiad przeprowadziła Katarzyna Arbaczewska, redaktor portalu www.projektlublin.com.

Marcin Wroński na ZwB

Wywiad z Wrońskim z okazji wydania Kina Venus