Historie moich bohaterów pozostaną we mnie na zawsze

12.03.2009
Historie moich bohaterów pozostaną we mnie na zawsze

Z Katarzyną Bondą spotykam się w popularnej warszawskiej kluboksięgarni Czuły Barbarzyńca. Miejsce kultowe. Kiedy wchodzę do księgarni, Bonda pracuje nachylona nad laptopem w skupieniu. To jednak nie magia miejsca czy też snobizm sprawiły, że autorka tu właśnie urządziła sobie prowizoryczny warsztat pracy. Przyczyna jest zupełnie inna. Jej córeczka zachorowała i w godzinach przedpołudniowych, kiedy mała zostaje z opiekunką, Katarzyna woli pisać poza domem. Tak więc sytuacja wyjątkowa. Tak wyjątkowa jak książki Bondy. Niezwykle udany debiut Sprawa Niny Frank, pasjonujący i momentami przerażający dokument Polskie morderczynie i ostatnia napisana wspólnie z Bogdanem Lachem dokumentalna publikacja Zbrodnia niedoskonała. Paradoksalnie osoba, która siedzi naprzeciwko mnie, zupełnie nie przystaje swoim wizerunkiem do tematyki, którą się w głównej mierze zajmuje. Mam przed sobą drobną blondynkę, która z zaangażowaniem opowiada o swojej twórczości, o relacjach z bohaterkami Polskich morderczyń, o pracy z ulubioną redaktorką. Po przeczytaniu jej książek przypuszczałem, że będę miał do czynienia z inteligentną, wnikliwą obserwatorką. Po osobistej rozmowie z nią jestem już tego absolutnie pewien.

ZwB Postacie w Pani książkach są psychologicznie niezwykle wiarygodne. Wydaje się to może oczywiste w wypadku dokumentu Polskie morderczynie, w którym portrety kobiet powstawały na podstawie wielogodzinnych z nimi rozmów, ale w Pani debiucie Sprawa Niny Frank również każda z postaci, nawet tych epizodycznych, jest niezwykle barwnie odmalowana właśnie pod względem psychologicznym. Czy to przypadek, czy może interesuje się Pani psychologią?

Katarzyna BondaKatarzyna Bonda Bardzo dziękuję, że Pan to dostrzega. Wydaje mi się, że mimo tego, że wiele osób postrzega kryminał czy też powieść kryminalną jako gatunek, który niekoniecznie musi być ze względu na psychologię właśnie wielowymiarowy, to ja w swojej pracy bardzo się skupiam na tym pierwiastku. Rzeczywiście miałam kiedyś pomysł, by studiować psychologię, ale wybrałam dziennikarstwo, choć muszę przyznaję, że ta pewna specyficzna czujność na ludzkie zachowania bardzo mi się w pracy przydaje. Poza tym lubię swoje postaci i ta sympatia pomaga mi głębiej w nie wejść. Czasem jest to dość dosłowne wejście w postać. Żeby zobaczyć dokładnie Ninę Frank, poddałam się autohipnozie. Nie chciałam jej tak po prostu wymyślać. Musiała być autentyczna w każdym szczególe. Musiałam ją zobaczyć, zobaczyć kolor jej włosów. Wsłuchać się w sposób jej mówienia…

ZwB Wiele dobrych autorek kryminałów, również takie tuzy jak Agatha Christie czy Caroline Graham, też bardzo rzetelnie buduje psychologiczne portrety swoich bohaterów. Nawet tych epizodycznych. Podobnie jest u Pani. Wszystkie postacie w Sprawie Niny Frank to perełki.

K.B. Hmm, a nie wydaje się Panu, że to jednak cecha kobiet-autorek? Znowu chciałam podziękować za to spostrzeżenie. Jednak krytycy czasami wręcz zarzucali mi, że zbytnio właśnie „psychologizuję”. Ja jednak zupełnie nie chce poddawać się ramom gatunku.

ZwB Oprócz zmysłu obserwacji na pewno przydają się też zdolności psychoterapeutyczne. Nie wyobrażam sobie, żeby taka książka jak Polskie morderczynie powstała, gdyby nie była Pani w stanie nawiązać specyficznej relacji z bohaterkami dokumentu.

K.B. Pojawiły się nawet zarzuty, że się z tymi kobietami zaprzyjaźniłam, że próbuję je wybielić. To jednak nie do końca prawda. Owszem, nawiązała się między nami specyficzna więź. Niektóre z nich mnie pewnie nawet polubiły. Wiele powiedziało mi to, czego nigdy nie mówiły w czasie śledztwa, może nawet mówiły o sprawach, o których nie były w stanie rozmawiać z innymi. To jednak bardzo trudna relacja. Nie ma w niej niczego oczywistego. Po prostu czuję, że ja też w jakimś sensie jestem im coś winna. One „sprzedały” mi swoją historię, w jakiś sposób pozwoliły mi na stworzenie tej książki. Mogłam oczywiście tylko przeczytać akta spraw, co i tak przecież zrobiłam, ale wiem, że ta historia nie byłaby pełna, gdyby nie te rozmowy. Media rozpisywały się o bezwzględności tych kobiet. Przedstawiano je jako „bestie”. Chciałam dać im szanse wypowiedzenia się. Przekazania ich punktu widzenia.

ZwB To oczywiście wzbogaciło historie, ale nie czuła Pani, że niekiedy one Panią manipulowały?

K.B. Tak, nieraz po niektórych rozmowach byłam zupełnie skołowana. Zwłaszcza że miałam dostęp do akt. I różnica między tym, co wynikało z rozmów z nimi, a tym, co czarno na białym widniało w aktach, była potężna. W niektórych sytuacjach bohaterki próbowały się wybielić. Próbowały zrobić na mnie jak najlepsze wrażenie. Niektóre chciały się zaprzyjaźnić. Na przykład Monika Szymańska przez cały czas pokazywała siebie jako ofiarę. Ustalono przecież, że to ona była w głównej mierze odpowiedzialna za kierowaniem zabójstwa Tomka Jaworskiego. A ona nawet jeszcze niedawno mówiła mi, że wtedy w łazience to była jej krew, że tak naprawdę to ona była ofiarą. Te dwa lata, podczas których trwały prace nad książką, były dla mnie naprawdę trudne. Tak szczerze to naprawdę czasami zastanawiam się… boję się trochę o swoje bezpieczeństwo. Myślę, że w pewien sposób na zawsze związałam się z nimi i te historie we mnie pozostaną.

ZwB O wartości Pani pracy stanowi wyjątkowa wnikliwość i przywiązanie do szczegółu. A to wiąże się zawsze z ciężką pracą.

K.B. Dokładnie tak, ale ja nie potrafię inaczej. Musiałam sama przeczytać wszystkie te akta. Zapoznałam się z wszystkimi materiałami, do których miałam dostęp. Wydaje mi się, że nie sposób wykonywać rzetelną robotę dziennikarską, korzystając jedynie z wyszukiwarki Google. Poza tym same rozmowy też były wyczerpujące. Głównie emocjonalnie.

ZwB Właśnie, jaki dokładnie ma Pani tryb pracy i czym on się różnił w przypadku prac nad fikcją i nad dokumentem?

K.B. Jedno jest pewne – trzeba pisać codziennie. Bez względu na to, czy akurat w danym momencie się odczuwa natchnienie, czy też nie. W pewnym sensie naprawdę zazdroszczę tym, którzy potrafią w ten sposób pracować. Dla mnie bardzo ważna jest regularność i konsekwencja. I tu akurat nie ma żadnej różnicy między fikcją a dokumentem. Zresztą przygotowania do jednego i drugiego typu projektów również wymagają podobnego wysiłku. W wypadku Polskich morderczyń sama osobiście jeździłam do sądów, zapoznałam się z wszystkimi dostępnymi aktami, przeprowadziłam wielogodzinne wywiady. Z kolei w wypadku Sprawy Niny Frank musiałam wszystko również zweryfikować. Wychodzę z założenia, że jeśli piszę o profilerze, to muszę go poznać osobiście. Nie mogę go sobie ot tak po prostu wymyślać. Poza tym zdaję sobie sprawę, że czytelnik byłby wyczulony na tego typu fałsz. Nie lubię powierzchowności. Czasem oczywiście przy takim ogromie pracy ogarnia człowieka zwątpienie, ale siadam i piszę, nawet gdy nie jestem zadowolona.

ZwB A gdzie najchętniej Pani pracuje? Dziś spotykamy się w Czułym Barbarzyńcy. Czy to ulubione miejsce pracy?

K.B. Bardzo lubię to miejsce. Najchętniej jednak pracuję w domu. Dziś jest trochę awaryjna sytuacja – moja mała córeczka jest chora i została w domu z nianią. W domu muszę mieć spokój. Muszę się oderwać i wyciszyć. Pracuję też w telewizji i specyfika tamtego miejsca też raczej do tego skłania. Ogrom informacji, chaos i napięcie nie pozwalałyby mi na tworzenie, gdyby nie oaza – miejsce, w którym mogę się skupić.

ZwB W psychologii istnieje zjawisko „przepływu” (z ang. flow), określające taki stopień zaangażowania w dane działanie, przy którym niemal tracimy kontakt z rzeczywistością. Zdarza się to Pani w pracy?

K.B. O tak! Czasami zdarza się popłynąć. Wtedy piszę i po jakimś czasie, przeglądając tekst, czuję się tak, jakbym to nie ja go napisała. To bardzo przyjemne uczucie. W większości jednak to ciężka codzienna praca. Zwłaszcza w wypadku kryminału, który rządzi się bardzo specyficznymi prawami. Dla mnie to gatunek wymagający precyzji i warsztatu. Tu liczy się duża sprawność i umiejętność zapanowania nad całością.

ZwB Olga Tokarczuk powiedziała, że „praca z redaktorem jest jak wspólny poród”. Co pani o tym myśli? Jak przebiega Pani praca z redaktorami?

K.B. Nie znałam tej wypowiedzi, ale jest ona bardzo trafna. W końcu oddanie swojej pracy w czyjeś ręce jest bardzo intymną sytuacją. Mam jednak wielkie szczęście. Redaktorka, z którą współpracowałam przy dwóch ostatnich książkach – Mirosława Kopoczek – jest wspaniałą osobą. Dogaduję się z nią wspaniale. Co więcej jest bardzo konsekwentna i wiem, że mogę jej absolutnie zaufać. Żałuję, że nie pracowała ze mną przy Sprawie Niny Frank. Może wtedy ta powieść byłaby lepsza. Mirosława Kopoczek pracuje ze mną, zanim jeszcze oddam rękopis do wydawnictwa.

ZwB Czy jest ona też Pani pierwszym krytykiem, czy też może z kimś jeszcze konsultuje Pani swoją twórczość?

K.B. Generalnie tak, choć w wypadku Sprawy Niny Frank to mój były partner był pierwszym „recenzentem”. Bardzo dużo rozmawialiśmy. Wspólnie wymyślaliśmy niektóre wątki i postacie.

ZwB Tytułowa bohaterka Sprawy Niny Frank prowadzi internetowy pamiętnik – blog. Co pani sądzi o tego rodzaju publicznej spowiedzi?

K.B. Internet sam w sobie nie jest złym narzędziem. Choć czasem nadmiar informacji może przytłaczać. Jak już wspomniałam, pracuję w telewizji i czasem ten właśnie natłok, ten szum informacyjny jest trudny do zniesienia. A pracując nad tekstem bardzo potrzebuję dokonywać selekcji – przesiewać. Ja miałam to szczęście, że piszę od dawna. Nauczyłam się też dzięki temu pokory.

ZwB W takim razie życzę natchnienia i wspaniałej pracy przy następnych powieściach i w imieniu fanów ze Zbrodni w Bibliotece i swoim serdecznie dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził Piotr Bucki

 

Książki Katarzyny Bondy na ZwB