Chciałabym być jak pani Molfrey

29.11.2007
Chciałabym być jak pani Molfrey

ZwB Pani Ewo, jest Pani wielbicielką Morderstw w Midsomer. Co Panią w nich zauroczyło?

Ewa Jusewicz-Kalter Caroline Graham potrafi stworzyć w swoich powieściach niepowtarzalny klimat. Zachwyciła mnie odmalowana przez nią angielska prowincja, gdzie ludzie nie są anonimowi, okazują sąsiadom życzliwość (no, może z pewnymi wyjątkami), interesują się sprawami innych (nawet jeśli czasem graniczy to ze wścibstwem). Każda z postaci jest niezwykle barwna, wyróżnia się czymś szczególnym.  Są wśród nich dziwacy, ekscentrycy, ale naturalnie również złoczyńcy, bez nich bowiem nie byłoby kryminału. Zawsze interesowała mnie psychologia. Już jako nastolatka lubiłam książki, które rozgrywały się głównie w sferze psychiki bohaterów. Oczywiście, w ich życiu coś się działo, ale pasjonowało mnie to, jak na to reagują, co odczuwają, jak wpływa to na ich życie wewnętrzne. Podejrzewam, że właśnie ta motywacja psychologiczna przyciągnęła mnie do książek Graham. Interesujące, że w jej powieściach nawet postacie pozornie odpychające, takie jak Brian (Pisane krwią), wzbudzają we mnie w wielkim stopniu politowanie, a nawet współczucie. Nie mogę powiedzieć, że go polubiłam, ale było mi go naprawdę żal.

Urzekający jest w Morderstwach typowo angielski humor. Dzięki niemu można odetchnąć i „strząsnąć z siebie” nawet najstraszniejsze zbrodnie. W zasadzie każda powieść jest przesiąknięta humorem od początku do końca, a przejawia się to nie tylko w zabawnych powiedzonkach, lecz również w sposobie traktowania postaci oraz opisach sytuacji.

Sam Tom Barnaby budzi rozbawienie prowadzoną bezskutecznie walką z nadwagą oraz rozdrażnieniem, z jakim reaguje na bezkarne objadanie się swojego sierżanta. Opisy ich wspólnych posiłków, gdy Troy z apetytem zmiata z talerza stosy jedzenia, a inspektor musi zadowolić się niemal listkiem sałaty, są naprawdę zabawne. Kapitalna jest scena u Buntera, gdy przed naszymi oczyma przewija się obfitość różnorodnych, plastycznie i apetycznie przedstawionych ciastek, które przyprawiają Barnaby’ego o męki. Jego wewnętrzna walka i próba zastosowania argumentacji na rzecz pofolgowania sobie to prawdziwa perełka humoru.

Znakomita jest pani Molfrey z Wiernej do śmierci. Jej sposób zwracania się do swojego wiernego wielbiciela Cubby’ego, którego określa jako innamorato — co samo w sobie jest zabawne — budzi uśmiech rozczulenia. Staruszka, według której młody człowiek gra na "harleyu davidsonie", zwraca się do starszego człowieka „mój słodki”. Może u kogo innego raziłaby taka forma, ale w jej wypadku wzmaga jedynie sympatię dla tej postaci. Sam innamorato również jest rozczulająco zabawny w swoim pełnym uwielbienia stosunku do Elfridy, która pozostała dla niego kobietą najcudowniejszą.

Jest jeszcze Rex, który do tego stopnia żyje w minionym świecie militarnej chwały, że swojego psa Montcalma uznaje za maskotkę regimentu i ubiera go w pelerynę i toczek na początku każdego manewru, jakie przeprowadza z zapałem w pokoju wypełnionym żołnierzykami i atrybutami wojskowymi.

Humorystyczną postacią jest Brian przeżywający kryzys wieku średniego. Siląc się na młodzieżowy język, próbuje przypodobać się nastolatkom, a zwłaszcza seksownej Edie. Nie można też zapomnieć o pani Boast ze sklepu Ostlers, która wciela się w „postać z epoki”, wygłasza pogadanki na temat wyrabiania serów w czasach elżbietańskich i sprzedaje puszki z 7-up.

Poza tym jest mnóstwo innych perełek: Grek-kamerdyner noszący imię Stavros Stavro, pani Jennings pławiąca się w bogactwie i nieudolnie pozująca na damę, konstabl Perrot, który mimo najlepszych chęci prowokuje kłopoty, prymitywny Troy, posługujący się niewybrednym językiem, lecz wzbudzający sympatię, bo jest prostolinijny i zawsze pozostaje sobą.

Uwielbiam zwłaszcza wtrącane nieustannie słówko bloody, które niestety w przekładzie traci niewinno-buntowniczy wyraz. „Cholerny” bądź „przeklęty” brzmi jednak mocniej i brutalniej. Sama absolutnie nie potrafię przeklinać w rodzimym języku, ale zaczerpnęłam to słówko z grahamowskiej skarbnicy i używam go czasem dla zabawy w życiu codziennym, bo naprawdę mnie bawi.

ZwB Podoba się Pani sceneria Midsomer?

E. J.-K. Bardzo tęsknię za takimi miejscami jak Midsomer. Gdybym tam mieszkała, na pewno wybrałabym cottage, biały domek z ciemnobrązowymi drewnianymi okiennicami i czerwonym dachem, a jeszcze lepiej, pokryty strzechą. Oczywiście, byłby otoczony ogrodem wypełnionym kwiatami, ziołami, krzakami i drzewkami owocowymi. No i miałabym własny ogródek warzywny. Wprawdzie nie każdy dysponuje osobistym „innamorato”, jak pani Molfrey, ale sama starałabym się ten ogródek uprawiać. A dom miałby drewniane podłogi z jasnych desek, które mogłyby nawet skrzypieć. Urządzony byłby przaśnie — meble z secondhandu, drewniane skrzynie oraz tkaniny w stylu Laury Ashley. W sypialni stałoby drewniane archaiczne łóżko (wolałabym, żeby nie skrzypiało), ale żeby dotrzymywać kroku współczesności, zainstalowałabym w nim bardzo wygodny, gruby materac. Oczywiście, nie muszę dodawać, że wszędzie stałyby gliniane dzbanki i szklane wazony wypełnione kwiatami. Mój ogródek dawałby takie plony, że mogłabym nie tylko zapełniać kwiatami swój dom, ale również obdzielać nimi sąsiadów, którzy nie mają równie „zielonych paluszków”, jak to ładnie określają Anglicy.

ZwB A jak Pani wspomina swoją pracę nad przekładem powieści Graham?

E. J.-K. Najtrudniej oddać typowe angielskie realia, które dla Anglika są sprawą oczywistą, natomiast dla Polaka brzmią obco. Najprostszy przykład to „biro”, czyli w Anglii po prostu synonim długopisu. Przywodzi to na myśl elektroluks, który przed laty oznaczał w Polsce odkurzacz.

Pamiętam też, że w początkowym fragmencie Wiernej do śmierci mowa była o jednej z dzielnic Londynu, co miało istotne znaczenie dla rozwoju intrygi. Jestem przekonana, że każdy angielski czytelnik mógł od razu dokonać odpowiedniego skojarzenia, lecz uznałam, że niemal żaden Polak się tego nie domyśli, wskutek czego zgubi wątek. Żeby więc zapobiec konsternacji, musiałam nadmienić, że to dzielnica Londynu. W przeciwnym wypadku narazilibyśmy się na to, że polski miłośnik Morderstw zwątpi w swoją inteligencję.

Caroline Graham jest z pewnością miłośniczką ogrodnictwa. Jej bohaterowie mają piękne ogrody, w których rosną przeróżne oryginalne rośliny. Wiele z nich ma nazwy, które nie figurują nawet w dużych słownikach. Przyznaję, że z niektórymi spotkałam się po raz pierwszy. Znalezienie polskich odpowiedników wymagało wytrwałości i detektywistycznego zacięcia. Urzekła mnie polska nazwa „ubiorek”, którą dawniej odebrałabym jako żartobliwe określenie czyjegoś ubrania.

Niestety, chociaż uwielbiam naturę, nie posadziłam żadnej z roślin, które w czasie lektury tak przemawiają do wyobraźni. Powód jest trywialny: nie mam w ogródku miejsca na żadne nowe rośliny. Po poprzedniej lokatorce pozostał tak zarośnięty ogród, że problem polega na przerywaniu i opanowywaniu rozrastających się szaleńczo kwiatów, krzewów i drzewek, a nie na tym, by wymyślać kolejne aranżacje. Ale wcale się tym nie martwię, bo dobrze się czuję w takim gąszczu. Ma w sobie coś pociągającego, jak Tajemniczy ogród, którym zaczytywałam się w dzieciństwie. To porównanie nie jest przypadkowe, bo często nasz ogródek określam właśnie w ten sposób. Prowadzi do niego bowiem brama zamykana na klucz i chociaż wspólna część ogrodu to otoczony drzewami i krzewami pagórkowaty trawnik, to nasz ogródek jest małym, prywatnym, zarośniętym królestwem.

ZwB Praca tłumacza ma więc coś wspólnego z pracą detektywa. Myślała Pani kiedyś, by zostać detektywem?

E. J.-K. Jako dziecko i podlotek miewałam takie marzenia. Bardzo lubiłam matematykę, fascynowała mnie w niej logika myślenia, konieczność zachowania dyscypliny umysłu. Lubiłam rozwiązywać łamigłówki, znajdować logiczne rozwiązania przedstawionych w książkach intryg, zgadywać, jaka będzie puenta.

A praca tłumacza rzeczywiście ma w sobie coś z pracy detektywa. Trzeba tropić sposób myślenia autora, domyślać się motywów działania bohaterów, wyszukiwać różne informacje w encyklopediach, specjalistycznych, słownikach i w internecie — tak, zdecydowanie to zawód szperacza, bardzo zbliżony do zawodu detektywa. Do tej pory udawało mi się znajdować „sprawcę”, ale nie ukrywam, że zawsze odczuwam dreszczyk obawy, czy następnym razem również mi się powiedzie. Podejrzewam jednak, że ten dreszczyk również jest atrybutem zawodu detektywa.

ZwB A czy jest tak, że identyfikuje się Pani z postaciami Graham? 

E. J.-K. Zawsze. Bliskie mi są ofiary, osoby poszkodowane, prześladowane, doświadczone przez los. Dlatego też nie powinno dziwić, że czytając i tłumacząc Pisane krwią, identyfikowałam się z wrażliwą Amy, nękaną przez podłą teściową, z kreatywną Sue, zasługującą na zupełnie innego partnera niż jej żałosny mąż, z nieszczęśliwie zakochaną Laurą, z nieszczęsnym Liamem, nad którym zaciążyło traumatyczne dzieciństwo. A w Wiernej do śmierci szczerze współczułam pałającej niekonwencjonalnym uczuciem Sarze. No i oczywiście muszę wspomnieć o występującym w tej powieści brzydkim kaczątku — biednej Brendzie, która nie tylko żyła w świecie fantazji, lecz również całkowicie zmieniła percepcję rzeczywistości swoich rodziców. Przyznaję, że jej losem przejęłam się najbardziej. Tłumacząc książki, całkowicie zanurzam się w fikcyjną rzeczywistość i na pewien czas tracę niemal kontakt ze światem rzeczywistym. Bardzo mnie też fascynuje świat kobiet, bo mimo że nie jestem walczącą feministką, uważam, że kobiety są na ogół ciekawsze, bardziej skomplikowane i wielowarstwowe. Niestety, potrafią również dotkliwiej ugodzić, bo „subtelne” wbicie igiełki jest czysto kobiecą specjalnością. Moja koleżanka określała to wyrażeniem „dziurki nie zrobi, a krew wypije”.

Ale to dygresja, gdyż nie chcę sprawiać wrażenia, że w ten sposób odbieram świat kobiet. Znakomita większość przedstawicielek naszej płci jest subtelniejsza od mężczyzn i solidarna. Wierzę, że między kobietami istnieje porozumienie dusz, pod warunkiem że sobie na to pozwalają i nie boją się otwierać na inne żeńskie istoty. A w powieściach Graham rzeczywiście zwraca uwagę, że kobiety są niezwykle ważne. Autorka rozumie je, wczuwa się w motywację ich postępowania i podkreśla, jak ważna jest przyjaźń i solidarność między nimi.

Ogromną sympatię wzbudziła we mnie pani Molfrey. Bardzo bym chciała stać się w przyszłości podobną do niej pogodną staruszką, otwartą na świat, przychylną ludziom i pozbawioną często spotykanego w podeszłym wieku zgorzknienia.

ZwB Mówi Pani, że bardzo identyfikuje się z przedstawianą rzeczywistością. To ciekawa metoda translatorska ;-) Czy nie traci Pani dystansu potrzebnego, by „zapanować” nad postaciami, nadać im odpowiedni charakter?

E. J.-K. Zdaję sobie sprawę, że to podejście nietypowe. Rozmawiałam na ten temat z koleżankami-tłumaczkami i rzeczywiście żadna z nich nie traktuje tłumaczenia w podobny sposób. Mnie to pomaga, bo chociaż identyfikuję się tylko z niektórymi postaciami, co naturalne, to jednak nawet w wypadku bohaterów wzbudzających moją niechęć wcielam się mimo woli w daną postać i nieświadomie przemawiam poprzez nią. To nie ja panuję nad bohaterami powieści, lecz oni nade mną. Myślę, że dystans jest mi niepotrzebny, że w efekcie łatwiej mi w ten sposób prowadzić poszczególne postacie.

A zresztą ma to chyba związek z moją osobowością, do dzisiaj bowiem pamiętam, jak mój profesor fortepianu powtarzał: „Staraj się, żeby muzyka nie panowała nad tobą, ale żebyś to ty panowała nad muzyką”. I może dlatego zdecydowałam się w końcu na wykonywanie muzyki innego typu — nie klasycznej, lecz pozostawiającej szerszy margines swobody. Kiedy usłyszę coś w radiu, na płycie, w kinie i siadam potem do fortepianu — mogę dać się ponieść uczuciu i na własny sposób interpretować to, „co mi w duszy gra”. W ten sposób potrafiłam dawniej grać godzinami, wpadając w trans i pozwalając każdej z kolejnych granych melodii wywołać skojarzenie z następną.

ZwB Jest Pani pianistką. Jaką muzykę Pani preferuje?

E. J.-K. Spośród artystów klasycznych też bardziej cenię tych, którzy wnoszą do utworu swoją osobowość, indywidualną perspektywę odczuwania. Znakomitym przykładem jest Ivo Pogorelic, który przed laty spowodował zamieszki wśród jurorów Konkursu Chopinowskiego. Grał mianowicie Chopina w sposób, w jaki zdaniem tych jurorów „nie powinno się go grać”. Gdyby to było epatowanie oryginalnością i chęć zwrócenia na siebie uwagi za wszelką cenę, podpisałabym się pod tą opinią, ale czułam, że on naprawdę w ten sposób odczuwa Chopina. To przecież wspaniałe, że nawet utwory dokładnie określone na papierze pod względem tempa, dynamiki i artykulacji można wykonywać w sposób indywidualny.

Niedawno miałam okazję posłuchać na żywo naszego wspaniałego laureata konkursu chopinowskiego — Rafała Blechacza. Prawdę mówiąc, obawiałam się, czy w innym repertuarze również zrobi na mnie takie wrażenie, jak wykonując utwory Chopina. Były to próżne obawy. Ten młodziutki pianista gra z niezwykłą łatwością techniczną, ale nie popisuje się nią, lecz wykorzystuje do wyrażenia subtelnych różnic w stylu różnych kompozytorów. W dodatku nie poszedł na łatwiznę i zaprezentował amsterdamskiej publiczności zupełnie tu nieznane wariacje innego wielkiego polskiego kompozytora — Szymanowskiego. Była to wspaniała interpretacja — młodzieńcza, lecz jednocześnie dojrzała.

Bardzo lubię artystów rosyjskich, w których naturze leży wielka emocjonalność, „szeroka, rosyjska dusza”. Gregorij Sokołow, Arkadij Wołodos to pianiści, którzy mnie porywają. Nie odpowiadają mi natomiast bardzo cenieni przez innych (zwłaszcza krytyków) wykonawcy analityczni, odtwarzający muzykę w zaprogramowany, przemyślany w szczegółach, wycyzelowany sposób. Takim pianistą jest na przykład Murray Peraya i chociaż w pełni podziwiam jego kunszt, to opowiadam się raczej za innym, bardziej przesyconym osobistymi emocjami stylem interpretacji. 

ZwB Wracając zaś do kryminałów, pamięta Pani swoją pierwszą książkę tego typu?

E. J.-K. To było tak dawno, że nie pamiętam dokładnie. Wiem jednak, że jako dziecko zaczytywałam się przygodami Sherlocka Holmesa. Z zapartym tchem śledziłam stosowane przez niego metody dedukcji i zachwycałam się tym, że na podstawie pozornie nieistotnego szczegółu można zbudować nośną hipotezę i znaleźć rozwiązanie intrygującej kryminalnej zagadki. Niezapomniane wrażenie zrobił na mnie Pies Baskerville’ów. Całkiem możliwe, że to właśnie był mój pierwszy kryminał. Kolejną ulubioną autorką stała się dla mnie Agata Christie, a potem nadeszła epoka literackich thrillerów psychologicznych.

Jak już mówiłam, lubię książki, w których intryga rozgrywa się w warstwie psychologicznej, liczy się motywacja bohaterów, można podążać za ich myśleniem, wczuć się w sposób rozumowania. Ekscytuję się ich procesami myślowymi, rozterkami, przeżyciami wewnętrznymi. Większe wrażenie robi na mnie odczuwany przez bohatera lęk, poczucie zagrożenia, oczekiwanie na katastrofę niż „trup znaleziony w szafie”. A jeśli przy tym autor przedstawia to w sposób inteligentny i wyrafinowany, naprawdę potrafię oderwać się od rzeczywistości i zatopić w książce.

Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie w młodości Władca much Williama Goldinga. Grupa chłopców tworzących na bezludnej wyspie społeczeństwo narażone na wszelkie niebezpieczeństwa wynikające z ułomnej ludzkiej psyche to z jednej strony zapierająca dech w piersi panorama postaw i zachowań, a z drugiej filozoficzna parabola prowokująca do głębszej refleksji.

Spośród książek, które czytałam niedawno, muszę wspomnieć o powieści Maggie O’Farrell After you’d gone, finezyjnie oddającej psychikę kobiety, oraz The memory keeper’s daughter Kim Edwards. To wzruszająca, inteligentnie przedstawiona historia osób uwikłanych w konsekwencje podjętych decyzji i ważnych życiowych wyborów. No proszę, znowu kobiety-autorki.

A więc dla odmiany przedstawiciel odrębnej płci, którego powieść czytałam z zapartym tchem. Mam na myśli Khaleda Hosseiniego i jego dzieło Kite runner. Uwielbiam takie historie, które nie tylko przybliżają egzotyczną kulturę, lecz równocześnie uświadamiają, że emocje powodujące ludźmi są uniwersalne. Niezależnie od tego, czy człowiek żyje w Polsce, w Nigerii czy w Afganistanie, w równym stopniu spragniony jest miłości, uznania i poczucia bezpieczeństwa, a wyrzuty sumienia i pragnienie odkupienia to temat przewijający się w literaturze od niepamiętnych czasów.

Wielkie wrażenie wywarła na mnie również powieść Davida Gutersona Snow falling on cedars. Przemawia do mnie jej humanizm, przedstawienie problemu rasizmu z delikatnością, bez nachalnej propagandy. Mimo oddalenia w czasie i przestrzeni, bohaterowie książki — Ishmael, Kabuo, Hatsue — wkraczają do naszego świata i pozostają w nim, nie tylko stając się bliskimi osobami, lecz również prowokując refleksje dotyczące najważniejszych wartości oraz stosunku do ludzi reprezentujących odmienną od naszej kulturę.

Z kryminalnych powieści zauroczyła mnie para autorska Nicci French. To znakomity przykład inteligentnego sposobu pisania. Przeczytałam wszystkie ich książki i uważam, że za każdym razem udaje im się połączyć element intrygującej fabuły z wnikliwą analizą psychologiczną postaci. W dodatku bohaterowie to osoby zwyczajne, prowadzące normalne życie, borykające się z sytuacją, w której nagle się znaleźli. W książkach Nicci French nie ma prowadzącej postaci inspektora czy jakiegokolwiek przedstawiciela policji, który staje się bohaterem kolejnych powieści. Tym bardziej podziwiać więc można ich niezwykłą kreatywność, łatwiej bowiem przyciągnąć czytelnika postacią już znaną i lubianą. Napięcie psychiczne i poczucie zagrożenia, o którym wspomniałam uprzednio, bywa u nich tak silne, że w czasie lektury zdarzało mi się podskakiwać do sufitu nawet na odgłos telefonu. Ich warsztat pisarski uznaję za doskonały, styl znakomity, a kreowany świat — niezwykle sugestywny. To dla mnie przykład powieści trudnych do sfilmowania, ponieważ sprowadzenie subtelnych rozważań i przemyśleń bohaterów do warstwy wizualnej musiałoby spłaszczyć i strywializować to, co jest największą zaletą twórczości Nicci French.

Innym cenionym przeze mnie autorem jest Robert Goddard. On z kolei jest mistrzem w igraniu z czytelnikiem, wprowadzaniu go w błąd, do labiryntu, z którego pozornie nie ma wyjścia. Konstruuje fabuły w sposób tak inteligentny, że naprawdę jestem pełna podziwu dla jego nadzwyczajnie bujnej wyobraźni. Zastanawiałam się nawet, czy przystępując do pisania, tworzy ogólny szkic, aby samemu się potem nie zgubić. Czytając jego książki, chętnie wkraczam do takiego labiryntu i z upodobaniem szukam dróg wyjścia.

Oczywiście, nie czytuję wyłącznie kryminałów i thrillerów. Ostatnio odkryłam dwóch autorów, którzy bardzo do mnie przemówili. Pierwszy z nich to Jose Carlos Somoza, kojarzący mi się nieco z realizmem magicznym typowym dla Gabriela Marqueza. Moją ulubioną autorką jest również Isabel Allende. Książkami obydwojga zaczytywałam się przed laty, a teraz z przyjemnością odkryłam, że jest ktoś, kto również potrafi stworzyć niebanalny, nierzeczywisty świat, wciągający do tego stopnia, że przestają dziwić fantastyczne zdarzenia. Odkryłam, że dzieje się coś wręcz przeciwnego: po oderwaniu od lektury świat rzeczywisty traci swoje barwy i zaczyna wydawać się blady.

Ciekawe, że kolejny odkryty przeze mnie autor, Japończyk Haruki Murakami, również celuje w stwarzaniu świata nierzeczywistego, wymieszanego nierozerwalnie z „tu i teraz”. Ponadto znalazłam u niego specyficzne poczucie humoru i do dzisiaj pamiętam, jak zaśmiewałam się, czytając Przygodę z owcą. Gdybym sama pisała książki, na pewno marzyłabym o tym, by osiągnąć taki efekt: pociągnąć za sobą czytelnika, aby śmiał się, wzruszał, zanurzał w fikcyjnej rzeczywistości i przejmował losem bohaterów.

ZwB Szuka Pani książek, w których są wątki muzyczne?                   

E J.-K. Tak, bardzo chętnie też tłumaczę takie książki. Od chwili gdy znalazłam i przeczytałam Sekret Anny Enquist, wiedziałam, że MUSZĘ tę książkę przetłumaczyć. Mimo oczywistych różnic życiowych moje utożsamienie z bohaterką było niemal całkowite. Doskonale rozumiałam i czułam, co przeżywa.

Jako ciekawostkę mogę dodać, że autorka miała problemy z jednym z przekładów na język wschodnioeuropejski, ponieważ tłumaczka zupełnie nie znała terminologii muzycznej, co podobno przyniosło zatrważający efekt. Dla przykładu: przekładając dosłownie z języka niderlandzkiego, trzeba by powiedzieć, że ktoś siedzi „za pianinem”, a nie „przy pianinie”. No i takie właśnie perełka znalazła się między innymi w tamtym tłumaczeniu. Cieszę się, że po wielu kolejnych nieudanych próbach dotarcia do wydawców nie dałam się zniechęcić i udało mi się doprowadzić do wydania w Polsce tej książki.

ZwB O czym dokładnie traktuje Sekret?

E. J.-K. Bohaterką Sekretu jest pianistka, dla której muzyka jest sposobem wyrażania samej siebie. Ciąży na niej piętno dzieciństwa, zamknęła się w sobie i z trudem nawiązuje kontakty z innymi. Świat muzyki to dla niej ucieczka, schronienie przed światem rzeczywistym.

ZwB A grywa Pani sobie czasem melodie z serialu Morderstwa w Midsomer?

                                                                                                                                               

E. J.-K. Tak, rzeczywiście bardzo lubię grać melodie z filmów i mam sporo ulubionych, które grywam od lat. Znalazła się między nimi melodia z czołówki Morderstw w Midsomer, która snuje się urokliwie w kolejnych odcinkach serialu, w różnych aranżacjach. Wprawdzie sprowadzona do wersji fortepianowej jest dość prościutka, ale lubię ją grywać.

ZwB Na co dzień mieszka Pani w Holandii. Zapewne śledzi Pani ciekawe wydarzenia książkowe w zakresie literatury kryminalnej? Co fascynuje Holendrów?

E. J.-K. Mam wrażenie, że Holendrzy mają nieco inne upodobania. Wprawdzie też pasjonują się literaturą cenioną w innych krajach, ale sami piszą w nieco innym stylu. Zainteresowało mnie, że co roku przyznawana jest nagroda „Złotego stryczka” za najlepszą powieść kryminalną.

Co ciekawe, wśród autorów kryminałów błyszczą ostatnio głównie kobiety. To dobrze, bo właśnie one pisują powieści podbudowane psychologicznie, a nie książki typu „akcja, pogoń, mafia, rozrachunki między bandami”. Podobnie jak Nicci French, również holenderskie autorki młodej generacji przedstawiają sytuacje znane z codziennego życia, odchodząc od śledzenia rozgrywek między przestępcami a policją oraz ukazywania rozrachunków typowych dla półświatka. A tego typu książek jest w literaturze niderlandzkiej sporo. W dodatku ich nieodłącznym elementem jest wulgarny język i pokaźna porcja seksu. Sprawia to na mnie wrażenie próby uatrakcyjnienia fabuły za wszelką cenę.

ZwB Mamy nadzieję, że polscy wydawcy zgłoszą się do Pani po sugestie, jakie niderlandzkie kryminały warto wydać. A na jakie wyzwanie translatorskie Pani teraz czeka?

E. J.-K. Bardzo lubię zmieniać gatunki i język, z którego tłumaczę. To działa ożywczo, pobudza wyobraźnię i nie pozwala „zardzewieć”. Obecnie rozważam przetłumaczenie fascynującej książki Chrisa Buskesa poświęconej Darwinowi oraz wpływowi teorii ewolucji na świat dzisiejszy, nie tylko w dziedzinie biologii, lecz również w szerszym aspekcie.

ZwB Kto wie, do jakich zbrodni mogłaby zainspirować taka książka ;-) Oczywiście polecamy ją wszystkim czytelnikom Zbrodni w Bibliotece. Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

Ewa Jusewicz-Kalter - Urodziłam się w połowie ubiegłego wieku. To brzmi matuzalemowo, ale czuję się młodo i nie widzę powodu, aby ukrywać swój wiek.

Już w kołysce, a mówiąc dosłownie w łóżeczku wiklinowym, zanim nauczyłam się siadać, podciągałam się na rękach do pozycji stojącej i wykonywałam wygibasy w rytm muzyki z radia. Zwróciło to uwagę moich rodziców, czego konsekwencją była moja kariera muzyczna. Według przewidzianego programu: lekcje rytmiki, podstawowa szkoła muzyczna, średnia szkoła muzyczna (obok ogólniaka) i konserwatorium.

Przez pewien czas pracowałam w telewizji jako operator dźwięku, skończyłam bowiem wydział reżyserii muzycznej. Brakowało mi jednak muzykowania i kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu na pół roku z zespołem do Japonii, natychmiast z tego skorzystałam.

I tak się zaczęło. Po powrocie nie bawiło mnie już nagrywanie, wolałam aktywnie grać. Grywałam więc ze śpiewającymi aktorami, występowałam na festiwalach, pracowałam w teatrze „Ateneum” i w szkole na Bednarskiej na wydziale piosenki aktorskiej.

Będąc w Kolonii na zaproszenie towarzystwa „Polonica” z laureatami Konkursu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, nawiązałam tam kontakty i zaczęłam grywać w hotelach i pianobarach. W czasie jednego z takich występów zobaczył mnie pewien Holender, a reszty można się domyślić, zważywszy, że od czternastu lat mieszkam w Holandii.

Niestety, w odróżnieniu od Niemiec, tutaj nie ma zapotrzebowania na pianistów, więc nie potrafiąc siedzieć spokojnie, pomyślałam, że czas najwyższy, aby wykorzystać drugą z moich miłości: książki. No i tak zostałam tłumaczką, a na fortepianie grywam wyłącznie dla siebie.

Polecamy też wywiad z tłumaczką Morderstw w Midsomer, Anną Sawicką-Chrapkowicz