ZwB Pani Agnieszko, ma Pani bardzo ciekawy, wysublimowany dorobek translatorski: z jednej strony C. J. Somoza, uznawany przez znawców literatury kryminalnej za jednego z najwybitniejszych autorów wprowadzających wątki sensacyjne, z drugiej Carmen Posadas i jej metaforyczna opowieść o zabójcach. Gdzieś pomiędzy nimi mroczna Rosa Montero. Jakie były początki Pani pracy jako tłumacza?
Agnieszka Mazuś Skończyłam iberystykę i jak wielu filologów bardzo chciałam zostać tłumaczem. Zaczęłam od Rosy Montero w wydawnictwie MUZA, potem przekładałam Carmen Posadas Pięć błękitnych much, wreszcie przyszedł Somoza. Przetłumaczyłam jeszcze trzy książki dla Wyd. Albatros A. Kuryłowicza, a spoza beletrystyki przytrafił mi się zbiór esejów na temat migracji dla PAN. Jestem takim „wieczornym” tłumaczem, zawsze łączyłam tłumaczenie literatury z pracą zawodową, co po pewnym czasie bardzo męczy. Dotarłam tak do trzydziestki, a potem zrobiłam sobie świadomie przerwę od tłumaczenia: trochę z powodu przeprowadzki do Holandii, a potem nowej pracy, trochę z braku rzeczywiście dobrych, ambitnych propozycji.
ZwB Jak się zaczęła Pani przygoda z Dafne znijającą Somozy, pisarza przez wielu cenionego za kryminalne intrygi? Czemu właśnie tę powieść Pani przełożyła?
A.M. Tłumaczenie tej książki zaproponowało mi wydawnictwo. Kiedyś miano o mnie powiedzieć, że „mam borgesowskie skrzywienie” czy coś podobnego, dlatego wydawnictwo o mnie pomyślało. Przyjęłam propozycję z radością, bo każda nowa książka na warsztacie tłumacza to bardzo podniecający okres, a zdecydowanie wolę tłumaczyć pisarzy, którzy sprawnie poruszają piórem i piszą „ambitnie”, niż takich, którzy łatwo wymyślają historyjki i dają się nieść z prądem tego, co jest popularne. Lepiej mi wychodzi tłumaczenie inteligentnie napisanych, choć trudniejszych książek niż tych słabszych literacko. Przekonałam się o tym na własnej skórze: poniżej pewnego natężenia wysiłku intelektualnego nie odnajduję się, przestaję się identyfikować z książką, ja cierpię i książka również. Najlepiej jest wtedy, gdy chwytam kontakt z pisarzem poprzez jego słowa, kiedy jestem zadowolona, że tak ciekawie sobie to i owo wymyślił, wszystko jedno, czy to język, czy wątek czy postać. Czasem czytam jakieś zdanie, szukam dla niego polskiego odpowiednika i żałuję, że to nie ja je wymyśliłam. Wtedy chce się stanąć za autorem, czasem nawet ratuje się kolejne zdanie, które już nie brzmi tak dobrze. Ale kiedy cała powieść składa się z egzaltowanych zwrotów, takich jak „Bohaterowie tak bardzo upodobnili się do Maurów, że nawet ich konie były czystej krwi arabskiej” [a to jest cytat, niestety, z bardzo poczytnej powieści], to zapał gaśnie.
Odeszłam od tematu. Chciałam powiedzieć, że lubię wyzwania, lubię siedzieć w bibliotece czy szukać w internecie cytatów, lubię utrudnienia. W Dafne to była zabawa z Owidiuszem, problem pozornej nieprzetłumaczalności, dopasowywania słów, w dodatku operowania fragmentem poezji, który już ktoś inny przetłumaczył, więc nie mogłam go nagiąć do potrzeb tej książki. W dodatku język – bardzo oszczędny, pozornie prosty, a takie proste rzeczy trudno tłumaczyć, bo nie można sobie pozwolić na żadną dowolność. Często to, co w języku hiszpańskim brzmi dobrze, w języku polskim irytuje. A ja wiedziałam, że jeśli autor zamknął treść w dwóch słowach, ja nie powinnam w to miejsce wstawiać zdania opisowego z kilkunastu słów, tylko mam się ograniczyć do dwóch właśnie, tylko że te słowa w języku polskim mogą okazać się o wiele dłuższe albo poddają się fleksji i to wystarczy, by nie brzmiały dobrze. Zdecydowanie łatwiej tłumaczyć kwieciste zdania z zawijasami. Tyle że Somoza w ogóle nie pisze z zawijasami, a już na pewno nie było to jego intencją w Dafne.
Somoza zachwycił mnie jednak inteligencją i bardzo subtelnym poczuciem humoru. Nawet kiedy, a robi to nader często, bawi się nawiązaniami do zjawisk literackich i sztuki, to jest to delikatne, wysmakowane, ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że się popisuje. Nieważne, czy w rzeczywistości trochę się jednak popisuje. Przez cały czas pracy z tą książką trzymał mnie na baczność, bo między wierszami kryły się bardzo subtelne gry słów, wyłowiłam ten czy inny żart literacki, choć czasem odkrywałam jakąś aluzję czy przytoczenie zwrotu lub postaci z literatury dopiero przy kolejnym czytaniu. Zresztą, on nadaje im inną funkcję. Mechaniczna pomarańcza mówi po prostu o polakierowanej na pomarańczowo maszynie do pisania, nijak się to ma do dzieła Burgessa. Do końca nie mam pewności, czy czegoś nie przeoczyłam. No i najchętniej oczywiście postawiłabym znak ostrzegawczy przed każdym takim zdaniem z podtekstem, by i czytelnicy śledzący skomplikowany i skondensowany wątek czegoś nie przeoczyli. Oczywiście, tego nie wolno mi zrobić, czytelnik sam sobie poradzi, pod warunkiem że ta warstwa książki w ogóle go interesuje. A Somoza – jak wiadomo – lubi łamigłówki.
Autorowi trudno odmówić wyobraźni – pomysł z modelką dla pisarzy wydał mi się pyszny, cała intryga z wydawcą, Salmeronem i sztabem ludzi, który tworzą nową rzeczywistość, by stymulować autora do poszukiwań twórczych i zmusić do spłodzenia książki – to również bardzo ciekawe. Z większym dystansem odnoszę się jednak do końcowej przemiany Juana Cabo w Natalię, czyli tego spojenia i przeobrażenia się autora w bohaterkę dzieła.... nie do końca mnie to przekonało, ale jeżeli potraktować to jako metaforę tego, jak silny może być związek pisarza i postaci, którą stworzył, to rzeczywiście, jest to dosyć obrazowe.
No i mój ulubiony pomysł Somozy: Madryt opisany w czasie rzeczywistym przez kilkuset autorów, o tej samej porze, tyle że znajdujących się w innym miejscu. Chętnie przeczytam taką książkę. Fascynuje mnie mnogość istnień ludzkich oraz mnogość punktów widzenia i odbioru rzeczywistości. Oczekiwałabym jednak pogłębionej analizy zdarzeń i postaci, zamiast chłodnego zapisu z kamer przemysłowych.
ZwB A co było najtrudniejsze w przekładzie Dafne?
A.M. Zabawy z językiem. Język Somozy w Dafne jest dopracowany, precyzyjny, trudno sobie pozwolić na jakąś dezynwolturę, bo wszystko musi do siebie pasować, jak w układance. Sporo się też namęczyłam z dopasowaniem cytatu z Owidiusza. Jest taki fragment, gdzie po wizycie amerykańskich turystów w Niewidzialnym Gaju Juan Cabo oraz detektyw składają ze strzępków papierowy kwiat, na którym zapisany był cytat z Metamorfoz. Najpierw układają płatki na trzy kupki. Oczywiście w języku polskim rzeczowniki odmieniają się przez przypadki, więc jak przypadek pasował do całego fragmentu wiersza, już nie pasował do tej kombinacji „na strzępkach”. Zresztą, to typowe zmagania tłumaczy. Inny przykład – ostatnia strona, kiedy Juan przemienia się w Natalię. W języku hiszpańskim czasowniki nie mają końcówek męskich lub żeńskich, w języku polskim niestety trzeba wyłożyć kawę na ławę, czyli zaraz na początku wydaje się, że Juan to już Natalia, bo posługuje się rodzajem żeńskim, w oryginale trzeba było zaczekać do podpisu, o ile dobrze pamiętam.
Oczywiście, trudne są typowe gry słów. Przeważnie udaje się z nich wybrnąć, na przykład Juan CABO przeciwko KABOtyństwu, ale już gorzej z investigaciones – investigación to po hiszpańsku i badania naukowe, i śledztwo, więc to, czym zajmował się krytyk literacki i detektyw Neirs przenikało się, świetnie pasowało do całej intrygi. W języku polskim ta rozbieżność jest jednak zbyt duża, ja to nazwałam „badania” i „dochodzenie” (s. 65), to jednak nie to samo, bo jak ktoś się zajmuje literaturą, to nie nazywamy go śledczym. [Nawiasem mówiąc, nie tak dawno oficerowie śledczy prześledzili z sukcesem losy bohatera powieści Krystiana B. Amok, więc i to się zmienia, być może dojdzie kiedyś do wznowienia wydania Dafne znikającej i będę mogła już z pełnym przekonaniem bawić się tymi słowami].
ZwB W Dafne pada stwierdzenie, że literatura to labirynt, a cała ludzkość jest wielkim narratorem powieści (s. 106, 109). To potwierdzenie faktu, że książka ta jest niezwykle nasycona odniesieniami literackimi, że jej głównym bohaterem jest literatura. Wspomina Pani o odniesieniach do Owidiusza i innych autorów. Mamy nawiązania do Millera, Borgesa, Camusa, Kafki, by wymienić tylko kilku... Jak to wpłynęło na Pani pracę?
A.M. Starałam się być ostrożna, w każdym zdaniu się czegoś spodziewałam, doszukiwałam podtekstów, podwójnych znaczeń i aluzji literackich, bo oczywiście było ich wiele i zręcznie zawoalowanych. Z jednej strony jest to ograniczające, przez to, że ktoś inny już przetłumaczył te dzieła, a ja mam przytoczyć je z poszanowaniem prawa pierwszeństwa, z drugiej strony muszę dopasować do misternej konstrukcji książki, jednocześnie opanować stylistycznie i co gorsza, gramatycznie. Oczywiście Somoza nie przywołuje cytatów i postaci ot tak, wszystko ma swoje miejsce i czemuś służy, co tylko utrudnia pracę, ale akurat takie trudności bardzo lubię. Trzeba przyznać, że wyszukiwarki internetowe bardzo pomagają tłumaczom, wystarczy wpisać zwrot, cytat i zwykle udaje się zidentyfikować jego autora, książkę, z jakiej pochodzi. Nie wiem, kto to wszystko wrzuca do sieci, w każdym razie posługuję się tym, a wizyty w bibliotekach i wertowanie stronic ograniczam do utworów, z których trzeba przytoczyć wiernie cały cytat w polskim przekładzie.
ZwB Poznała Pani Somozę. Jakie są Pani wrażenia ze spotkania?
A.M. Poznałam José Carlosa Somozę kilka miesięcy przed tłumaczeniem tej ksiązki, wtedy nawet jeszcze nie wiedziałam, że ją będę tłumaczyć. To było na kolacji, po kolejnym dniu Targów Książki w Pałacu Kultury. Hiszpania była wówczas gościem honorowym Targów. Wydawnictwo Muza zaprosiło mnie na tę kolację, bo była tam obecna również pisarka, której książką debiutowałam, Rosa Montero, autorka Stąd do Tartaru. Siedziałam obok Somozy, ale w gruncie rzeczy nie pamiętam, byśmy dużo rozmawiali. Zapamiętałam go jako bardzo spokojnego, skupionego, skromnego człowieka. Wiem, że zanim zajął się pisarstwem, był psychiatrą, ale nie rozwijał tego wątku. Wydał mi się małomówny, raczej obserwował i słuchał.
ZwB A jaka jest autorka Stąd do Tartaru?
A.M. Zupełne przeciwieństwo! Taka drobna, energiczna osoba, są takie kobiety – filigranowe, a zdolne przenosić góry. Żywa, gestykulująca, z płomykami w oczach. Utytułowana dziennikarka związana z „El País”. Życzliwa i niewątpliwie zaangażowana w kwestie społeczne, nie jest jej obojętne to, o czym pisze, nawet jeśli ubiera to w formy literackie. Stąd do Tartaru również jest zaangażowane społecznie, porusza bardzo aktualne tematy: madrycki półświatek, szemrane życie przedmieść, narkomanię... Z sympatią wspominam to spotkanie, tym bardziej że Montero należy do autorów, którym nie jest obojętne, w jaki sposób zostanie przetłumaczona ich książka, bardzo chętnie współpracuje, zdaje się, że rozumie pracę tłumacza, w emailach uczulała mnie na to, by nie wypaczyć pewnych jej zamierzeń.
Pytała Pani o trudności, przypomniało mi się coś... Rosa Montero wymyśla dwie historie: jedną przypisuje Borgesowi, druga rzekomo jest średniowiecznym poematem. Jako tłumacz, najpierw zaczęłam przeczesywać katalogi biblioteczne, ale coś mi podszeptywało, że nie tędy droga, choć wiele było w jej książce odwołań do faktycznie istniejących postaci i dzieł. Potem korespondowałam z Montero i zdradziła mi, że sama wymyśliła pewne wątki, a potem je uwiarygodniła, między innymi przypisując je pióru znanego pisarza. Nie jestem pewna, na ile czytelnik Stąd do Tartaru jest w stanie się w tym połapać. Może nie powinnam się martwić o czytelnika, ale jednak niektórzy ze śmiertelną powagą traktują słowo pisane. W jednym z wywiadów, jakie przeprowadził Osvaldo Ferrari z Borgesem właśnie (W dialogu), Borges opowiada o tym, że pewien czytelnik nie mógł mu wybaczyć, iż tak nikczemnie nakłamał w opowiadaniu Alef. Kłamstwo polegało na tym, że Borges podał adres, pod którym znajduje się rzekomo Alef. Rozemocjonowany czytelnik zapytał pisarza - chcąc się tylko upewnić, bo zakładał, że odpowiedź będzie twierdząca - czy ten widział Alef, oczywiście padła odpowiedź przecząca, coś o fikcji literackiej, ale czytelnik poczuł się nabrany.
ZwB Stąd do Tartatu to powieść również w pewnym sensie kryminalna. Mamy do czynienia z narkotykami, przestępczością. Jak Pani ocenia rolę tych wątków w całości powieści?
A.M. W moim osobistym odbiorze te mroczne wątki nadają życia książce, a sposób, w jaki zachowują się postaci, czyni je dość realnymi. Świat jest złożony, wyidealizowany i boleśnie fizyczny; piękny i baśniowy, a jednocześnie zły, pełen przemocy, zmuszający do wyborów, które tylko pozornie są wolne. Autorka zawiera w książce ważne przesłanie, że niezależnie od tego, jak daleko odeszło się od zachowań społecznie akceptowanych i zmarnowało start z uprzywilejowanej pozycji, można odzyskać godność, podnieść głowę i ułożyć sobie życie na nowo. Jestem wdzięczna Montero za to, że pokazała, iż to „na nowo” nigdy nie jest takie samo, jak na początku: dlatego, że nie da się nadrobić straconych okazji, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, oraz dlatego, że przeszłości nie można wymazać z życiorysu, wpływa na całe nasze życie, czai się za naszymi plecami i od czasu do czasu daje o sobie znać, na szczęście nie zawsze dopada nas tak namacalnie, jak w przypadku bohaterki Stąd do Tartaru. To nie przypadek, że przesłanie to pochodzi od doświadczonej dziennikarki, która wie, że dla młodych ludzi taki niepoukładany, ostry, podziemny świat jest atrakcyjny.
ZwB Większość znakomitych tekstów, w tym kryminalnych, to rzeczywiście nie są proste i przyjemne opowieści. Najczęściej z najlepszymi kryminałami mamy do czynienia w książkach, które nie jest łatwo tak zaklasyfikować. Pięć błękitnych much Carmen Posadas należy właśnie do takich tytułów. Powieść rozpoczyna się od pytania: „Chciałbyś usłyszeć historię pewnej zabójczyni?”. Opowie nam Pani o niej, o zabójczyni?
A.M. Nawet nie wiadomo, czy w ogóle doszło do zabójstwa, najważniejsze to, by było o czym opowiadać w towarzystwie. A że o każdym zdarzeniu będzie krążyło kilka wersji – najlepsze to te relacjonowane przez służące – to tylko dodaje historiom smaku. Niewątpliwie mamy do czynienia z trójką denatów – najpierw nieszczęsny Jaime, małżonek Mercedes, który ginie w mało chlubnych okolicznościach – dławi się migdałkiem, adorując przyjaciółkę swojej żony. Nie wiadomo jednak, czy winić za tę śmierć należy wyłącznie migdałek, czy może, jak wolałyby panie z towarzystwa, towarzyszącą mu podczas wypadku ową przyjaciółkę, która ucieka spłoszona, nie udzielając ofierze pierwszej pomocy. Być może winna jest sama Mercedes, żona; choć pojawia się w miejscu wypadku, to być może przypatruje się niewzruszona agonii, być może celowo niedokładnie objaśnia drogę kierowcy ambulansu... W każdym razie ten i ów chętnie widziałby ją w roli sprawczyni zbrodni przez poniechanie.
ZwB Zbrodnia za pomocą migdałka? Bardzo ciekawe...
A. M. Tak ;-) Kolejna niewyjaśniona śmierć dotknęła ojca narratora książki, pana Molineta, przedstawiciela zubożałej, niegdyś świetnej, teraz tylko dekadenckiej rodziny. Dawno temu zdarzyło się, że rodzic-utracjusz przywiózł do zrujnowanego majątku w Urugwaju portową kokotę. Szukając pustego pokoju, otwiera drzwi do sypialni, w której jego kilkunastoletni syn walczy z bezsennością, mierząc damskie szaty zgromadzone w kufrach. Dość powiedzieć, że oczom rodzica – prawdziwego macho – ukazuje się nastolatek odziany jedynie w gorset z tasiemkami, niezręcznie wyplątujący się z damskiej sukni na tle krynolin i trenów. Ojciec jest tak porażony tym widokiem (to się nie mogło zdarzyć jego synowi!), że postanawia wziąć odwet na jego matce. Alkohol, strome schody, zaślepienie wściekłością – to się musiało skończyć upadkiem. Ojciec runął z najwyższego piętra, obijając się o wszystkie stopnie, a po drodze nie zatrzymała rozpędzonego tłumoka żona, chociaż stała tuż obok. Nic dziwnego, że w towarzystwie szeptano o zbrodni poniechania, nikt przecież nie mógł wiedzieć, że za spadającym wiarołomcą pobiegł jego roznegliżowany syn, trzymając w ręku ciężkie, srebrne lusterko. Służący odwrócił się do ściany i zatkał uszy. Nikt nic nie widział, nikt niczego nie słyszał.
ZwB Dogodne okoliczności...
A.M. I wreszcie kolejna zbrodnia, chociaż w przekonaniu obecnych – tylko nieszczęśliwy wypadek, spinają go obie znane nam już postaci – Molinet i Mercedes. W ekskluzywnym spa gdzieś w Maroku spotyka się śmietanka towarzyska Madrytu – popularny dziennikarz Sanchez i jego przyjaciel oraz ich towarzyszki, akurat nie żony. Wszyscy przyjechali skorzystać z uroków dyskretnego uzdrowiska. Traf chciał, że na podobny pomysł wpadli Mercedes, która zapragnęła odseparować się trochę od plotkarskiego Madrytu, huczącego od plotek na temat śmierci jej męża i jej roli w zbrodni, oraz wschodząca gwiazda kina, młody reżyser Santiago, o którym bywalczynie salonów i imprez wypowiadają się jednogłośnie: roz-ko-szny. Wszystkiemu przypatruje i przysłuchuje się Molinet. O ile spotkanie z Mercedes w takich okolicznościach było nie w smak dziennikarzowi-moraliście, bo narażało na szwank jego kryształową reputację, to wczasy zaliczono by do udanych, gdyby nie fatalny pomysł twórczy Sancheza. Postanowił napisać artykuł demaskujący obłudę współczesnego społeczeństwa – inspiracją była sama Mercedes, bowiem dziennikarz dla własnych potrzeb już rozstrzygnął o jej winie w sprawie śmierci małżonka. Bardzo rozsierdziło to pana Molineta, który, pomny historii własnej matki, postanowił zapobiec publikacji tych oszczerstw. Posługując się pochlebstwami skłonił dziennikarza do zanurkowania w basenie, z którego obsługa wypompowywała wodę. Nieszczęśnik zginął wessany do odpływu.
ZwB I jaka jest pointa?
A.M. Wszystkie te „zabójstwa” łączy wspólny motyw – krzywdy wyrządzone kobietom przez nielojalnych małżonków zostają pomszczone, żony natomiast odkrywają, że wymarzonym stanem cywilnym dla kobiety jest wdowieństwo. Konkluzja może mało radosna, ale sama książka jest zabawna, bo autorka nie szczędzi żadnej okazji, by kpić z nowobogackich.
ZwB Rzeczywiście, konkluzja zastanawiająca, zwłaszcza dla... mężów. Pani Agnieszko, bardzo dziękujemy za zapoznanie nas z intrygującymi kulisami pracy nad książkami Somozy, Montero i Posadas. Jeszcze tylko na koniec pytanie: Jakie są Pani najbliższe plany translatorskie?
A. M. Teraz zerkam z tęsknotą na półkę, na której stoi egzemplarz The Weight of Numbers Simona Ingsa – jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam, chciałabym się z nią zmierzyć, ale podejrzewam, że okazja nie nadarzy się zbyt prędko.
ZwB Może dzięki temu wywiadowi Ings znajdzie w Polsce wydawcę. Co Panią w nim tak zafascynowało?
A.M. Ostatnio częściej kupuję książki w języku angielskim, zwłaszcza wydania w miękkich okładkach mają zawsze na okładce fragmenty recenzji z czasopism. Zawsze to pochlebne fragmenty. Jeszcze chyba nie widziałam książki, na której zacytowano by fragment miażdżącej krytyki. Na ostatniej stronie okładki The Weight of Numbers napisano: „To nowe Jądro ciemności”. Pomyślałam, że to dość śmiałe porównanie, niemniej zaufałam mu i się nie zawiodłam. Ings wykazał mistrzostwo w wielu warstwach: językowej – ma niebywałą kontrolę nad językiem, każde zdanie jest precyzyjne, wyważone, ale jednocześnie lekkie, autentyczne, trafne, właściwie nie myli się nigdy, pisze dokładnie to, co należy napisać. To pisarz, który doskonale zna język angielski, bogaty, współczesny język, w wielu rejestrach. W warstwie budowania postaci wykazał się ogromną empatią i przenikliwością, zna słabości współczesnego człowieka, ale nie szydzi z nich, nie popisuje się psychologią z błyszczących magazynów. Te postaci mówią same za siebie, zachowują się tak autentycznie, że czasem miałam do niego o to żal, bo niejednokrotnie przełamał tabu, zdradził, że zna tajemnice umysłu swoich postaci, tajemnice i słabości, które każdy chce ustrzec przed światem. Jest tam taka postać, Stacey, gwiazdka mediów, anorektyczka. Zafascynowało mnie, jak przenicował duszę osoby, która jest wytworem współczesnych mediów, zwłaszcza jej chorobę: nie zmagania z anoreksją, ale samo bycie anorektyczką, psychikę i uwarunkowania takiej osoby. Zastanawiałam się, skąd mężczyzna wie takie rzeczy. Wydawało mi się, że cały mechanizm anoreksji to tajemna wiedza kobiet. Zaznaczam: on nie pisze o przyczynach tej choroby, nie moralizuje i nie poucza świata mody ani nie udziela lekcji odżywiania się. Tworzy bohaterkę, która dotknięta jest tą chorobą, a oprócz tego robi wiele innych rzeczy, jest znana, popularna, spełnia oczekiwania publiczności i mediów. Wyszła mu niezwykle autentyczna, dojrzała postać. Ktoś taki mógłby istnieć, tylko nigdy nie byłoby nam dane tak dobrze jej rozpracować. A on to robi. Ten wątek nie jest najważniejszy w książce, ale dowiódł przenikliwości pisarza, a ludzie przenikliwi fascynują nas, choć ostatecznie się przed nimi ucieka i zaczyna ich unikać, każdy ma w końcu jakąś ciemną stronę. Zresztą, odszukałam w internecie email Ingsa i napisałam, jak bardzo podobała mi się jego książka. Uważam, że mu się to należy. W odpowiedzi przyznał, że jej pisanie to była koronkowa, precyzyjna robota, a konstruowanie postaci właśnie Stacey zabrało mu szczególnie dużo czasu.
No i trzecia warstwa, w której przejawia się talent pisarza, to misterne splecenie mnogich wątków, które układają się w nieomylną całość, przeplatając fikcję z mrocznymi i chwalebnymi wydarzeniami z historii współczesnej – z jednej strony triumf człowieka w kosmosie, z drugiej rzeź i jatki na Czarnym Kontynencie, porachunki plemienne tak straszne, że z trudem trafiają do świadomości, odrzuca się je jako nierealne, a jednak wszyscy wiemy, że są realne. Otóż równolegle do wydarzeń, które nadają bieg historii ludzkości, toczy się normalne życie, zwykłe ludzkie upadki, tragedie i wzloty, ważne wydarzenia, tyle że na mikroskalę, trudno powiedzieć, co nas bardziej dotyka. Należy pogratulować Ingsowi oryginalności i tego, że zarówno wątki, jak i postacie, którymi się posłużył, są tak wiarygodne i zwyczajnie interesujące. Czytelnik chce się o nich jak najwięcej dowiedzieć.
To nie jest lekka lektura: choć bardzo wciągająca, bywa drastyczna, zimna, właśnie przez to, że taka trafiona i dopracowana. Jedna ze scen, które najlepiej zapamiętałam – można ją określić jako „polowanie na szczury” czy też „rozprawianie się ze szczurami” – jest tak dramatyczna i plastyczna, że chyba nigdy więcej nie przeczytam tego fragmentu, nie zmuszę się do tego, raz się dałam przekonać, wystarczy, by jej nie móc zapomnieć, ale z punktu widzenia warsztatu pisarskiego jest świetna.
ZwB Będziemy zatem oczekiwać tej książki na polskim rynku. Życzymy powodzenia!
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska
Człowieka najwyraźniej widać, kiedy jest na granicy wywiad z C. J. Somozą