ZwB Panie Profesorze, jak zaczęła się przygoda antropologa z kryminałami?
Wojciech Burszta Zacznijmy od tego, że nie zacząłem czytać kryminałów jako antropolog, ale podróżny, przemieszczający się do znudzenia trasą Warszawa – Poznań i Poznań – Warszawa w drodze do pracy w SWPS. Mieszkałem jeszcze wówczas w Poznaniu i szukałem lektury, która pozwoli mi przyjemnie i niepostrzeżenie przeżyć te nudne 3 godziny w przedziale. Wybór padł na kryminał, który wówczas jeszcze postrzegałem bardzo tradycyjnie jako czytadło wciągające, ale nic poza tym. Ale szybko wsiąkłem w świat przedstawiony na kartach tych pozornie całkowicie sformatowanych książek. Czytałem Amerykanów i Amerykanki (Coben, Kellerman, Slaughter, Kava, Connelly itd.) na zmianę z autorami z zachodu Europy i Rosji. Sięgałem głównie po pozycje najnowsze, dość dobrze znając klasykę. Po lekturze pierwszych 20–30 pozycji (w sumie połknąłem ich w pociągach przeszło 150! Ależ byłem zły, kiedy ktoś śmiał mnie zagadywać w przedziale, odbierając cenne minuty lektury!) uderzyło mnie, że kategoria „kryminał” jest wielce zróżnicowana i wcale nie musi spełniać warunków „homeostazy” sensacyjnej, o której pisał swego czasu Stanisław Lem. Po pierwsze, nie zawsze intryga, tajemnica i samo rozwiązanie zagadki bywa najważniejsze w dzisiejszej prozie kryminalnej. Po drugie, mamy zupełnie nowy typ głównego bohatera – kobiecego, męskiego, policjanta i prywatnego detektywa, dziennikarkę i lumpa, amatora i zawodowca po wojsku w równej mierze. Po trzecie, to, czego dotyczy intryga, ściśle zależy od społecznych zmian, jakie dokonują się w społeczeństwach. Zwłaszcza widać to w literaturze europejskiej, mniej w amerykańskiej, gdzie nadal najważniejsze jest obnażanie „lęków podstawowych”, w rodzaju – bezpieczeństwo dzieci, psychopaci wśród nas, nietykalność cielesna etc.
ZwB Można więc powiedzieć, że Pana pierwsze spotkania z kryminałem miały charakter naiwny, były to lektury czytelnika z ulicy, to znaczy z pociągu ;-) A kiedy rozpoczął się Pana ogląd naukowy tego zjawiska?
W.B. Czytając coraz więcej, zmuszony zostałem do porządkowania lektury w jakieś bloki tematyczne, a niekiedy kierując się geografią. W ten sposób odkryłem odrębność kryminału skandynawskiego (szwedzkiego, norweskiego i fińskiego), który ma swoisty klimat, nieco klaustrofobiczny, ale jednocześnie przepełniony obawami przed zewnętrznym światem, który nasyca nowymi treściami życie codzienne Skandynawów.
Zacząłem więc czytać kryminały antropologicznie w tym sensie, że czułem w nich tętno współczesności, lęki, obawy, diagnozy możliwych konsekwencji wielokulturowości (chcianej i niechcianej). To widać świetnie u Mankella i Donny Leon, ale także u Montalbana, Jimenez-Bartlett czy Camillierego. Następnym krokiem było odkrycie, że półki z nazwą „literatura kryminalna i sensacyjna” kryją bardzo różne podgatunki i podpodgatunki, i nie jest to wcale jakaś sztuczna hierarchizacja, ale oddają one odmienny nieco typ doświadczania świata, inaczej sytuują się w rzeczywistości i inaczej opowiadają o tym, jakie są nasze dzisiejsze problemy.
ZwB Jaką zatem wizję świata ukazują nam kryminały? W czym nam pomagają?
W.B. Odpowiem na oba pytania łącznie. Nie miejmy złudzeń – literatura dzisiaj nie ma już tej mocy, jaką miała kiedyś. Pisał o tym świetnie Marc Auge, francuski antropolog. Klasyczna powieść żywiła się mitami, historią, religią, wielkimi opowieściami założycielskimi, owymi matanarracjami. Dzisiaj wszystko uległo fikcjonalizacji, do tego stopnia, że „wizję świata” zawartą w jakiejś powieści także traktujemy jako rodzaj fikcji „do odwołania”.
Na tym tle zrozumiała jest kariera powieści kryminalnej, która daje złudzenie pozostawania w kontakcie z rzeczywistością, jakoś tę rzeczywistość diagnozuje, traktuje ją serio, mimo iż tak konwencjonalnie. Odwołanie się do naszych lęków i obaw, choćby o fizyczne bezpieczeństwo, symuluje ów kontakt z rzeczywistością, daje nam poczucie, że dotykamy jakichś realnych problemów.
Powiedziałbym zatem, że kryminał ma funkcje terapeutyczne, kanalizuje także obawy, daje im wyraz, a przy okazji pokazuje, czego dzisiaj powinniśmy bać się najbardziej.
ZwB Nie kusi Pana nakreślenie/wskazanie kryminalnej narracji jako figury współczesnej rzeczywistości? Może literatura, którą Pan wymienił – owe mity, wielkie opowieści – nie mają już dziś racji bytu, bo ich rolę przejęła forma prostsza, ale właściwa dla naszych czasów?
W.B. I tak jest w istocie. W sytuacji, kiedy nie traktuje się poważnie wielkich opowieści założycielskich naszej kultury, kiedy odchodzą one w niepamięć, zwracamy się ku takim narracjom, których główną cechą jest realizm. W powieści kryminalnej przyglądamy się dzisiejszemu społeczeństwu, które produkuje coraz większą liczbę ludzi odrzuconych, owych Baumanowskich „nieudanych konsumentów”. To oni stanowią zagrożenie dla społecznego ładu, jako że wymykają się kontroli. To, co przyciąga w tego typu literaturze, wiąże się z walką o kontrolę nad ludźmi, którzy podważają chwiejne status quo, jakie istnieje. Co ciekawe, dzisiejsze kryminały wcale nie niosą pozytywnego przesłania – nawet jeśli zbrodnia zostanie ukarana, już czyhają następne niebezpieczeństwa. Gdy czyta się kolejne książki z inspektorem Harrym Boschem, można popaść w zwątpienie, czy w ogóle zbrodnię możemy ukarać, czy tylko potrafimy ją zaleczyć, jakoś zmarginalizować. Zbrodnia to wiwisekcja owych „innych”, którzy nie przystają do „normalnego” społeczeństwa. Rodzi się jednak kolejne podejrzenie, że owa normalność jest wątpliwa...
ZwB Co Pan aktualnie czyta?
W.B. Wziąłem się właśnie za lekturę monumentalnego kryminału hinduskiego (bagatela – 1088 stron!), który przenosi czytelnika w realia wprawdzie odmienne kulturowo, niekiedy egzotyczne wręcz, ale jakże jednocześnie bliskie. Autor nazywa się Vikram Chandra, a książka nosi tytuł Święte gry. Mam podejrzenie, że jak książkę skończę, dojdę jednak do wniosku, że człowiek jako siedlisko zła jest figurą uniwersalną, że zmieniają się dekoracje, w których dzieje się zbrodnia i występek, ale zło jest złem pod każdą szerokością geograficzną. I jako zło po prostu jest negliżowane przez – nazwijmy to – federację ludzi, którzy przeciwstawiają mu dobro i porządek. Ale poczekajmy z ostateczną diagnozą, trzeba będzie poświęcić sporo czasu na te nowe powieści kryminalne z dalekich krajów, bo czeka nas z pewnością ich wysyp na polskim rynku wydawniczym. A czekają Meksykanie i ich kryminały, które cieszą się niebywałą popularnością w świecie...
ZwB Meksykańskie kryminały? Prawdziwa gratka! Opowie nam Pan więcej na ich temat?
W.B. Niestety, można je poznać wyłącznie po hiszpańsku albo w angielskich tłumaczeniach. Meksykańska powieść kryminalna narodziła się jeszcze w latach 40. ubiegłego wieku. Za pierwszych autorów tego nurtu uważa się Alfonso Quirogę i Rudolfo Usigli. Dzisiaj najbardziej rozpoznawalnym pisarzem jest z pewnością Paco Ignacio Taibo II, w całości tłumaczony na angielski. To także Guillermo Zabrano czy Juan Hernandez Luna. Jest to literatura bardzo, ale to bardzo pesymistyczna, diagnozująca korupcję, zaludniona antybohaterami. Przedstawia ona świat chaosu i nieporządku, który jest tak silny, że nic nie da się w tej materii zrobić. Pisarze odwołują się zatem do ironii, pastiszu i satyry. Kto wie, może potwornie rozległa aglomeracją Mexico City jest dzisiaj archetypem miasta zbrodni i upadku wszelkich wartości?
ZwB Miasto jest dziś często jeśli nie głównym, to przynajmniej istotnym bohaterem kryminałów. Jak Pan uważa, dlaczego?
W.B. I tak chyba było od zawsze. Miasto to przecież owa „asfaltowa dżungla”, przestrzeń anonimowych przechodniów, pełna podejrzanych zaułków. Można powiedzieć, że od czasów industrializacji, a więc od polowy XIX wieku, refleksja nad tym, jak realia miejskie różnią się od wsi, to stały motyw świadomości, obecny także w kryminałach. Canetti czy Ortega y Gasset obawiali się dyktatu „człowieka tłumu”, człowieka masowego, pisarze literatury sensacyjnej z kolei pokazują, że miasto alienuje, że stwarza warunki do występku. W mieście – mówiąc najprościej – można się ukryć i żyć anonimowo. Miasto to jednak wcale nie taka jednorodna przestrzeń, mamy lepsze i gorsze dzielnice, przedmieścia i centrum, dzielnice i dystrykty etniczne etc., Warszawa słynie z osiedli zamkniętych, których jest kilkakrotnie więcej niż w Berlinie. Ten motyw przemieszczania się po różnych częściach miast jest wykorzystywany wszechstronnie, to niewyczerpane źródło strachu, jeśli można się tak wyrazić. Miasta wreszcie zmieniają się pod wpływem globalnej wędrówki ludzi – turystów, ale także niechcianych przybyszów z tzw. Trzeciego Świata. Wystarczy poczytać Donnę Leon, aby zaobserwować taką swoistą nostalgię za bezpieczną Wenecją, która dzisiaj bezpieczna nie jest. Ciekawe jest to mitologizowanie „dawnego” miasta, tak jakby jeszcze kilkadziesiąt lat temu było ono oazą spokoju. Rzecz pewnie w tym, że dzisiejsze metropolie nasycone są coraz większą liczbą ludzi sans papiere, a oni zawsze wzbudzali podejrzenia, jako że nie mieli stałego adresu, dzisiaj mieszkali tutaj, jutro już gdzie indziej. Przecież dla Europejczyka, ale pewnie też Amerykanina, mieć tożsamość znaczyło posiadać stały adres!
ZwB Czytamy kryminały, śledząc mnóstwo szczegółów i pilnie testując autorów, czy aby się w czymś nie pomylili. To ważne, te szczegóły?
W.B. Kryminał, dobry kryminał, jest zawsze wiarygodny nie tylko z punktu widzenia detali, drobnych faktów związanych z dochodzeniem, osiągnięciami nauki, znajomością tego, co dzieje się ze zwłokami, i jak można je „czytać” na potrzeby dochodzenia, ale także jest wiarygodny psychologicznie. To nie przypadek, że tak wielka liczba autorów i autorek, głównie zresztą amerykańskich, to zawodowi psycholodzy i psychiatrzy. Małżeństwo Kellermanów jest tego najlepszym dowodem.
Tak więc, moim zdaniem, czytamy kryminały także, aby rozpoznać się we własnych problemach, o których na co dzień raczej nie myślimy, ale jakie tkwią w nas podskórnie i drążą naszą świadomość.
ZwB Popularność wykorzystania badań i doświadczeń psychologicznych i psychiatrycznych, medycyny sądowej, kryminalistyki czy patomorfologii jest we współczesnych kryminałach rzeczywiście ogromna. Książka Deja dead Kathy Reichs na przykład prezentuje pracę antropologa sądowego. Co Pan sądzi o obecności właśnie antropologii sądowej w kryminałach? To znana dziedzina?
W.B. Pisarze kryminałów z reguły robią przed napisaniem książki rzetelne badania nad specyfiką różnych gałęzi wiedzy, w tym oczywiście także antropologii sądowej. To bardzo znana dziedzina, która oczywiście ma niewiele wspólnego z antropologią kulturową, chociaż w Stanach Zjednoczonych jest składową „antropologii ogólnej”. To bardzo ścisła dziedzina wiedzy, wykorzystywana zwłaszcza w sytuacji, kiedy mamy do czynienia ze zbrodnią popełnioną przez laty, sprawa jest nierozwiązana, ba – nawet ofiara jest nieznana! Najbardziej rozpoznawalną antropolog w powieściach kryminalnych jest chyba Eve Duncan, bohaterka cyklu powieści Iris Johansen. Kto ma cierpliwość (ja już nie mam) czytać jej książki, dowie się z detalami, na czym polega odtwarzanie rysów twarzy i przywracanie tożsamości ofiarom morderstw, jak to się robi, dlaczego jest tak żmudne i pracochłonne.
Widać w ogóle taką tendencję, dotyczy to szczególnie thrillerów amerykańskich, że zaprzęga się do wykrywania zbrodni coraz szersze grono specjalistów z różnych dziedzin wiedzy. I tak, przykładowo, Jeffery Deaver wprowadził ostatnio postać specjalistki od kinezyki, która interpretuje gesty podejrzanych, badając ich prawdomówność.
ZwB A Pan się nie pokusi o napisanie kryminału? Jaki jest Pana kryminał marzeń?
W.B. Oj, dawno już obiecałem to swoim dzieciom, które cierpliwie czekają, że spełnię tę zapowiedź. Nie wiem tylko, czy mam do tego odpowiednie predyspozycje i talent, ale chcę spróbować. Zrobiłem już nawet szkic pewnej fabuły. Rzecz dzieje się, a jakże, w środowisku akademickim, a mówiąc ściślej – antropologicznym. Tyle mogę zdradzić...
ZwB Będziemy czekać z niecierpliwością na realizację tej zapowiedzi. Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

Wojciech Burszta – profesor antropologii, kierownik Katedry Antropologii SWPS. Wcześniej profesor UAM, Oxford University, Yale University i University of Illinois. Stypendysta Fullbrighta i Fundacji Kościuszkowskiej. Autor wielu publikacji, w tym Antropologii kultury i Różnorodność i tożsamość, oraz współautor Krwawej setki.