Bliższa jest mi pielęgnacja róż niż gra na skrzypcach

15.05.2009

ZwB Serdecznie Panią witamy i gratulujemy wydania kolejnej książki.

Irena Matuszkiewicz Dziękuję. Powiem w sekrecie (nie ma to jak internetowe sekrety), że ja też sobie gratuluję. Nie książki, bo ocenę zostawiam czytelnikom, natomiast gratuluję sobie, że nie zawaliłam terminu.  Zgodnie z umową Czarna wdowa atakuje musiała trafić do wydawnictwa 30 września, więc – jak łatwo się domyślić pracowałam głównie w wakacje. Lato nie jest najlepszą porą na pracę twórczą. Właściwie każda pora roku ma swoje minusy, jednak lato ma ich najwięcej. Kiedy ja na pięterku stukałam pracowicie w klawiaturę, moja wena opalała piegi nad jeziorem. I tak było codziennie. No, może trochę przesadziłam. W chłodniejsze dni siedziała ze mną.

ZwB Wynika z tego, że ta wena to kapryśna jest i lubi mieć swoje zdanie… Czarna wdowa atakuje już podbija serca czytelników, podobnie jak wcześniejsze książki, spośród których należy przynajmniej wymienić Agencję złamanych serc, Seryjnego narzeczonego, Dziewczyny do wynajęcia czy poprzedniczkę Czarnej wdowy Nie zabijać pająków. Pani Ireno, nie pisze Pani tylko kryminałów, prawda? Jakie tematy Panią najbardziej interesują? O czym Pani lubi pisać?

I.M. Nie będę zbyt oryginalna, jeżeli powiem, że najciekawsze tematy podsuwa życie. To jest trochę tak, jak z tymi pieniędzmi, które podobno leżą na ulicach i wystarczy je podnieść. Co do pieniędzy nie wypowiadam się, bo żadnych jeszcze nie podniosłam, natomiast tematów znalazłam sporo. Na ulicy, w lokalach, w autobusach, na mojej wsi i w mieście. Obserwuję, rozmawiam z ludźmi, słucham. Znajomi często mi podsuwają różne historie i anegdoty. „Słuchaj, słuchaj, bo to ci się może przydać”, mówią nie bez racji. Oczywiście to nie znaczy, że moje książki są pracą zespołową. Te historie nie trafiają do powieści tak, jak zostały opowiedziane. Czasem są zaledwie inspiracją, czasem, po przeróbce zyskują nowy wymiar, ale są prawdziwe. Lubię pisać o zwyczajnych ludziach, ani dobrych, ani złych, za to  ciekawych i z apetytem na życie. Najbliższa jest mi powieść obyczajowa, za romansami zdecydowanie nie przepadam, a kryminały po prostu lubię. Nie jestem pewna, czy w jakimś poprzednim wcieleniu nie miałam do czynienia ze zbrodnią. W roli zbrodniarki raczej się nie widzę, ale może byłam taką drugą panną Marple? Całkiem możliwe, bo Holmesem raczej nie. Bliższa jest mi pielęgnacja róż niż gra na skrzypcach.

ZwB Moim zdaniem, to całkiem prawdopodobne, że była Pani panną Marple. Wszystkie znaki w Pani książkach na to wskazują ;-) Uprawia Pani tak zwaną literaturę kobiecą. Jakie cechy wyróżniają takie pisarstwo? Co jest ważne w takiej literaturze?

I.M. Jeżeli mówimy: „kobiecy wdzięk”, „kobieca uroda” lub „kobieca wrażliwość”, to są to określenia pozytywne i jak najbardziej w porządku. Jeżeli teraz słowo „kobieca” zestawimy ze słowem „literatura”, pozytywny wydźwięk gdzieś ginie i – jak chcą niektórzy oczytani mężczyźni  - całość zaczyna trącać pieluszką, romansem lub – o zgrozo - grzechem. Może jest w tym trochę racji, bo ostatnio kobiety gromadnie wzięły się do pracy twórczej i zaczęły pisać (nie zawsze z najlepszym skutkiem) dla innych kobiet. Jeżeli coś robi się gromadnie, to z reguły ze stratą dla jakości. Dla kogo jednak mają pisać, jeżeli już chcą, skoro mężczyźni niewiele czytają? Wystarczy popytać w bibliotekach, by się dowiedzieć, że dużo mniej od kobiet. Jeżeli sięgają po książkę, to wybierają poradnik, powieść historyczną lub science fiction. O kobietach czytać nie muszą, bo wiedzą o nich wszystko, a nawet trochę więcej niż wszystko. Nie chciałabym, aby ta opinia zabrzmiała jak skrzek feministki. Nie jestem feministką, choć sporadycznie bywam.

ZwB Ja oczywiście nie miałam nic złego na myśli, posługując się tym określeniem...

I.M. Osobiście nie mam nic przeciwko określeniu literatura kobieca, pod warunkiem że dostaję do ręki książkę dobrze napisaną, ciekawą, z pomysłem i krwistymi postaciami, które mówią  mi coś nowego, zmuszają do zastanowienia lub po prostu wzruszają. Na świecie są tylko dwie płcie (czego na szczęście nie da się zmienić), a każda z nich nieco inaczej patrzy na rzeczywistość. Ja patrzę oczami kobiety, co nie znaczy, że lekceważę racje mężczyzn i może dlatego mężczyźni też sięgają po moje książki.

ZwB No właśnie, na pewno ma Pani wspaniały kontakt z czytelnikami płci obojga, jest Pani osobą otwartą na korespondencję z nami. Wiele otrzymuje Pani maili? Zdarza się, że czytelnicy krytykują Panią za coś albo podpowiadają jakieś rozwiązania?

I.M    Mam kontakt i bardzo go cenię. Mało tego: rozmowy i korespondencję z czytelnikami uważam za najmilszy etap pracy twórczej. Chętnie jeżdżę na spotkania do bibliotek, bo nie ma to jak bezpośrednia konfrontacja tego, co napisałam, z tym, co zapadło w pamięć czytelników. Korzyść z takich spotkań, przynajmniej dla mnie, jest wielka. Kiedy biblioteka mnie zaprasza, zwykle słyszę, że czytelnicy chcieliby mnie poznać. Czytelnicy oczywiście mają prawo nie tylko porównać zdjęcie zamieszczone na okładce z oryginałem, ale też posłuchać, co autor ma im do powiedzenia. Niechże sobie zobaczą i posłuchają, bo ja w tym czasie robię dokładnie to samo: słucham (jeżeli akurat nie mówię) i patrzę. Efekt tych spotkań jest taki, że moi czytelnicy przestają być dla mnie anonimowi. Jestem wzrokowcem, więc siadając do pisania kolejnej powieści, mam przed oczami miłe panie i miłych panów ze spotkań, czyli mogę powiedzieć, że wiem, dla kogo piszę.

Maile pojawiły się znacznie później. Dopiero w ubiegłym roku wpadłam na pomysł, żeby podać swój adres na okładce książki. Korespondencja z czytelnikami to całkiem nowe doświadczenie. Wprawdzie nie widzę rozmówcy, ale z wielkim zainteresowaniem czytam to, co chce mi przekazać, i odpowiadam na każdy list. Najwięcej dostałam ich po Przebudzeniu. Czy mnie krytykują? Nie. Piszą o swoich odczuciach, dzielą się doświadczeniami i wrażeniami po lekturze. Pewnie jest trochę tak, że ci, którzy mnie nie lubią i nie czytają, nie przychodzą na spotkania ani do mnie nie piszą.

 

ZwB Jest Pani z wykształcenia filologiem polskim, co na pewno wpłynęło znakomicie na Pani powieści, dostarczając wzorów postaci, motywów i tym podobnych, o czym jeszcze będziemy mówić. Ale ja chciałabym się najpierw o jedną rzecz zapytać. Czy czytając jakąś książkę, często Pani myśli „o kurcze, przecież to był mój pomysł!”? „Ta lady Makbet to moja jest przecież...”

I.M. Ojej, bardzo bym chciała, żeby lady Makbet wyszła z mojej głowy!  I Anna Karenina, i Natasza Rostowa i Basia Niechcicowa. Na szczęście pisać zaczęłam późno, najpierw przez wiele lat tylko czytałam, więc zdążyłam spokornieć. Nie wiem, czy czerpanie natchnienia z wątków literackich byłoby najlepszym pomysłem, przyznaję jednak, że czasem trudno mi się ustrzec od różnych aluzji. Są to odwołania całkiem świadome i celowo przeze mnie wprowadzane, żadne tam plagiaty czy przeróbki klasyki.

ZwB Na tym polega dobra literatura przecież, na celowych odwołaniach, parafrazach i grach między tekstami ;-) A jacy są Pani ulubieni bohaterowie literaccy?

I.M. W miarę dorastania, dojrzewania i przejrzewania człowiek zmienia też swoich ulubionych bohaterów. W każdym razie ja zmieniałam. W dzieciństwie moim niekwestionowanym idolem była Ania Shirley, ale nie tylko. Szłam do biblioteki, a tam pani mi dawała Na Karolewskiej, Ulicę młodszego syna, Białą brzozę czy nieco później Lewanty, a ja to wszystko pochłaniałam i przeżywałam. Obce mi było pojęcie „produkcyjniak”, które narodziło się dużo później. Jedno mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością: Pawki Korczagina nigdy nie polubiłam, za to pokochałam wodza powstańców, dziewicę bohatera, Emilię Plater, chociaż była hrabianką. Czytałam dużo i nie zawsze to, co było przewidziane dla niewinnych panienek, choćby powieści Colette Klaudyna w szkole i Małżeństwo Klaudyny. Szkolne lektury znałam na długo przed ich omawianiem, więc nie zdążyłam zrazić się do Żeromskiego, Prusa czy Sienkiewicza. Jednak w czasach szkoły średniej moje uczucia były przy bohaterach Przeminęło z wiatrem. Chyba nawet zazdrościłam Scarlett Retta Butlera. Z całą pewnością zazdrościłam, dziś mogę się do tego przyznać.

ZwB Oj, faktycznie było czego zazdrościć ;-)

I.M. Studia polonistyczne to znowu było jedno wielkie czytanie, a przy okazji porządkowanie wiedzy o literaturze i kształtowanie gustu. Wtedy to, a może nieco wcześniej, zachwyciłam się Barbarą Niechcicową z Nocy i dni. Ta fascynacja trwa do dzisiaj i nie zmieniło jej zdanie  mojego Mistrza, profesora Artura Hutnikiewicza, który uważał Barbarę za jedną z najbardziej nieznośnych i chimerycznych kobiet, jakie pojawiły się w literaturze. Zgoda, rano bywała chimeryczna, a już w południe wspaniała, wielkoduszna i prawdziwa aż do łez, lepsza na złe niż na dobre czasy. Zostaję przy Barbarze. No, może jeszcze przy Róży z Cudzoziemki.

ZwB Jeśli chodzi o Pani twórczość, najbliżej Pani do...

I.M. Najbliżej mi do… Ireny Matuszkiewicz. Myślę, że po dziesięciu wydanych powieściach, które rozeszły się w całkiem przyzwoitym nakładzie, mogę tak powiedzieć. Wypracowałam sobie swój własny styl, jestem rozpoznawalna (przynajmniej na kartach książek) i nie mam się czego wstydzić.

ZwB Pani powieści kryminalne mają wiele wspólnego – by wrócić do owych róż – z klasycznym kryminałem angielskim. Jedną z jego charakterystycznych cech jest specyficzny klimat swojskości. Jaki rodzaj atmosfery, klimatu kreuje Pani w swoich powieściach? Co się nań składa?

I.M. Klimat swojskości, mówi Pani? Coś w tym jest. Angielskie panie dziergały na drutach, dbały o swoje ogródki, o podłogi w domu i bibeloty, a przede wszystkim dużo wiedziały o sąsiadach. W wielkim mieście, gdzie ludzie mijają się w biegu, trudno o swojski klimat. Do tego potrzebne są małe miasteczka. A ja lubię małe miasta. Bardzo lubię i najchętniej o nich piszę. Najpierw jadę, oglądam, dotykam, potem dopiero pakuję tam akcję powieści. Popatrzmy jak to wygląda w Czarnej wdowie. Pensjonat Mieszko położony jest na obrzeżach niewielkiego miasta w dużym parku, najbliżsi sąsiedzi to ludzie znani na wylot. Stenia Korzyńska co prawda nie dzierga na drutach, ale ma inne swojskie hobby: piwniczkę ze smakowitymi przetworami. Są przytulne wnętrza, jest dobra kuchnia i piękna zastawa stołowa. I jest jeszcze coś: wzajemne porozumienie między wspólniczkami i ich przyjaciółmi. Każda z bohaterek ma swoje wady i zalety, ale one nie tylko się tolerują, one się po prostu lubią. I nagle do tego uporządkowanego, spokojnego miejsca, gdzie pozornie nic złego nie może się wydarzyć, przyjeżdżają ludzie z wielkiego świata. Coś musiało zaiskrzyć i zaiskrzyło.

ZwB Bardzo mi się podobają postacie z Czarnej wdowy, zwłaszcza kapitan Pająkowska. Prawdziwa herod baba! Ma swoje zdanie, nie poddaje się, jak trzeba, bywa bezpardonowa, ma bystry umysł i różne grzeszki na sumieniu. Czy ma ona jakiś pierwowzór literacki bądź realny?

I.M. Ma, ale nie sądzę, żeby się poznała. Na moim osiedlu, na szczęście parę ulic dalej, mieszka małżeństwo takich właśnie Pająkowskich, fanatycznych zwolenników prawa. Pozakładali sobie przy oknach kamery przemysłowe, fotografują wszystko, co im się nie podoba, ściągają policję lub straż miejską, piszą donosy i w ten właśnie sposób wychowują sąsiadów. Byli już bohaterami reportażu w ogólnopolskiej gazecie, w TVN i miejscowej telewizji. Kodeks wykroczeń znają na pamięć i obiecują nie spocząć, dopóki nie nauczą ludzi inteligencji. Tak właśnie mówią: inteligencji. Znam tę parę również z opowiadań mojej przyjaciółki, która mieszka obok nich. Spróbowałam spojrzeć na Pająkowskich nieco inaczej, bez sąsiedzkiej niechęci. W ich szaleństwie jest jakaś metoda: w klatce i w pobliżu bloku sporo zmieniło się na lepsze. Ci, którzy czytali Nie zabijać pająków, wiedzą, że Pająkowski zginął (prawdziwy żyje i ma się dobrze), a ja coś musiałam zrobić z wdową. Powierzyłam jej funkcję ochroniarza w pensjonacie Mieszko i myślę, że dobrze na tym wyszła. Obawiam się jednak, że moja bohaterka jest dużo sympatyczniejsza od swojego pierwowzoru. Powiem tak: metody opisałam w miarę rzetelnie (za prasą, telewizją i sąsiadami), natomiast postaci zmieniłam całkowicie. 

ZwB No tak, życie zawsze wyprzedza fikcję... nie przypuszczałabym, że takie osoby mogą istnieć realnie, jakoś tak obok nas, w bliskim sąsiedztwie. Pani Ireno, jak wygląda Pani zwykły dzień pracy. Wstaje Pani z tysiącem pomysłów na nowe morderstwa powieściowe i...?

I.M. Wstaję owszem, bo inaczej się nie da, ale bez pomysłów. I wcale nie tak rano. Jestem nocnym markiem i kiedyś muszę się wyspać. Ósma, dziewiąta to taka pora w sam raz dla mnie. Kąpię się i natychmiast przebieram w dzienne ubrania, bo chronicznie wręcz nie znoszę zewnętrznego rozmamłania. W środku mogę sobie być czasem rozmamłana, bo tego nie widać, na zewnątrz nigdy. Jem śniadanie i walczę ze sobą: usiąść do pracy natychmiast, czy może raczej znaleźć sobie jakieś pożyteczne zajęcie, które odciągnie mnie od komputera i zawiłych intryg. Różnie bywa, czasem siadam, czasem przekładam bluzki na półce. Mam parę zalet, ale każda z nich jest zrównoważona wadą. Za swoją największą wadę uważam brak systematyczności. Nie umiem pracować równomiernie w wyznaczonych godzinach, wszystko zostawiam na ostatnią chwilę. A że jedną z moich zalet jest odpowiedzialność, więc czas przed oddaniem książki spędzam wyłącznie w towarzystwie komputera. Piszę, poprawiam, piszę… Natomiast pomysły wcale mi się nie rodzą w nocy. Właściwie sama nie wiem, kiedy się rodzą, najpewniej w trakcie pisania lub jedzenia obiadu. Zapisuję je i albo wykorzystuję, albo nie.

ZwB Może rodzą się w ogrodzie? Czytałam w jednej z Pani wypowiedzi, że uwielbia Pani swój ogród i spędza w nim wiele czasu... Jakie są Pani ulubione kwiaty? Tak Pani odpoczywa?

I.M. Lubię swój ogród, ale już nie tak, jak kiedyś. Do podziwiania roślin, do prowadzenia rozmów na tarasie lub przy kominku potrzebne są dwie osoby. Teraz zaszywam się na wsi głównie w porze wakacji, kiedy nad jeziorem czynne są sklepy spożywcze i jakieś smażalnie ryb. W ogrodzie powoli rezygnuję z roślin wiosennych i jesiennych, których nie mam kiedy oglądać. Zastępuję je iglakami. Zresztą ziemię mam iglakową, bo wokół same lasy i jeziora. Czasem jednak coś tam sobie zasadzę, posieję, skrzyżuję. Jestem bardzo dumna ze swoich dyptamów, zwanych inaczej gorejącymi krzakami Mojżesza. Dochowałam się własnych sadzonek, które tworzą niezłą plantację, fantastyczną zwłaszcza w porze kwitnienia. Nie goreją, bo klimat nie ten, ale oczy cieszą. Na wsi najczęściej towarzyszy mi mój siedmioletni wnuk Dominik. Wspaniały chłopak, gdyby mu tylko pozwolić, zadałby w czasie godziny sto dwadzieścia pytań. Ja nie pozwalam, odpowiadam rzetelnie prawie na każde. Dziwnym zrządzeniem losu Dominik bardzo przypomina powieściowego Mieszka.

ZwB Pracuje Pani już nad kolejną książką? Co to będzie?

I.M. Kolejną książkę muszę oddać ostatniego dnia maja, więc teraz właśnie jestem zapracowana po uszy. To będzie książka młodzieżowa z przyjazną szkołą w tle. Przyjazną, kurczę, tylko dlaczego nikt jej nie lubi?

ZwB No właśnie, zabrała się Pani za trudny temat... Życzę więc powodzenia w dalszym pisaniu i serdecznie dziękuję za rozmowę. I czekamy na kolejne kryminały!

I.M. Do kryminałów wrócę na pewno. Przecież mówiłam, że ciągnie mnie do zbrodni.


Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska

Foto: Krzysztof Filipowicz