ZwB Minęły już dwa lata od wydania książki Kurs do Genewy. Na pewno lada moment światło dzienne ujrzy kolejna Pana powieść. Możemy się tego spodziewać?
Bartłomiej Rychter Tak. Druga powieść została już ukończona i tekst wszedł właśnie w fazę prac redakcyjnych (thriller Złoty wilk Wydawnictwo W.A.B. zapowiada na październik - przyp. ZwB).
ZwB Czy w nowej książce spotkamy tych samych bohaterów co w Kursie do Genewy? Będzie Pan kontynuował historię Tomasza Bartela i Estery?
B.R. Nie. Będzie to zupełnie nowa rzecz, pozwalająca poznać nowych bohaterów w innych realiach. Historia bohaterów Kursu obmyślona została jako zamknięta całość i jej bohaterowie nie będą już musieli mierzyć się z żadnymi przeciwnościami losu na kartach powieści.
ZwB Pisanie nie jest Pana głównym zajęciem, prawda? Czym się Pan zajmuje?
B.R. Kieruję placówką bankową, zajmuję się organizacją pracy, marketingiem, kredytową obsługą przedsiębiorstw i tym podobnymi, całkiem przyziemnymi sprawami. Jako wolny strzelec, uczestniczę w różnorakich projektach gospodarczych, odpowiadając za finansowanie inwestycji bądź zabezpieczanie transakcji. Jednym słowem, nic ciekawego.
ZwB Nic ciekawego?! Ależ to wspaniała materia do wykorzystania w kryminale! Jest Pan również prawnikiem. Czy Pana wykształcenie pomaga w pisaniu tego typu powieści?
B.R. Wykształcenie nie ma chyba większego znaczenia. Inaczej sprawa ma się z doświadczeniami nabytymi podczas pracy. Dzięki niej poznałem wiele interesujących osób, które idealnie nadają się na karty powieści.
ZwB W Pana książce pojawia się pewien prawnik, Weiss, który odgrywa znaczącą rolę w dziejącej się historii. Czy tworząc tę postać, miał Pan jakiś jej realny wzór?
B.R. Tak, choć przeniesienie pierwowzoru na karty powieści nie nastąpiło w sposób bezpośredni. Najpierw zmieniłem kilka szczegółów dotyczących biografii i realiów pracy, dołożyłem kilka cech z innych, równie realnych osób i uzyskaną w ten sposób postać wysłałem w Kurs do Genewy.
ZwB A nie kusi Pana prawniczy kryminał, jak u Gardnera, albo prawniczy thriller?
B.R. Zasadniczo nie interesują mnie sztywne konwencje i gatunki. Dlatego nigdy zapewne nie napiszę klasycznego kryminału, podobnie ma się rzecz z klasycznym thrillerem prawniczy. Świat prawników i sal sądowych jest jednak na tyle interesujący, że być może jego realia zostaną kiedyś przeze mnie wykorzystane na gruncie literackim.
ZwB Słyszałam, że lubi Pan hokej...
B.R. Po całym dniu spędzonym nad umowami i biznesplanami najbardziej lubię zmęczyć się na siłowni lub pobiegać. Rzeczywiście, uwielbiam hokej, najszybszą i najostrzejszą zespołową grę świata, w której każdy mecz traktowany może być jak opowieść, mająca swoich bohaterów, momenty przełomowe i koniec – szczęśliwy lub dramatyczny. Kiedy kilka sekund przed zakończeniem spotkania trener przegrywającej drużyny ściąga bramkarza, wprowadzając dodatkowego zawodnika z pola, emocje są takie same, jak przy lekturze ekscytującego thrillera. Staram się też więcej czytać niż pisać, choć praca zawodowa i konieczność ciągłego dokształcania się skutecznie utrudniają obie te czynności.
ZwB Ciekawy trop – powieść jako hokej… Skoro wspomina Pan o swojej pasji czytania, jakie są literackie czy filmowe korzenie Kursu do Genewy?
B.R. Nie sądzę, aby Kurs miał jakąś konkretną, świadomą inspirację. Oczywiście, efekt pracy osoby piszącej stanowi sumę jego lektur, doświadczeń i preferencji. W większym stopniu czuję się czytelnikiem niż osobą piszącą. Pracując nad książką, pisałem to, co sam chciałbym przeczytać. Nie myślałem o tym, czy efekt tej pracy ukaże się drukiem.
Najważniejsza jest dla mnie historia, bo książkę – a w szczególności powieść – traktuję jako bilet do świata wyobraźni. Równie ważny jest bohater, a właściwie bohaterowie, bo drugi plan postaci jest dla mnie ciekawszy niż główny aktor powieści. Jako czytelnik w pewnym momencie znudziłem się nieustannie powtarzaną kalką głównego bohatera, odważnego i wszechmocnego supermana, który jest bardziej archetypem niż człowiekiem z krwi i kości. W większości wypadków zmienia się tylko imię i nazwisko, rodzaj problemów osobistych, funkcja i zawód, a w zasadzie tylko słowo go określające, bo działania, motywacje i uczucia pozostają bez zmian. Pisząc, chciałem stworzyć kogoś przeciętnego, kto czuje strach i ból, kto wskutek różnorakich wydarzeń będzie się zmieniał. Superman w roli głównego bohatera zupełnie mnie nie interesuje. Mówiąc krótko: pisałem coś, co sam chciałbym przeczytać.
ZwB Pana bohater Tomasz Bartel, przystojny, choć wyraźnie znudzony życiem taksówkarz, wplątuje się przypadkiem w historię kryminalną. Dużą rolę odgrywa w niej piękna dziewczyna i pewien starodruk. Często chodzi pan po antykwariatach w poszukiwaniu dawnych książek? Interesuje się Pan tym?
B.R. Lubię atmosferę antykwariatów, mam kilka ulubionych, w Krakowie i Gdańsku. Uwielbiam chodzić między zakurzonymi regałami i na chybił trafił sięgać dłonią, nie wiedząc, na co mogę trafić. Stare książki mają w sobie coś szczególnego. Nie tylko liczące sobie kilkaset lat starodruki, ale również pozycje wydane przed lat kilku lub kilkunastu. Każda książka ma swoją historię, swoją opowieść, drogę, którą przeszła i właścicieli, którzy odcisnęli na niej swoje piętno.
ZwB Akcja Pana książki rozgrywa się przede wszystkim we współczesnym Krakowie. Co Pana skłoniło do umiejscowienia akcji właśnie w tym mieście?
B.R. W okresie pracy nad powieścią kursowałem pomiędzy Krakowem, Katowicami, Rzeszowem i Sanokiem. Jako miejsce akcji wybrałem pierwsze z tych miast, bo łączy intrygującą atmosferę zaułków Starówki i Kazimierza z szarością i smutkiem wielkiego miasta. Kraków ma dla mnie dwie twarze: pierwsza sprzedawana jest turystom, drugą tworzą krótko ostrzyżeni faceci w skórzanych kurtkach lub dresach, robiący szemrane interesy na zapleczach modnych dyskotek. Inna sprawa, że inspiracją do napisania Kursu nie było określone miejsce, ale konkretni ludzie.
ZwB Zdradzi nam Pan, jacy to byli ludzie?
B.R. Niektórzy zostali żywcem przeniesieni z rzeczywistości na karty książki, jak rosyjscy muzycy zajmujący się ściąganiem należności, którzy pewnie do dziś dnia prowadzą firmę windykacyjną, tyle że nie w Krakowie. Inni stanowią kompilację cech charakteru, osobowości, motywacji, zachowania i fizjonomii osób, które kiedyś spotkałem. Nigdy, rzecz jasna, nie poznałem prawdziwych agentów służb specjalnych, ale już wpływowych ludzi biznesu, bez skrupułów i możliwości wytłumaczenia się ze źródeł pochodzenia swojego majątku, to i owszem. Podobnie sprawa ma się ze środowiskiem osób ściągających należności pieniężne w sposób wybitnie niekonwencjonalny. Dzięki temu budulca niezbędnego do stworzenia ciekawych – moim zdaniem – postaci miałem pod dostatkiem.
ZwB Nie ma Pan ochoty na serię książek kryminalnych o Sanoku, z którego Pan pochodzi?
B.R. Sanok, jego okolice i historia to dobry punkt wyjścia dla twórcy literatury popularnej. Dzieje miejsca położonego z dala od głównych ośrodków, usytuowanego na styku kultur, religii i narodów mogą być ciekawym tłem dla wydarzeń powieści. Akcja niedawno ukończonego tekstu rozgrywa się właśnie na błotnistych uliczkach małego galicyjskiego miasteczka, zagubionego gdzieś miedzy karpackimi wzgórzami, na austrowęgierskiej prowincji.
ZwB Jak Pan ocenia współczesną produkcję kryminałów i thrillerów? Duża konkurencja?...
R.B. Nie oceniam tego w kategorii konkurencji. Przede wszystkim jestem czytelnikiem i cieszę się z każdej dobrej książki. Jeżeli chodzi o kryminały, to największy atut i znak rozpoznawczy tego gatunku, a więc ścisłe reguły dotyczące tak samej akcji, jak i bohatera, stanowi również – w moim mniemaniu – o jego największej słabości. Co jakiś czas na rynku pojawia się książka, która sprawia, że po nocnej lekturze mam kłopoty ze wstawaniem, ale sporo jest i takich, które niemal fabrycznie powielają pomysł na intrygę oraz konstrukcję głównego bohatera. Inaczej sprawa ma się z thrillerami. Tutaj pole manewru jest szersze, swoboda autora pełniejsza, ale i większe zagrożenie zbłądzenia na literackie manowce. Skoro powstały już całe tomy książek o zagrożeniach związanych ze sprawami absolutnymi (choćby przypadek Dana Browna i jego kontynuatorów), to kolejne pokolenia twórców staną przed dylematem, czym większym można jeszcze wystraszyć lub zaskoczyć czytelnika. Mam nadzieję, że ta tendencja się odwróci i główną rolę w tych historiach na powrót zacznie odgrywać człowiek, jednostka mierząca się z przeciwnościami obmyślonymi w wyobraźni autora.
ZwB Czy przy okazji wydania nowej książki planuje Pan jakiś cykl spotkań autorskich, na których czytelnicy będą mogli porozmawiać z Panem o Pana twórczości?
B.R. Mam nadzieję, że do takich spotkań dojdzie, bo wszystkie organizowane w ramach promocji Kursu wspominam bardzo miło.
ZwB Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska