ZwB Popełniłaś już jakąś zbrodnię?
Anna Rojkowska Nie, ale nic straconego. Za to wspomogłam zbrodnię, tłumacząc najlepszych. Mam na swoim koncie Agathę Christie i E. S. Gardnera.
ZwB Z tego, co wiem, zajmujesz się i tłumaczeniem, i redagowaniem książek. Co bardziej lubisz robić?
A.R. Ani jedno, ani drugie. Jestem leniwa. Choć może odpowiem inaczej: przy źle przełożonym tekście mówię sobie, że wolę sama tłumaczyć, a przy tłumaczeniu – że wolę redagować tekst dobrego tłumacza. To drugie przez lenistwo: redaguje się szybciej, a tłumaczenie idzie wolno, nawet jeśli oryginał nie jest trudny. Niestety, nawet samo pisanie na komputerze zabiera czas. Ponieważ tłumaczę po godzinach pracy, więc zawsze jestem już nieco zmęczona i mówię sobie: zacznę jutro. A jutro mija i znów powtarzam to samo: jutro siadam do pracy. W końcu nadchodzi straszny moment, kiedy nie da się już dłużej odkładać – i z rozpaczą patrzę, jak powoli tekst przyrasta. Zaznaczam sobie w książce zakładką miejsce, kiedy będę miała za sobą 1/4, potem 1/3, potem połowę, potem 2/3 i tak dalej. A kiedy kończę, mówię sobie: nigdy więcej. Mija miesiąc i znowu pojawia się pokusa…
ZwB Tak, książki to rzeczywiście pokusa. A który z autorów kryminalnych był dla Ciebie najciekawszy?
A.R. Lubię niektóre książki Agathy ze względu na scenki rodzajowe. Autorka ta ma znakomite poczucie humoru i świetnie wychwytuje różne śmiesznostki ludzkie, często parodiuje Anglików. Natomiast Gardner ma ogromnie schematyczne postaci i często koszmarne, nieprzetłumaczalne przenośnie (które zresztą wykorzystuje w co drugiej książce), ale za to można na nim polegać, jeśli chodzi o sprawy proceduralne. Sam był praktykującym prawnikiem i lubił występować w sądzie. Nie zdarzają mu się błędy typowe dla amatorów (vide A.Ch.). Inna sprawa to tłumaczenie scen w sądzie. Procedura w naszych sądach jest zupełnie inna i wiele wyrażeń nie ma polskich odpowiedników. Nie obyło się bez konsultacji u znajomego prawnika, który mówił: u nas nie ma czegoś takiego, na co ja: no dobrze, ale jakby było, to jak byś to wyraził?
ZwB To rzeczywiście nie jest proste. I co zrobiliście?
A.R. Staraliśmy się jakoś wybrnąć z sytuacji. To znaczy znaleźć polskie określenia, które brzmiałyby przekonująco i fachowo. A czasami po prostu upraszczaliśmy tekst. Na przykład: prokurator wzywa świadka i zadaje mu pytania, potem obrońca ma prawo przesłuchać tegoż świadka (uwaga: tylko odnośnie do tematów poruszonych przez prokuratora), potem znowu prokurator może zadawać pytania, żeby wyjaśnić, czy dopełnić to, co wyciągnął ze świadka obrońca, a następnie znowu może wystąpić obrońca i tak dalej. U nas nie ma specjalnych nazw na kolejne etapy zabierania głosu przez strony, a w języku angielskim – owszem. Jest examination, cross-examination, re-cross-examination itd. Co więcej, jeśli jakiś aspekt sprawy nie był poruszony w cross-examination, to nie można przesłuchiwać świadka na tenże temat w re-cross-examination itd. U Gardnera sędzia z prawnikami nieustannie żonglują takimi właśnie nazwami i uciekają się do rozmaitych kruczków proceduralnych typowych dla sądownictwa amerykańskiego. Właśnie w takich wypadkach musieliśmy upraszczać nazewnictwo, bo u nas po prostu proces wygląda zupełnie inaczej.
ZwB A jakie są Twoje doświadczenia z przekładem Christie?
A.R. Agatha Christie jest na ogół bardzo łatwa do przełożenia. Ktoś jej kiedyś zarzucił, że pisze na poziomie pensjonarki – i coś w tym jest. Przy jej książkach nie trzeba prowadzić szczegółowych poszukiwań, martwić się ukrytymi cytatami (jeśli są, to raczej oczywiste i dobrze znane), załatwiać konsultacji u specjalistów itd. Tłumaczenie przyrasta niemal w tempie pisania. ALE zawsze, nawet w najłatwiejszej książce jest COŚ. Albo wierszyk, albo gra słów, która ma zasadnicze znaczenie dla akcji. Weźmy najprostszy przykład: w książce Morderstwo to nic trudnego bohater spotyka w pociągu starszą panią jadącą do Scotland Yardu, aby donieść o serii zbrodni we wsi, w której mieszka. I mówi: Morderca jest bardzo przebiegły, nikt go nie podejrzewa. Kiedy i ona ginie, bohater książki postanawia zająć się dochodzeniem i szuka tego mężczyzny wśród wszystkich mieszkańców wioski, całkowicie pomijając kobiety. Ale cóż, okazuje się, że morduje kobieta. W języku angielskim nie ma rozróżnienia, mówi się murderer i już. A starsza pani, dbała o sposób wysławiania się, powiedziałaby: morderczyni. Czyli w naszym języku od razu mielibyśmy przynajmniej wskazówkę dotyczącą płci. Nie trzeba by było do tego dorabiać teorii, że staruszka nie chce nic zdradzić przypadkowemu współpasażerowi. Tu chociaż dało się wybrnąć bez specjalnych problemów. Gorzej było z tłumaczoną przeze mnie książką Dom zbrodni. Po angielsku: Crooked House. Crooked to może znaczyć pokrzywiony, ale jeśli mówimy o kimś, że jest crooked – to znaczy, że jest nieuczciwy. Choć w niektórych kontekstach może też znaczyć przygarbiony. I pani Agatka wzięła doskonale znany wierszyk o przygarbionym człowieczku, który znalazł powyginaną monetę na powykrzywianych schodkach, kupił za nią garbatego kota, który złapał garbatą myszkę, i razem mieszkali w chylącym się ku ziemi domku. W oryginalnym wierszyku 7 razy pojawia się słowo crooked. Ja też przyczepiłam się do słowa „krzywy”, choć udało mi się go użyć tylko 6 razy, i to mniej trafnie, ale już tytułu książki z tego zrobić nie zdołałam. Nie ma u nas tej dwuznaczności słowa crooked, a w wierszyku nie mogłam napisać: szedł zbrodniarz drogą, znalazł fałszywy grosz, kupił farbowanego kota, który złapał fałszywą mysz, i mieszkali razem w domu zbrodni. Choć może mogłam? Tyle że byłby to zupełnie inny wiersz.
Przyznam się, że przetłumaczoną książkę oddałam do wydawnictwa z informacją, że rymowankę uzupełnię później, i poprosiłam o pomoc kolegę, który kiedyś pisywał poezję. Faktycznie, zrobił mi ładne rymy, cóż, kiedy nie mógł się pohamować i ostatni wers przerobił na niezwykle sprośny. Zgrzytając zębami, popędzana przez korektorkę (czas goni!), wzięłam pióro w garść. Straszne to były chwile.
Ale niektórzy mieli jeszcze gorzej. Klasycznym przykładem jest tu Pierwsze, drugie, zapnij mi obuwie. Agatha Christie znowu bierze wyliczankę typu
Siedzi baba na cmentarzu,
trzyma nogi w kałamarzu.
Przyszedł duch,
babę buch,
baba fik, a duch znikł
– i dopasowuje akcję książki do słów wyliczanki. Rozdział pierwszy, baba na cmentarzu; rozdział drugi – tajemnicze zniknięcie kałamarza i zranienie się bohatera w nogę, rozdział trzeci – jak duch z przeszłości, pojawia się dawno zaginiony mąż; rozdział piąty – mąż ginie śmiercią tragiczną, a baba daje drapaka za granicę... Może by to napisać?...
ZwB Jestem za! I powinnaś to zrobić ;-)
A.R. [śmiech] Ale wracając do Agathy i Pierwsze, drugie – wyliczanka [liczba konkursowa to 504666] jest bardzo zgrabna, ładnie się rymuje, sensu w niej nie ma – ale za to jest długa i każdy rozdział jakoś komentuje to, co się pojawia w wersie, który posłużył jako jego tytuł. Czyli tłumacz musiał zachować konkretne słowa z wyliczanki, które powinny rymować się – z liczebnikami!!!! Wyglądało to mniej więcej tak:
raz, dwa – zapnij buty (w oryg. na sprzączkę)
trzy, cztery – zamknij drzwi
pięć, sześć – podnieś patyczki
siedem, osiem – połóż je prosto.
No i jak tu zrymować „dwa” z butami? Mamy do wyboru buty, pantofle, kapcie itd. Co się rymuje z „dwa”? Nic. Zatem tłumacz zastosował liczebniki porządkowe: „Pierwsze, drugie – zapnij mi obuwie”. Co prawda niezbyt to brzmi dobrze (w jakiej wyliczance mówi się „pierwsze, drugie”, a nie „raz, dwa”?), słowo „obuwie” występuje najczęściej w nazwie sklepu lub na pudełku z butami, a nie w rozmowie, no i rym nie jest dokładny – ale jak inaczej miał z tego wybrnąć?
ZwB Makabra! Z tego wniosek, że tłumaczenie Christie to prawdziwa ekwilibrystyka. Może w tym trudnym dziele pomaga choć trochę sympatia, jaką można czuć do postaci przez nią kreowanych. Lubisz jakieś?
A.R. Tak, Ariadnę Oliver. W jej wypadku pisarka najwyraźniej patrzyła na siebie samą i umiała zauważyć swoje zabawne strony. Proszę zwrócić uwagę, ile razy pani Oliver mówi: Gdyby kobieta stała na czele Scotland Yardu… (w domyśle: nie byłoby tyle niewykrytych przestępstw). I cały czas posługuje się swoją słynną kobiecą intuicją – po czym za każdym razem na mordercę typuje niewinnego człowieka. Inną postacią, którą bardzo lubię, jest panna Victoria z książki Spotkanie w Bagdadzie. Nie podobała mi się ta powieść – zresztą wszystkie książki szpiegowsko-sensacyjne królowej kryminału to porażka, głównie ze względu na wyobrażenia pani Agathy na temat komunistów i wojny wywiadów. Ale potem spojrzałam na Spotkanie w Bagdadzie jako na opowieść o Victorii – i okazało się, że dziewczyna jest naprawdę świetna! Proszę przypomnieć sobie, jak naśladuje w biurze jękliwy głos żony swojego szefa. I z jakim znawstwem pisze (sama dla siebie) referencje od biskupa. I jak barwnie kłamie. Inną bliską mi postacią jest lady Eileen Brent z Tajemnicy rezydencji Chimneys i Tajemnicy siedmiu zegarów – przedsiębiorcza panna, która wie, czego chce, i umie to realizować w najbardziej nawet fantastyczny sposób. Hm, widzę, że podobają mi się głównie szalone kobiety…
ZwB Zapewne szukasz ich więc nie tylko w literaturze kryminalnej. Co byś poleciła? Kogo czytujesz?
A.R. Michała Choromańskiego. Jest trochę zwariowany, mimo że to poważny autor. Ale wydanie jego książek z fragmentami obrazów Witkacego na okładkach uważam za wyjątkowo celne. I w jednym, i w drugim jest odrobina szaleństwa. Następna moja miłość to Teodor Parnicki. Raczej wcześniejsze powieści niż późne, niemal w całości autotematyczne. I Italo Calvino. Parnicki, Calvino – to literatura wychodząca poza schemat typowej powieści opartej na XIX-wiecznym realizmie. W tych autorach pociąga mnie to, że nie ma u nich stałego, pewnego, niezmiennego obrazu świata. U Parnickiego każda nowa książka przynosi przewartościowanie poprzedniej, podważa to, co wydawało się pewne (choćby cały cykl Nowej baśni). Ale też on ma taką wizję historii – to, co dochodzi do nas, to interpretacja faktów, a nie same fakty. U Italo Calvino z kolei lubię zabawy formalne. Na przykład w Zamku krzyżujących się losów kształt fabuły zależy od układu kart tarota. A przecież ułożyć je możemy dowolnie, prawda?
Zagadka, niejednoznaczność wydarzeń (interpretacja historii!) pociąga mnie też w tzw. „literaturze droodowskiej”. Już wyjaśniam. W 1859 roku Wilkie Collins opublikował Kobietę w bieli, pierwszą powieść sensacyjną. Odniosła ona natychmiastowy sukces, więc Collins pisał następne, rosnąc w sławę i bogactwa. Charles Dickens pod koniec życia pozazdrościł koledze po piórze i postanowił udowodnić, że on też tak potrafi. No i zaczął pracować nad Tajemnicą Edwina Drooda. Niestety, zmarł, nie zostawiając wskazówek co do rozwiązania zagadki kryminalnej. Od tej pory mnóstwo pisarzy pokusiło się o dokończenie powieści. U nas ukazała się między innymi Miłość zimniejsza od śmierci Anny Małyszewej i Sprawa D., czyli zbrodnia rzekomego włóczęgi (Charles Dickens, Carlo Fruttero i Franco Lucentini). W Sprawie D. na kongres literacko-detektywistyczny zjeżdżają się najsłynniejsi detektywi (Marlow, Poirot, Maigret, Holmes i inni), którzy po zanalizowaniu faktów, czyli powieści Dickensa, mają wskazać złoczyńcę. Naturalnie każdy wskazuje innego. To trochę przewrotna książka, ale w literaturze droodowskiej co autor, to inne rozwiązanie.
Ach, zapomniałabym! Kocham książeczkę Ćwiczenia stylistyczne Raymonda Queneau w tłumaczeniu Jana Gondowicza. To wielki tłumacz, nie mogłam wyjść z podziwu dla jego inwencji i doskonałej znajomości języka polskiego (to brzmi absurdalnie, ale problem przekładu to walka z językiem ojczystym, a w znacznie mniejszym stopniu zrozumienie tekstu oryginału). Queneau napisał półstronicowy tekścik o incydencie w autobusie. Nic specjalnego, ale… to samo wydarzenie przedstawia na 99 sposobów, wykorzystując wszelkie figury retoryczne i rozmaite style. Historyjka opisana jest w formie urzędowego listu, reklamy, powieści, sonetu, jest opowiedziana onomatopeicznie, telegraficznie, matematycznie itd.
Z zupełnie innej beczki: lubię Tomasza Manna, Iris Murdoch, z lżejszych – Wodehouse’a. Ten ostatni to też musi być ciężki w tłumaczeniu. Mnóstwo gier słownych i opartych na nich nieporozumień. Lubię Szekspira – chyba nic oryginalnego, bo jest znakomity. U nas zdaje się mało czytany, ale w krajach anglojęzycznych jego wpływ nawet na współczesnych i pisarzy, i czytelników jest potężny. Ludzie wykształceni znają go na wylot. Ale też u niego można znaleźć refleksję i komentarz na temat absolutnie wszystkiego.
ZwB Hobby?
A.R. Ratunku! Może interpretacje życia wiejskiego? Mamy dom na wsi i mój mąż zawsze się śmieje, patrząc jak rozmawiam z sąsiadką przez płot, a potem opowiadam mu, co się w okolicy działo przez czas naszej nieobecności.
ZwB Czym się aktualnie zajmujesz?
A.R. Negocjuję następne kontrakty do serii kryminalnej Wydawnictwa Dolnośląskiego: Jo Nesbo, Tami Hoag, Frank Tallis. Niestety, Nesbo w oryginale nie przeczytam, ale nowe książki Hoag i Tallisa już znam. Polecam Nesbo i Hoag tym, którzy lubią współczesne kryminały, a Tallisa – amatorom powieści historycznej. Autor pokazuje Wiedeń w pierwszych latach XX wieku (kolejne powieści lokuje w latach 1901, 1902, 1903), a na bohaterów swojej serii wybiera inspektora policji i jego przyjaciela psychiatrę, doktora Liebermanna, zwolennika Zygmunta Freuda. Ważne jest to, że sam Tallis jest praktykującym psychiatrą, wobec czego możemy ufać wnioskom oraz diagnozom doktora Liebermanna. A to on zawsze potrafi wskazać rozwiązanie zagadki.
ZwB Znakomite wieści. Czy możemy liczyć na to, że będziesz naszych Czytelników informować o tych książkach?
A.R. Z prawdziwą przyjemnością.
Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska
Anna Rojkowska – tłumaczka, redaktor Wydawnictwa Dolnośląskiego.