Zbrodnia w Bibliotece Serdecznie pozdrawiamy z Polski, gdzie Pani twórczość jest niezwykle popularna, a czytelnicy żądni wszystkich informacji na Pani temat. Może się Pani do nas wybierze? ;-)
Anna Małyszewa Z przyjemnością przyjechałabym do Polski, tym bardziej że jestem blisko związana z tym krajem – moja babcia ze strony mamy jest Polką. Nawiasem mówiąc, kiedy napisałam pierwszą powieść, wydawca podsunął mi myśl, abym wybrała sobie pseudonim. Zaproponowałam, między innymi, nazwisko babci, tak więc mogłabym nazywać się Anna Letunowska, a nie Anna Małyszewa. W ostatniej chwili postanowiliśmy zostawić moje prawdziwe nazwisko.
Ale tak naprawdę w najbliższym czasie żadnych wyjazdów nie mogę planować. Moje dzieci są jeszcze zbyt małe zarówno na to, żeby wziąć je ze sobą, jak i na to, żeby z kimś je zostawić. Starszy syn ma trzy lata, a młodszy zaledwie siedem miesięcy.
ZwB To rzeczywiście maluchy. Wiemy, że jest Pani autorką kilkudziesięciu książek i bardzo młodo Pani debiutowała. Od zawsze wiedziała Pani, że będzie pisać? Jaka była Pani droga do pisarstwa?
A.M. Do chwili obecnej napisałam już trzydzieści powieści. Mój debiut rzeczywiście odbył się dawno temu, w 1996 roku, kiedy miałam raptem 22 lata. Powieść nosiła tytuł Kochankowie w spadku. Czysty przypadek sprawił, że zabrałam się za pisanie kryminałów. Studiowałam w Instytucie Literackim im. Gorkiego. Na czwartym roku nadszedł moment, gdy musiałam znaleźć sobie jakąś pracę, żeby zdobyć pieniądze na wynajęcie pokoju, jedzenie, po prostu na życie… Pewien student dał mi telefon do agenta literackiego, który kupował kryminały. Pisałam wtedy tylko krótkie opowiadania, za swoich nauczycieli uznawałam Jorge Louisa Borgesa i Mirceę Eliadego… A tu potrzebna była duża powieść. Kryminały czytałam tylko zagraniczne, wzorów rosyjskich nie znałam, więc kiedy zadzwoniłam do agenta, powiedziałam mu, że mam napisany kryminał w stylu zachodnim. Wtedy było to popularne – rosyjscy autorzy pisali „pod zagranicznych” i wydawali książki pod pseudonimami. Myślałam, że agent tym właśnie się zajmuje, ale od razu wyprowadził mnie z błędu – ależ nie, oświadczył, to musi być prawdziwie rosyjska powieść. Odparłam, że mogę ją przerobić. Na pytanie, ile stron będę w stanie przygotować na spotkanie pod koniec tygodnia, odpowiedziałam – pięćdziesiąt! Dodam na marginesie, że to było więcej, niż w sumie dotychczas napisałam, moje opowiadania były bardzo krótkie. W końcu złożyłam agentowi masę obietnic, a kiedy odłożyłam słuchawkę, pomyślałam, że zwariowałam! Tak czy inaczej, postanowiłam spróbować. Usiadłam przy maszynie do pisania i kiedy późną nocą przerwałam pracę, okazało się, że napisałam połowę pierwszego rozdziału. I co najważniejsze – odkryłam w sobie jakiś płomień, wiarę we własne możliwości, w to, że dam radę przebyć tę długą drogę – i napiszę długą powieść, w dodatku taką, która będzie trzymała czytelnika w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Po koniec tygodnia przekazałam agentowi pięćdziesiąt stron, a nazajutrz zatelefonował wydawca i zapytał, jakie honorarium mnie zadowoli. Powieść napisałam w ciągu dwóch miesięcy. Od razu zaproponowano mi kontrakt na następne pięć książek. A kiedy po kilku miesiącach pokazałam kolegom z roku swoją książkę, byli w szoku. „Kryminał?! Kto by się tego po tobie spodziewał!” Sama się tego po sobie nie spodziewałam. No i gdyby mi ktoś powiedział, że za trzynaście lat będę już miała trzydzieści książek, nie uwierzyłabym. I tak przypadek stał się moim przeznaczeniem.
ZwB Już w 1999 roku otrzymała Pani tytuł „Pisarza Roku”. Na czym polega tajemnica Pani sukcesu? Ma Pani receptę na dobry kryminał?
A.M. W kryminale kładzie się zwykle nacisk na intrygującą fabułę – mogłoby się zdawać, że jej oryginalność stanowi o tajemnicy sukcesu. Ja natomiast zaczynam pracę, nie obmyślając wcześniej fabuły, za to bardzo skrupulatnie wyszukuję głównego bohatera. Jeśli jest ubogi duchowo, robi na mnie nieprzyjemne wrażenie – wtedy z powieści nici. Kiedyś na początku powieści uczyniłam bohaterką kobietę, która z każdą chwilą podobała mi się coraz mniej… Próbowałam ją zmienić, ale autentyczność jej wizerunku eliminowała wszystkie moje próby. Pod koniec pierwszego rozdziału „zabiłam” ją i wprowadziłam nową bohaterkę, która wyjaśniła przestępstwo. Tak więc rękojmią sukcesu jest dla mnie przede wszystkim ciekawy bohater, a dopiero potem – oryginalna fabuła. Ciekawym ludziom przytrafiają się ciekawe rzeczy. Jestem o tym przekonana.
Jeśli chodzi o tytuł „Pisarza Roku”, przyznano mi go na podstawie sprzedaży książek w tym roku. Jedna po drugiej ukazało się pięć moich powieści, wszystkie zostały wydane w dużych nakładach… Do tego czasu ukształtował się, jak mówią wydawcy, mój własny czytelnik. Nisza psychologicznej powieści kryminalnej w Rosji była przede mną pusta, choć to brzmi dziwnie. Mam oczywiście na myśli kryminał, na którego okładce widnieje napis „kryminał”, a nie powieści Dostojewskiego. W Związku Radzieckim pojawiały się albo kryminały wojenno-historyczne, na przykład Juliana Siemionowa, albo powieści szpiegowskie, albo coś o defraudacji mienia społecznego i moralnym upadku pracowników handlu. Kryminałów w czystej postaci prawie nie było, tym bardziej uwagę zwracały dzieła wybitne – Era miłosierdzia braci Wajner, Opór wspomnianego już Juliana Siemionowa. Pisanie o kobiecie, która straciła wewnętrzną orientację, zagubionej w otaczającej ją rzeczywistości, uznawano za temat błahy. Na początku lat dziewięćdziesiątych rynek książki zaczął się zmieniać, ale kryminały w dalszym ciągu opowiadały albo o milicjantach, albo o bandytach, albo o nieprzyzwoicie bogatych ludziach, pierwszych rosyjskich oligarchach i ich kochankach, obwieszonych brylantami. Ja tymczasem chciałam pisać o bliźnich „zza ściany” - zwyczajnych ludziach, którzy mogą być sąsiadami każdego z nas. Ten temat okazał się dla wielu interesujący, oto cała tajemnica sukcesu.
ZwB Ze swoich książek najbardziej ceni Pani...
A.M. Lubię te powieści, które zostały przetłumaczone na język polski – Miłość zimniejsza od śmierci i Zatrute życie są dla mnie bardzo typowe. Wymienię jeszcze kilka tytułów – Dreszcze, Dzwon, Miasto bez policji, Bransoletka z korali, Ktoś musi umrzeć, Po co ci alibi?, Rozbite maski… Gdy się rozpędzę, będę musiała wymienić wszystkie trzydzieści ;-) Każda powieść na swój sposób jest mi droga, każda była dla mnie lekcją. Tworząc je, jednocześnie uczyłam się pisarstwa.
ZwB Skąd wzięło się Pani zainteresowanie gatunkiem powieści kryminalnej?
A.M. Moi rodzice są z zawodu chemikami, ojciec jest profesorem, mama – kandydatem nauk. Oboje kryminałów nie czytali, w domowej biblioteczce była tylko klasyka rosyjska i obca, i trochę fantastyki amerykańskiej. Gdy miałam trzynaście lat, poszłam do biblioteki miejskiej w Karagandzie, gdzie wówczas mieszkaliśmy, i oprócz jakichś poważnych książek do nauki postanowiłam wziąć coś dla rozrywki. Na ladzie bibliotecznej leżał stosik książek w podniszczonych jaskrawych obwolutach. Zaczęłam je przeglądać i wybrałam około sześciu tytułów – Simenona, Chase’a, Chmielewską. W tej samej chwili rozległ się pełen oburzenia głos bibliotekarki: „Dziecko, co ty sobie wyobrażasz?! Na te książki obowiązują zapisy z miesięcznym wyprzedzeniem!”.
Oczywiście zapisałam się na listę oczekujących i przeczytałam wszystko, co mogła zaoferować biblioteka. Chyba jakieś sześćdziesiąt książek… Po mniej więcej trzech miesiącach postanowiłam, że nadszedł czas, abym sama napisała kryminał – wszystko się we mnie do tego paliło, tyle historii wymyśliłam… Ale gdy napisałam pierwsze dziesięć stron, zrozumiałam, że takie książki łatwo się tylko czyta, lecz żeby napisać coś, co nie stanie się przedmiotem drwin, trzeba się nieźle napracować… W dodatku wiedzy potrzebnej do napisania kryminału też miałam rozpaczliwie mało. Przyjeżdża, na przykład, inspektor policji (akcja dzieje się oczywiście na Florydzie!), i co dalej? Jak prowadzi się śledztwo? Jak wyglądają badania kryminalistyczne i moment aresztowania? Jakie są zasady przetrzymywania w areszcie przed i po rozprawie? I najważniejsze pytanie – po co mi ta mordęga?!
ZwB Całe szczęście z kryminału Pani nie zrezygnowała! A jaką książkę najbardziej chciałaby Pani napisać? Czy byłby to również kryminał?
A.M. Prawie zawsze pracuję nad jakimś kryminałem. Piszę średnio dwa kryminały w roku. Pozostały czas poświęcam na pisanie opowiadań, które wydawane są w zbiorkach, część będzie wkrótce ekranizowana, trwają już prace nad scenariuszami. Jestem też pochłonięta dużym projektem, który zajmie kilka lat i kilka tomów. Wspólnie z mężem, znanym również twórcą powieści kryminalnych, piszę książkę historyczno-przygodową, pod roboczym tytułem Awanturnica. Jej akcja rozpoczyna się w spalonej Moskwie w 1812 roku, a kończy w 1830 roku, w czasie epidemii cholery. Ten projekt bardzo mnie absorbuje, bo jest to coś zupełnie nowego. Okazało się, że szalenie interesujące jest opisywanie historycznych szczegółów, zgłębianie detali etykiety, wnętrz, kostiumów. Więc właściwie nie mam czasu na marzenia – każdy dzień jest przepełniony pracą, gonią mnie zobowiązania do oddania tekstu w terminie… A jeśli wziąć jeszcze pod uwagę, że w domu mam dwóch malców…
ZwB Lubi Pani sekrety, tajemnicze obrazy i książki, niewyjaśnione zagadki?
A.M. Są ludzie uzależnieni od adrenaliny, którzy ciągle mają ochotę igrać z ogniem, ja z kolei jestem uzależniona od wszystkiego, co zagadkowe, owiane tajemnicą, i to od dzieciństwa. Skąd się to wzięło – nie mam pojęcia, ale zwyczajne życie zawsze wydawało mi się zbyt nudne i szare. Wymyślałam inne, grałam, uczestniczyłam w nim. Kiedy, na przykład, chodziłam do drugiej czy trzeciej klasy, pewnego dnia mama dała mi papierowy banknot jednorublowy – to miało starczyć na obiady w szkole na cały tydzień. Przyniosłam ten rubel do szkoły… I jakiś diabeł podkusił mnie, żeby pokazać go w klasie i przekonać kolegów, że banknot jest fałszywy, namalował go mój tata, który robi dużo takich rzeczy… Wszyscy mi uwierzyli! Zaczęli prosić, żeby im też namalował ruble, a ja obiecałam, że go o to poproszę… Zawołałam wszystkich do stołówki, na oczach świadków rozmieniłam tam rubel, czym udowodniłam wysoką jakość fałszywki, jako że kucharka, niczego nie podejrzewając, przyjęła banknot… Tamtego dnia grzałam się w trującym blasku sławy. Wieczorem zaczęły mnie nękać straszliwe myśli. A nuż ojca wpakują do więzienia? Spokojnego profesora, mola książkowego, który nie umie wcale malować… Wszystko uszło mi na sucho, ale przez długi czas spoglądano na mnie w klasie krzywo – jak na kłamczuchę albo wariatkę. Takich historii są setki. Czasami sama się nienawidziłam za długi kłamliwy język, który plecie niestworzone historie, w które ludzie z jakiegoś powodu wierzą! Dobrze, że stało się to moim zawodem. W przeciwnym razie byłabym bardzo nieszczęśliwa.
ZwB W Pani powieściach duże znaczenie obok intrygi kryminalnej odgrywa też wątek obyczajowy, zwłaszcza relacje między ludźmi, napięcie z nich wynikające oraz bogate tło społeczne. Co jest dla Pani najważniejsze w kreowaniu postaci?
A.M. Wspominałam już wcześniej, że w jakiś sposób bohater musi być mi bliski. Po napisaniu trzydziestu powieści, a co za tym idzie, stworzeniu wielu różnych bohaterów i bohaterek, muszę powiedzieć, że żadna z postaci nie jest moim wiernym odbiciem. W każdej jest coś ze mnie, coś z moich znajomych, lecz bardzo dużo jest wytworem mojej wyobraźni. Jestem przy tym zdeklarowaną realistką i staram się tworzyć wiarygodne obrazy. To właśnie jest dla mnie najważniejsze. Czytelnik powinien wierzyć w bohatera – pamiętacie historię z fałszywym banknotem? Jeśli piszę o całkowicie wymyślonej postaci, która nie ma nawet pierwowzoru, a potem ktoś mi mówi: „Tak się wzruszyłam, tak było mi jej żal!” – doznaję wstrząsającego uczucia… Jakby osoba, którą wymyśliłam, naprawdę gdzieś żyła.
ZwB W Zatrutym życiu pojawia się wątek maltretowanych i wykorzystywanych kobiet. Czy ta tematyka jest dla Pani ważna?
A.M. I ważna, i bardzo interesująca. Kobieta według mnie w ogóle zbyt często i zbyt łatwo akceptuje miejsce, które wyznacza jej w swoim życiu mężczyzna. Całe szczęście, jeśli mężczyzna ją kocha i jest porządnym człowiekiem, wtedy można jeszcze postępować tak, jak nasze babcie i przekazać swój los w jego ręce. Ale też tylko wtedy, gdy taka pasywna rola kobiecie odpowiada. Ale jeśli wady partnera są oczywiste, co zmusza kobietę do tego, że na nie przystaje, znosi je, ukrywa swoje cierpienie nawet przed najbliższymi jej ludźmi? Miłość, przyzwyczajenie, masochizm? Ciekawie jest opisywać kobietę, która nagle spojrzała na swoją rodzinę z boku i zrozumiała, że ona sama od dawna nie żyje już tak, jak marzyła, że nie osiągnęła tego, do czego dążyła, poświęcając się… W imię czego? Zazwyczaj moje bohaterki znajdują w sobie siłę, żeby się zbuntować i zmienić koleje swego losu. Często uciekają donikąd, porzucając nagromadzone dobra materialne, ognisko rodzinne, jak Nora w sztuce Ibsena. Po raz pierwszy przeczytałam ten dramat, gdy miałam niespełna piętnaście lat, wywarł na mnie głębokie wrażenie. Czasami ktoś pyta: ”Pisze Pani o rodzinach, które znajdują się na krawędzi rozpadu, o żonach, które porzucają mężów… Czyżby Pani do tego namawiała?”. Odpowiadam, że namawiam kobiety tylko do myślenia, aby nie dawały się wykorzystywać, a potem wyrzucać jak znoszone kapcie. Niektórzy dziennikarze pytali nawet, czy źródłem podobnych nastrojów jest może dla mnie własna rodzina. Ale moje małżeństwo jest szczęśliwe, jesteśmy z mężem razem już trzynaście lat, i nawet ani razu poważnie się nie pokłóciliśmy. Tym bardziej ewidentne są dla mnie smutne przykłady, które obserwuję dokoła.
ZwB Uważa Pani, że kryminały – poza dostarczaniem rozrywki – powinny odgrywać rolę w życiu społecznym? Wpływać na nie, kreować odpowiednie postawy?
A.M. Wydaje mi się, że odwrotnie, to życie społeczne oddziałuje na kryminały. Na początku lat dziewięćdziesiątych książki były bardziej okrutne i krwawe, pojawiły się także, jako lekarstwo na stres, kryminały ironiczne. Następnie intensywność uczuć w życiu realnym spadła, pojawiły się bardziej różnorodne fabuły, możliwe stało się napisanie kryminału w ogóle bez zabójstwa. W latach dziewięćdziesiątych nikt by ode mnie nie kupił takiej historii. Wynika więc z tego, że ten gatunek raczej odzwierciedla życie społeczne, niż wpływa na nie.
ZwB Czy w pracy nad książkami posiłkuje się Pani zbieraniem szczegółowych materiałów, wysłuchiwaniem prawdziwych historii, tworzeniem planów, na przykład miejsc, zdarzeń?
A.M. Nigdy nie konstruuję planu, nie zbieram materiałów, ale jakaś interesująca historia może rzeczywiście stać się podstawą fabuły. Kiedy, na przykład, byłam w ciąży z pierwszym synem, mąż zabrał mnie ze sobą w podróż po Grecji, którą zorganizowano dla rosyjskich filmowców. Anatolij pisał scenariusz dla znanego rosyjskiego reżysera, celem podróży zaś był wybór pleneru. Przez trzy tygodnie obserwowałam życie małych greckich miasteczek – nie wczasowych, ale tych najzwyklejszych, leżących daleko od tras firm turystycznych. Kiedy przejeżdżaliśmy raz koło cmentarza, dowiedziałam się, że Grecy grzebią swoich zmarłych w ziemi tylko na krótko, po czterech latach dokonują ekshumacji, umieszczają szczątki w urnie i zamurowują na cmentarzu. Wtedy wymyśliłam Miasto bez policji. Gdyby nie ten zwyczaj, którego nie znał mój rosyjski przestępca, popełnione przez niego zabójstwo na zawsze pozostałoby tajemnicą.
ZwB Czy dużo jest w Pani książkach opisów realnych zdarzeń? Czy Pani postacie mają swoje pierwowzory?
A.M. Tak, realne zdarzenia również wykorzystuję, ale zazwyczaj od nich tylko zaczynam, potem puszczam wodze wyobraźni i radzę sobie sama. Jeśli chodzi o pierwowzory, głównego bohatera wolę jednak wymyślić albo zbudować z kilku postaci, natomiast bohater drugoplanowy może być zupełną kopią znajomego. Niektóre osoby poznawały siebie i obrażały się. Albo się cieszyły – różnie bywało.
ZwB Po przeczytaniu powieści Miłość zimniejsza od śmierci wielu czytelników sięgnęło po niedokończoną powieść Dickensa Tajemnica Edwina Drooda, tak porywająco opisała Pani zagadkę, którą usiłuje rozwiązać po ponad stu latach Lida – główna bohaterka Pani książki. Co skłoniło Panią do napisania „kryminału w kryminale”?
A.M. Oczywiście to, że Edwin Drood nie został ukończony. Dickens jest jednym z moich ulubionych autorów, tak więc same Panie rozumiecie, jaka to dla mnie strata, że powieść urywa się w połowie…
ZwB Czy ma Pani inne swoje ulubione postacie literackie? Czym się Pani interesuje jako czytelniczka?
A.M. Czytam klasykę, powieści grozy, pamiętniki... i kryminały oczywiście. Ogólnie rzecz biorąc, wolę czytać od razu zbiory utworów. Podczas ciąży z drugim dzieckiem przeczytałam 24 tomy Balzaka, a teraz kończę 25-tomowe wydanie dzieł Maksyma Gorkiego. W przerwie czytam dla urozmaicenia innych autorów. Jestem w ogóle bardzo zachłannym czytelnikiem. Bez książek nie mogę po prostu żyć. A moim ulubionym bohaterem literackim jest Raskolnikow ze Zbrodni i kary Dostojewskiego. Podjęłam już nawet decyzję, że jeśli urodzi się trzeci syn, dam mu na imię Rodion, na cześć Raskolnikowa.
ZwB Podobno jest Pani osobą, która przyciąga do siebie różne dziwne sytuacje i ludzi. Tak pisano o Pani w 1999 roku (czasopismo „Twarze”). Czy coś się od tego czasu zmieniło?
A.M. Nic się nie zmieniło, ciągle przydarzają mi się dziwne rzeczy, spotykam dziwnych ludzi. Przyzwyczaiłam się już, że jeśli coś takiego ma miejsce, to znaczy, że los daje mi sygnał, powinnam więc przyjrzeć się temu jak najdokładniej. Jakby ktoś mi podpowiadał, rysował znaki na ścianach – jak w dziecięcej grze. Cztery lata temu, na przykład, szukaliśmy z mężem letniska, znudziło nam się mieszkanie w mieście, chcieliśmy spędzać lato na powietrzu. Mąż przypadkowo poruszył ten temat w rozmowie z taksówkarzem, który go wiózł i akurat chciał sprzedać dom, aby przeprowadzić się do miasta. Pojechaliśmy z mężem obejrzeć jego dom, który nawiasem mówiąc, wcale mi się nie spodobał – żadnych wygód oprócz elektryczności, zbudowany byle jak, działka ogromna, ale zaniedbana aż strach. Ile trzeba włożyć siły, czasu i pieniędzy, żeby wszystko uporządkować?! Miałam ochotę od razu powiedzieć „nie", ale tuż za ogrodzeniem wznosiła się stroma góra, porośnięta sosnami i świerkami, a dalej rozciągały się bezkresne lasy… To rzadkie zjawisko w ciasnej zabudowie okolic Moskwy. I wtedy mąż rzucił: „A tak przy okazji, wiesz, jak brzmi nazwisko właściciela? Małyszew!”. Z miejsca się zaniepokoiłam. „Właściciel nazywa się Jewgienij Anatoljewicz!”. To mnie dobiło, przecież mój mąż nazywa się odwrotnie, Anatolij Jewgienijewicz! Zrozumiałam, że musimy kupić to miejsce, sam los daje mi znaki. Kupiliśmy, zaczęliśmy się budować, dbać o działkę, i stworzyliśmy właśnie to, co kiedyś widziałam w marzeniach. Tutaj mieszkają moje dzieci, biega mój owczarek niemiecki, ja sama mogę pisać, bez obaw, że sąsiad zacznie nagle grać na gitarze elektrycznej albo wiercić w ścianie. To jest mój prawdziwy dom.
ZwB Niesamowita historia! A proszę powiedzieć, czy w Rosji kryminał jest popularny? Macie Państwo jakieś specjalne wydarzenia (festiwale itp.) związane z tym typem literatury?
A.M. Gatunek kryminału jest bardzo popularny, wydawane są ogromne ilości książek, ale niestety, takich imprez, o jakie Pani pyta, nie mamy. Czasem w jakimś programie telewizyjnym występują działacze kultury i próbują po raz kolejny zadecydować, co kryminał przynosi literaturze rosyjskiej – korzyść czy szkodę, ale wszystko kończy się niczym, jak zawsze.
ZwB Czy według Pani są jakieś wyróżniki rosyjskiego kryminału?
A.M. W latach dziewięćdziesiątych odpowiedziałabym – krew! W czasach radzieckich nie wolno było tworzyć „krwawych” scen, tak jak pisać o seksie, polityce i innych rzeczach – no i wszystko to dosłownie buchnęło na zewnątrz, kiedy wszystko już było można, o mało co się tym nie zachłysnęliśmy. Obecnie coraz częściej można spotkać kryminał bez morderstwa, psychologiczną powieść kryminalną, co mnie bardzo cieszy, bo sens kryminału nie polega wcale na tym, żeby przelać jak najwięcej krwi – prawda?
ZwB Oczywiście, ale chyba ten nurt „krwawy” zawsze będzie miał wielu zwolenników. A nad czym Pani aktualnie pracuje?
A.M. Skończyłam swoją trzydziestą powieść, jej roboczy tytuł Salomea może się jeszcze zmienić. Piszę teraz opowiadanie, które dawno obmyśliłam, ale nie pozwalałam sobie na zajmowanie się nim, dopóki nie ukończę kryminału. Potem zabiorę się do powieści historycznej, nad którą pracujemy z mężem. W głowie zawsze mam kolejno uporządkowane zobowiązania, z których muszę się wywiązać, i plany osobiste. Rok naprzód wiem, co będę robić.
ZwB Może więc jednak znajdzie się w tych planach przyjazd do Polski ;-) Bardzo dziękujemy za rozmowę i serdecznie zapraszamy do odwiedzania naszego kraju.
A.M. Dziękuję Paniom i pozdrawiam polskich czytelników!
Wywiad przeprowadziły Aleksandra Stronka i Jolanta Świetlikowska
Serwis Zbrodnia w Bibliotece dziękuje Nibbe & Wiedling Literary Agency za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu.