Twardziel Mahler w poszukiwaniu nagiej... prawdy

17.01.2008
Twardziel Mahler w poszukiwaniu nagiej... prawdy

ZwB Panie Krzysztofie, skąd czerpał Pan inspiracje do książki?

Krzysztof Maćkowski „Śmierć kobiety rażonej za sprawą wystrzału z rewolweru” rzeczywiście miała miejsce na krakowskich Błoniach przed ponad stu laty. Informacje o niej znalazłem w jednym z pitavali klasyka tego gatunku Jana Rógóża, drukującego swe teksty na łamach „Dziennika Polskiego”. 

K.M. Inspiracji szukałem w prasie początków XX w. Oprócz informacji o samym zdarzeniu na Błoniach odkryłem w niej kopalnię wiedzy o kryminalnych sprawkach miasta. Choć – co ciekawe – zdarzeń ze skutkiem śmiertelnym było stosunkowo niewiele, jeśli już to jakiś zazdrosny mąż pospolicie tasakiem mordował małżonkę i nawet specjalnie nie ukrywał tego faktu.

Prasa sprzed stu lat to także znakomity przewodnik po całej sferze ówczesnej obyczajowości i wielu innych rzeczach, składających się na klimat epoki. Co starałem się oddać w książce, cytując, trawestując czy pastiszując styl tamtych gazetowych tekstów, jak również wplatając w treść powieści echa modernistycznych sporów, plotek, dyskusji, manifestów.

ZwB Raport Badeni ma dzięki temu charakter intertekstualny, a nawet trochę palimpsestowy. Zainteresowany czytelnik z przyjemnością prześledzi, które wątki i cytaty okażą się prawdziwe, które były bardziej pierwotne, a które spowodowały rozwój akcji. Czy forma książki to też efekt Pana zainteresowania literaturą końca XIX i początku XX wieku?

K.M. Oczywiście, choć nie tylko literaturą z jej umykającym i nie do końca uchwytnym „ja” bohatera, poszukiwaniami zagubionego jestestwa, zmagań z materią języka, przewartościowania kodów porozumiewania się i tak dalej, w stronę coraz mniej zrozumiałych teoretycznoliterackich pojęć :)

Modernizm to jedna z bardziej intrygujących epok, zarówno kulturowo, jak i historycznie. Zwłaszcza dla mieszkańca Krakowa. Z jednej strony artystyczna bohema, którą współcześnie znajdujemy na kartach encyklopedii i istniejących jeszcze przybytkach, duża swoboda jak na zabory demonstracji polskości, z drugiej życie prowincjonalnego jednak miasta C. K. Monarchii Austro-Węgierskiej, w którym na Wawelu kwaterują austriackie wojska, a po ulicach jeżdżą tramwaje konne (w tym samym czasie w Paryżu otwierano metro!).

Tak przy okazji, krakusowi piszącemu o mieście sprzed stu lat jest o tyle łatwo, że do dziś w sferze urbanistycznej pozostało ono praktycznie niezmienione. Dość wspomnieć, że z ważniejszych ulic z granic tamtego Krakowa zmieniły się nazwy tylko dwóch. Mamy więc zamiast Wolskiej – Piłsudskiego i miast Kolejowej – Westerplatte. Miasto nie zmieniło się też zbytnio w sferze mentalnościowej mieszkańców, ale to żadne odkrycie: ludzkie namiętności, słabości czy podłości są czymś stałym, niezależnym od epoki.

I – last but not least – studiując polonistykę na Akademii Pedagogicznej, zadzierzgnąłem szorstką przyjaźń ze Stanisławem Przybyszewskim, który stał się bohaterem mojej pracy magisterskiej, a co za tym idzie cicerone po realiach przełomu XIX i XX wieku.

ZwB Nieobyczajny to cicerone. Jego życie mogłoby się stać kanwą pewnie z setki kryminałów. Naprawdę miał tak duże  długi?

K.M. No tak, Przybyszewski wzorem cnót i obyczajów nigdy nie był. Był człowiekiem moderny w jej skrajnym wydaniu, zarówno estetycznym, jak i życiowym. Liczne romanse, zdrady, dzieci ślubne i nieślubne, opary absyntu, poszukiwania „nagiej duszy”, umiejętna autokreacja i tworzenie własnej legendy i mamy obraz Smutnego Szatana.

A długi, i owszem. Przybyszewski słynął z gestu, z pieniędzmi specjalnie się nie liczył. Choć z czasem stał się bardziej „materialny” (ponoć to wpływ jego drugiej żony, Jadwigi, byłej pani Kasprowiczowej, która dla Przybyszewskiego odeszła od męża Jana). A z krawcem Berkanem Przybyszewski rzeczywiście przez lata wadził się o należność za garnitur, choć suma była symboliczna. Ale o umiejętności tworzenia własnej legendy przez Przybyszewskiego już wspominaliśmy.

ZwB A jak Pan ocenia jego wpływ na kulturę przełomu wieków?

K.M. Ogromny, tak jak i całej epoki, bo Stanisław Przybyszewski był jej idealną personifikacją. Staram się przekonać Czytelników Raportu Badeni, iż istnieje paralela między tamtym fin de sieclem a obecnym czasem przełomu wieków. W końcu mamy ten sam czas gwałtownego rozwoju techniki połączony z frustracją wynikającą z niemożności poznania i ogarnięcia intelektem złożoności świata (uff, ale zabrzmiało).

ZwB Paralela jest, tylko ten absynt jakoś mało dostępny...

K.M. Już nie – widywany jest w co niektórych sklepach. A za naszą południową granicą, w Czechach, jest go do wyboru, do koloru (dosłownie). Choć z tym kolorem to osobiście nie eksperymentowałbym, piołunówka ma być zielona, i tyle.

ZwB Przechodząc zaś do współczesności... Co Pan czytuje i ogląda?

K.M. Najchętniej przebywam w realiach latynoamerykańskich Mario Vargas Llosy, Gabriela Garcii Márqueza czy Carlosa Fuentesa (miałem nawet okazję przeprowadzić z nim wywiad). Uwielbiam też Hrabala (siedziałem z nim w jednej gospodzie) i Haszkowskiego Szwejka.


Zakochany jestem też w czeskim kinie. I to w filmach uznanych już mistrzów, jak Forman i Mencel, jak i tych współczesnych: Sveraka, Hrebejka czy Zelenki. Cenię też kino brytyjskie, zarówno to spod znaku społecznego zaangażowania (Mike Leigh), jak i nurtu rozrywkowego (typu Cztery wesela i pogrzeb).


Od czasu, gdy grubo ponad dziesięć lat temu poszedłem w Indiach na bollywoodzki film, chętnie oglądam wszystkie tamtejsze produkcje. W ogóle fascynuje mnie wszystko, co związane z Indiami. Mój pierwszy – poza gastarbajterką – zagraniczny wyjazd doprowadził mnie do tego kraju, jest on moją miłością od pierwszego wejrzenia, smaku, dotyku i kulturowego szoku.

I na koniec, jestem bezgranicznie, choć irracjonalnie i bez wzajemności, zakochany w futbolu. Potrafię zgodzić się ze stwierdzeniem Jorge Luisa Borgesa, że „piłka nożna jest popularna, bo popularna jest głupota”, choć nigdy nie przyznam się do tego głośno.

ZwB W Polsce ta miłość w ogóle nie jest irracjonalna ;-) Komu Pan kibicuje?

K.M. Wiśle Kraków. Od dziecka. I nic w tej materii się nie zmieni, bo futbolowa miłość – o czym przypominam pro forma – jest już na całe życie.

ZwB Uf, to dobrze, mogę z całym spokojem sympatyzować z Panem: Wisła i Lechia to zaprzyjaźnione drużyny ;-) A czyta Pan kryminały?

K.M. Czytuję, acz trudno nawiązuję przyjaźnie z ich bohaterami. Ostatnio mam jednak kilku faworytów: komisarza Sylvio Montalbano z powieści Camilleriego, inspektora Fabio Montalego z marsylskiej trylogii Izzo oraz detektywa Pepe Carvalho od Vasqueza Montalbana. Słowem, twardzieli o romantycznej duszy rodem z klasyków czarnego kryminału, Chandlera i Hammetta, których – rzecz jasna – bardzo cenię.

ZwB Dlaczego akurat czarny kryminał? Pana bohater jest zupełnie inny.

K.M. Upierałbym się, że Gustaw Mahler jednak ma dużo z tych bohaterów (patrz wyżej: twardziele o romantycznej duszy :-). Choć owszem, w nieco pastiszowym, postmodernistycznym (jakby to nie zabrzmiało) wymiarze. Ale cóż, takie czasy.

ZwB Eee, taki tam twardziel. Wystarczy, by nijaka Anna wspomniała coś o tęskniącej duszy (i ciele), a miękł jak wosk. A te jej rozważania o energii seksualnej... był bez szans. Wydaje mi się – teraz już poważniej – że dużo jest prawdy w tym, iż to bohater w pastiszowym wydaniu. Uważa Pan, że naszych czasów nie stać już na kryminał serio?

K.M. Stać, jeśli ma się nerw Marka Krajewskiego. Choć same sekciarsko-rytualne rozwiązania intryg w jego książkach  dalekie są od prawdopodobieństwa, więc z tym kryminałem na serio w jego wydaniu też chyba nie do końca jest tak. Faktem jednak jest, że Krajewski stworzył najbardziej rozpoznawalnego bohatera literatury kryminalnej ostatnich dekad. Można krzywić się na „pot, krew i spermę”, ale te książki się czyta.

To, że udanie można poruszać się w tonacji serio, udowodnił w Uwikłaniu Zygmunt Miłoszewski, jest to jednak jeden z odosobnionych przypadków, bo już, przykładowo, w jak najbardziej współczesnych powieściach Gai Grzegorzewskiej czy Marcina Świetlickiego rzeczywistość odbija się już w krzywym zwierciadle.

Tonacja „nie serio” jest pewnie wypadkową charakteru autorów, a i współczesnej wrażliwości i oczekiwań czytelników, którzy bać się lubią w kinie, a literaturę kryminalną – gatunek mocno skonwencjonalizowany, więc siłą rzeczy każący patrzeć na opisywaną rzeczywistość przez jakiś filtr – traktują jako rodzaj intelektualnej (czy intertekstualnej) zabawy. Przynajmniej ja jestem tym typem czytelnika.

ZwB Porozmawiajmy przez chwilę o niejakim „Stefanie Skwarczynie”. Nie kusi Pana epistolarna powieść kryminalna?

K.M.  Kusiła, ale coś takiego zrobił już Andrea Camilleri w Zniknięciu Patio. I zrobił to tak genialnie, że każda próba porównania z nim mojego projektu sytuowała go (projekt, rzecz jasna) w bardzo niekorzystnym świetle.

Samo zaś zainteresowanie teorią listów i możliwościami interpretacyjnymi, jakie one stwarzają (ukłony należą się prof. Stefanii Skwarczyńskiej, wybitemu teoretykowi tej dziedziny), sięga moich magisterskich zmagań z Przybyszewskim, a konkretnie jego epistolografią. Jaki obraz człowieka wyłania się z jego listów, gdzie kończy się mistyfikacja, a zaczyna prawdziwe życie? Jak na tle epoki jawi się nam ktoś, kogo zwykliśmy uważać za jej nieodrodnego syna? Na ile w listach potrafimy odnaleźć jego „ja”. Czy konwencja literacka epoki miała wpływ na podmiotowość autora listów? Na te i wiele innych pytań próbowałem odpowiedzieć podczas pisania magisterskiej pracy. Fascynująca sprawa. Szkoda, że sztuka pisania listów odchodzi już do lamusa.

ZwB Może trzeba wiele podróżować, by pisać dobre listy...

K.M. Podróże to moje hobby. Choć trudno to nazwać hobby, bo bez hobby można się obyć, a mnie bez podróży – jakoś nijak. Bardziej te podróże są sposobem na życie niż na spędzanie wolnego czasu. Podróżuję więc namiętnie i chętnie, w zasadzie w każdym kierunku, choć ze wskazaniem na Daleki Wschód i Amerykę Południową. Zdarzało mi się bywać w miejscach takich, jak Lhasa, Pekin, Delhi, Katmandu, Lima, La Paz, Gwatemala, Meksyk, Kair, Jałta czy Tirana. Do Paryża, Rzymu czy Londynu nigdy jeszcze nie dotarłem.

A pisanie o podróżach to czysta przyjemność i, rzeczywiście, rodzaj epistolarnego piśmiennictwa. Więc może z tą sztuką pisania listów nie jest tak źle?

ZwB Czym się Pan zajmuje na co dzień?

K.M. Pisuję i redaguję gazety. Po etapie etatowej pracy w „Dzienniku Polskim” i „Dzień Dobry” od kilku lat jestem – jak to się ładnie nazywa – dziennikarzem freelancerem. Steram się związać koniec z końcem, pisując do różnych (około)krakowskich periodyków teksty informacyjne, robię wywiady, reportaże itp. Redaguję też miesięcznik „Ostaniec”, wychodzący w jednej z podkrakowskich gmin. Pisuję także o swoich podróżach, moim udziałem jest m.in. współautorstwo praktycznego przewodnika Grodno. Miasto nad Niemnem, wydanego przez Bezdroża.

Z racji tego, że jestem tym „free” i teoretycznie sam sobie ustalam rozkład dnia, często znaczną jego część spędzam w domu z czteroletnim synkiem Franiem, który a to choruje, a to przedszkole zamknięte, a to mama musiała zostać dłużej w pracy albo po prostu jest taka potrzeba. No a ja przecież i tak siedzę w domu. W związku z powyższym na literackie projekty pozostają mi późnowieczorne godziny.

ZwB To ponoć najlepsze godziny na pisanie. Kiedy więc nowa książka?

K.M. Druga cześć przygód inspektora c.k. policji Gustawa Mahlera jest w fazie „postprodukcji”. To znaczy została już napisana, złożona w wydawnictwie, przeczytana tam przez „adwokatów diabła” i skierowana na powrót do autora celem podkręcenia niektórych wątków, usystematyzowania imion bohaterów (no cóż, zdarza mi się tego samego bohatera obdarzać dwoma różnymi imionami), odnalezienia zagubionych wątków i takie tam :-) Na dniach mam zamiar zabrać się do pracy.

ZwB Będziemy trzymać kciuki za znalezienie wątków i jak najszybsze ukazanie się książki ;-) Serdecznie dziękuję za rozmowę.  

K.M. Ja również. Pozdrawiam wszystkich Czytelników serwisu Zbrodnia w Bibliotece. Dziękuję też za grudniowe zaproszenie do Gdańska i miłe rozmowy przed, podczas i po spotkaniu.

Wywiad przeprowadziła J. Świetlikowska