#
#

tytuł: Inkub

Artur Urbanowicz

premiera: 3 kwietnia 2019 r.

wydawnictwo: Vesper

liczba stron: 728

oprawa: twarda

ISBN: 9788377313190

Inkub

Na taką powieść czekałem od dawna. Polska literatura grozy która posiłkuje się naszymi legendami, która odnosi się do prawdziwych zdarzeń i która przede wszystkim - traktuje czytelnika poważnie. To nie jest kolejna nudna kalka wzorców ze Stanów. To nie jest kolejny polski Stephen King. Urbanowicz mówi własnym językiem i opowiada własną historię. Przerażająca jak diabli. I chwała mu za to - Robert Ziębiński, redaktor naczelny magazynu „Playboy”

Przerażająca jak diabli. Niepokojąca i nieprzewidywalna. Wywołująca najpierw podskórny, a potem niemal paraliżujący strach. „Inkub” to oparta na prawdziwych zdarzeniach, klimatyczna opowieść o nawiedzonej suwalskiej wsi, która kryje w sobie niejedną mroczną tajemnicę. To historia pewnego polowania na czarownice napisana w konwencji kryminału, w którym bohater próbuje ustalić tożsamość nietypowego mordercy.

Autor wychodzi od ludowych opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych, by na ich podstawie zbudować fabułę swojej powieści grozy. Jednak tym razem nie wszystko da się wyjaśnić – niektóre historie, o których mówią mieszkańcy Suwalszczyzny, na zawsze pozostaną sekretem...

Dwie epoki.

Dwie historie.

Jedna wioska.

Jedna czarownica.

Jedna klątwa.

Wyobraź sobie, że możesz wszystko. Nawet oszukać śmierć.

Nad Suwalszczyzną za kilka dni pojawi się zorza polarna. W Jodoziorach, małej wiosce na prowincji, zostają znalezione spopielałe zwłoki małżeństwa. Wśród lokalnej społeczności miejsce to owiane jest złą sławą, słynie ze szczególnego nasilenia przemocy, chorób, zaginięć i samobójstw. Mówi się też o zjawiskach nadprzyrodzonych – niezidentyfikowanym zielonym świetle, odgłosach niewiadomego pochodzenia, a także o nawiedzonym domu. Miejscowi wierzą, że to on rozsyła wokół negatywną energię, która wydobywa z ludzi najgorsze instynkty. Tajemnicami wioski żywo interesuje się młody dzielnicowy, który wkrótce popełnia samobójstwo. Sprawę jego śmierci bada Vytautas Česnauskis, policjant na wpół litewskiego pochodzenia z komendy miejskiej w Suwałkach. Odkrywa, że mroczna historia Jodozior ma swoje korzenie w latach siedemdziesiątych. Wtedy miała tam mieszkać kobieta, która parała się czarami...

Powieść Urbanowicza to lektura, którą (pomimo pokaźnych rozmiarów) można pochłonąć w jedną noc. Autor mistrzowsko łączy złowieszcze, wywołujące irracjonalny lęk historie z polskiej prowincji z pełnymi zawirowań kryminalnymi intrygami i przyjemnym, gawędziarskim stylem opowiadania ze sporą dawką dobrego humoru. „Inkub” to intrygująca zabawa z psychiką czytelnika. Mówi się, że każdy boi się czegoś innego. Urbanowicz jednak odkrywa przed nami tę jedną rzecz, która przeraża nas wszystkich.


o autorze:

Artur Urbanowicz — z wykształcenia matematyk, z zawodu pracownik korporacji i wykładowca akademicki, z charakteru chorobliwy perfekcjonista. Zafascynowany gatunkiem horroru pod każdą postacią. Wnikliwy obserwator i słuchacz. Zadebiutował słowiańską powieścią grozy „Gałęziste” (2015) z fabułą osadzoną na jego ukochanej Suwalszczyźnie. Za nią zdobył nagrodę „Złotego Kościeja” i był nominowany do Nagrody Literackiej im. Wiesława Kazaneckiego. Został laureatem Nagrody Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego za powieść „Grzesznik” (2017). „Inkub” to jego trzecia powieść. Jak sam mówi – jak dotąd najlepsza. Na taką powieść czekałem od dawna. Polska literatura grozy która posiłkuje się naszymi


DO POCZYTANIA:

ROZDZIAŁ VII

Rozszerzona definicja ducha familiarnego obejmowała nadprzyrodzone istoty związane nie tylko z osobą, ale także, jak wierzono w starożytności, z konkretnym miejscem (genius loci).

Paweł Rutkowski, „Kot czarownicy – demon osobisty w Anglii wczesnonowożytnej”

2016, Jodoziory

Vytautas zagrodził drogę złotemu nissanowi micra, podszedł do drzwi i gestem poprosił kobietę za kierownicą, by otworzyła okno.

– Bardzo mi przykro, ale nie może pani wjechać do wioski – odezwał się uprzejmie, pokazując legitymację policyjną.

– Niby dlaczego? – zapytała. Była w podobnym wieku do niego, otyła, z farbowanymi, miedzianymi włosami i, co mogło trochę dziwić, pomimo zachmurzonego nieba nosiła okulary przeciwsłoneczne.

– Ryzyko śmiercionośnego promieniowania i skażenia terenu. Wstęp mają tylko odpowiednie służby. Wszystkie drogi są zabezpieczone i zablokowane przez policję. Pani tam mieszka?

– Nie, ja tylko…

– To nawet lepiej. Skoro nie musi pani dbać o pozostawiony dobytek, to polecałbym znaleźć jakiś objazd. Dokąd chce pani dojechać?

Kobieta popatrzyła na niego zza przyciemnianych szkieł okularów i powiedziała:

– Dam sobie radę. Dziękuję. – Zamknęła szybę, zawróciła samochód i odjechała. Vytautas i Mateusz znowu zostali sami na pustej, żwirowej drodze przy zardzewiałym drogowskazie kierującym do Jodozior.

Trudno było powiedzieć, by ewakuacja zakończyła się stuprocentowym sukcesem. Nie wszyscy mieszkańcy wioski okazali się tak chętni do współpracy, jak na przykład Sylwia Jonio i jej ojciec. Część z nich, zwłaszcza ci, którzy hodowali zwierzęta, nie chciała słyszeć o żadnym wyjeździe i pozostała w domach. Tyle dobrego, że zgodzili się z nich nie wychodzić, przynajmniej do czasu, gdy służby cokolwiek ustalą.

Vytautas dokończył palić papierosa. Dotarłszy do filtra, rzucił niedopałek na ziemię, po czym obaj wrócili do ciepłego samochodu.

W lokalnym radiu po raz kolejny nadawano krótką audycję o zorzy polarnej nad Suwalszczyzną. Miała pojawić się za kilka dni.

Ze zjawiskiem zorzy polarnej ściśle łączy się jeszcze jedno ważne pojęcie – powiedział zaproszony do studia ekspert. – W wyniku aktywności Słońca do Ziemi może docierać tak zwany wiatr słoneczny, który wywołuje burzę magnetyczną. Może ona wpływać na działanie satelitów, telefonów komórkowych, a nawet sieci elektroenergetycznej.

– Daj głośniej – poprosił Mateusz. Nie musiał tego robić. Zanim wypowiedział pierwsze słowo, Vytautas sięgnął do pokrętła.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że burze magnetyczne wpływają też na ludzki organizm i to znacząco. Istnieją dwie strony medalu tego wpływu. Bardziej znana jest ta dobra, jak wytwarzanie witaminy D3 w skórze człowieka na drodze biosyntezy czy zmniejszenie prawdopodobieństwa zachorowania na nadciśnienie i choroby krążenia. Udowodniono też, że promienie słoneczne wspomagają leczenie reumatoidalnego zapalenia stawów, astmy oraz gruźlicy.

A ten zły wpływ? – zapytał prowadzący audycję redaktor.

Mówi się, że słońce leczy depresję. Nie bez powodu. Odpowiednie nasłonecznienie organizmu oddziałuje na poziom serotoniny, znanej jako hormon szczęścia, która nocą przekształca się w melatoninę, odpowiadającą między innymi za sterowanie naszym zegarem biologicznym i rytmem dobowym. Niestety, u osób starszych, z demencją i chorych na Alzheimera występuje tak zwany zespół zachodu słońca. Polega na tym, że stają się wtedy nadpobudliwe, poirytowane i nienaturalnie zmęczone.

Jak odnosi się to do zorzy polarnej i burz magnetycznych?

Zbadał to niejaki James Close, psychiatra i hematolog. Przeanalizował dostępną literaturę z zakresu heliobiologii. Uznał, że ten sam czynnik, który wywołuje zorzę polarną, zakłócając pole geomagnetyczne Ziemi, może powodować u ludzi problemy ze zdrowiem i psychiką.

W jaki sposób?

Należy zacząć od tego, że tymczasowe zmiany w polu geomagnetycznym Ziemi mogą działać jako dodatkowy dawca czasu w rytmie dobowym. Burze magnetyczne mogą zaś prowadzić do dezorientacji układu hormonalnego u ludzi i zwierząt, co przekłada się na ich zachowania. Badania dowiodły, że wystawieni na wpływ tych zjawisk możemy odczuwać szereg nieprzyjemnych objawów, takich jak: nerwowość, niepokój, pobudzenie, drażliwość, senność, wyczerpanie, zaburzenia pamięci, kołatanie serca, mdłości oraz bóle głowy. Burze magnetyczne wpływają nie tylko na nas. Otumaniają także zwierzęta dysponujące zdolnością wykrywania kierunku linii pola magnetycznego Ziemi, która umożliwia im orientację w przestrzeni. Ptaki wędrowne, walenie, bydło, owce czy renifery.

Czyli generalnie możemy powiedzieć, że burze magnetyczne są niebezpieczne dla człowieka?

Bezpośrednio – niekoniecznie. Pośrednio – nie można tego wykluczyć. Każda akcja wywołuje reakcję. Rosjanie odkryli na przykład zwiększoną liczbę zgonów w latach szczególnej aktywności Słońca. Według nich wiatry słoneczne mają wiązać się także z nasileniem chorób psychicznych, ataków serca i wzrostem poziomu agresji u ludzi.

Dalszej części audycji mieli nie wysłuchać, bowiem w tym samym momencie obok zaparkowały kolejne dwa radiowozy, tym razem oznakowane. Wysiadło z nich dwóch policjantów z posterunku w Rutce-Tartak. Vytautas i Mateusz również opuścili swoje auto. Po przywitaniu się i wstępnych uprzejmościach, słowo po słowie wyszło na jaw, że jeden z przybyszów wie znacznie więcej niż jego koledzy, których Vytautas spotkał przy zrujnowanym gospodarstwie numer dziewięć.

– Całe to zamieszanie wynikło przez to, że prokurator i dochodzeniowiec od was się zesrali – stwierdził bez ogródek policjant, który przedstawił im się jako Maniek. Zdecydowanie starszy i na oko bardziej doświadczony niż jego towarzysz. Mówił powoli, znudzonym, mrukliwym głosem, niczym szeryf, który niejedno widział i na którym mało co robiło wrażenie.

– Dochodzeniowiec? Od nas? Kto?

– Nawet nie wiem. Nie znam gościa, ale miał takie śmieszne nazwisko. Wyglądał też jak ostatnia ciota. Szczupły, okulary, fryzura na grzybka – odparł obojętnie.

– Rosołek?! – zapytali jednocześnie Vytautas i Mateusz. Spojrzeli po sobie, po czym ten pierwszy zapytał Mańka:

– Do czego był tu potrzebny pies z dochodzeniówki? Nie mówiąc o prokuratorze?

– To wy nic nie wiecie? – Maniek nieznacznie uniósł brwi.

– Nie bardzo. Przysłali nas tu, żebyśmy pomogli w ewakuacji. Że jest groźba skażenia terenu i tak dalej – przyznał Chester.

– Eee no, pany! Nie wiecie, co straciliście!

– To opowiedz. Co innego mamy do roboty na tym zadupiu?

Nim Maniek odpowiedział, zrobił dłuższą pauzę. Wyraźnie mu się nie spieszyło.

– Szluga masz? – zapytał.

– Pewnie. – Vytautas wyciągnął pudełko i podsunął koledze. Nie omieszkał też podzielić się zapalniczką. Maniek zaciągał się papierosem i odezwał się dopiero po kilku nikotynowych haustach powietrza.

– Wszystko zaczęło się od anonimowego zgłoszenia, że w Jodoziorach są dwa trupy. – Kiedy to mówił, z jego ust wydobywały się resztki dymu. – Pojechaliśmy tam i rzeczywiście były. Sztywne jak pal Azji. Starsze małżeństwo.

– Naturalna śmierć? Morderstwo? Zbiorowe samobójstwo? Ktoś widział, jak umierali? – zapytał automatycznie Vytautas. Zawodowe zboczenie postąpiło w nim zbyt daleko.

– Powiem ci, stary – Maniek znowu, celowo lub nie, zrobił pauzę w kluczowym momencie – nie mam pojęcia.

– Z jakiegoś powodu wezwaliście tajniaków i prokuratora. Czyli coś musiało być na rzeczy.

– Ano wezwaliśmy. Na naszym miejscu też byś wezwał. Dwoje starych ludzi leżało na kanapie, normalnie w pozycji jak z fotografii ślubnej. On na siedząco, ona leżała mu na kolanach. Obydwoje objęci, trzymający się za ręce. Martwi jak amen w pacierzu. Na pierwszy rzut oka żadnych śladów przemocy. Nie to było jednak najdziwniejsze, nie ich pozycja, nie to, że najpewniej zeszli z tego świata jednocześnie, a kolor skóry.

– Jaki?

– Szary, jakby byli pokryci popiołem. – Kiedy to powiedział, uderzył ich silny podmuch wiatru. Skulili się, chroniąc twarze przed ostrymi językami lodowatego powietrza.

– Chodźmy może do środka – zaproponował Vytautas. Maniek zdeptał niedopalonego papierosa i wszyscy ukryli się w radiowozie, którym przyjechał.

– Wyglądało to wszystko poważnie. Od razu wezwaliśmy ludzi z Suwałk. Przyjechał dochodzeniowiec, technicy, prokurator, i lekarka sądowa też.

– Mogli przywieźć psa tropiącego. Może on by coś wyczuł – zauważył Vytautas.

– I tu cię, kolego, zaskoczę, bo o tym też pomyśleli i przywieźli jednego burka. Nic to nie dało.

– Nic nie wyniuchał? Żadnego tropu?

– Nie wiem. Jak tylko wypuścili go z furgonetki, zerwał się ze smyczy i dał dyla, aż się za nim kurzyło. Nieźle się po tym wkurwili z miejskiej.

– Dziwne. Ciekawe czemu uciekł?

– Młody pewnie ma na to teorię, prawda? – Policjant z Rutki niespodziewanie zwrócił się do młodszego kolegi, który jak dotąd milczał. Tamten drgnął i spojrzał na niego z powagą, lecz nie odpowiedział.

– Jaką teorię? – zapytał Chester, spoglądając na młodego dzielnicowego.

– No dalej, powiedz kolegom z miejskiej, co się tu u nas, na prowincji, wyrabia! – zachęcił go Maniek z wyczuwalną kpiącą nutą.

Młody policjant patrzył to na jednego, to na drugiego, poruszając bezgłośnie ustami. W końcu, skrępowany, odwrócił wzrok do okna.

– Dobra, dajcie koledze spokój – uciął Vytautas. – Jak nie chce mówić, to nie. Ty chyba jeszcze nie skończyłeś? – Spojrzał na Mańka.

– Ano nie skończyłem. Jak spieprzył nam pies, wróciliśmy do starych dobrych metod. Lekarka wstępnie obejrzała trupy. Jak dotknęła twarzy jednego, na jej rękawiczce zostało coś, co naprawdę przypominało popiół. Zauważyła też, że te ciała w ogóle nie śmierdziały. Prawda to była. W tamtym domu capiło jedynie stęchlizną, bo na pewno nie śmiercią.

– Nie rozkładały się?

– Na to wygląda. Powinny, bo według naszych ustaleń leżały tam jakiś czas.

– To co się z nimi działo?

– Ja tam się nie znam, ale ona powiedziała, że skoro się nie rozkładały, to znaczy, że mieliśmy do czynienia z jednym z dwóch: albo nie było na nich bakterii, co brzmi jak jakieś bajduły, albo zostały poddane czemuś w rodzaju mumifikacji zwłok.

– Coraz ciekawiej – mruknął Vytautas.

– Uwierz, najciekawsze dopiero przed tobą. Otóż stoimy wszyscy przy trupach i nagle słyszymy taki nieprzyjemny głośny dźwięk, jakby ktoś szorował kolcem po ścianie. Dochodził z góry, jakby z sufitu. Ja pierwszy dostrzegłem, że tworzą się na nim pęknięcia. – W głosie Mańka zabrzmiała nutka dumy. – Jak się nie wydarłem, to mnie gardło drapie do tej pory. I dobrze zrobiłem, dosłownie kilka sekund później dom po prostu runął.

– Czyli to gruzowisko widzieliśmy? – zrozumiał Vytautas. – To, którego pilnowali wasi koledzy? Dom numer dziewięć i reszta gospodarstwa.

– Tak. To się zdarzyło właśnie tam. Wszystko nagle zrównane z ziemią. Nie tylko dom. Sami widzieliście, przyległe budynki też. Prokurator oczywiście cały w panice, bo miałby niezłe kłopoty, gdyby ktokolwiek ucierpiał, ale szczerze? Na początku, jak przyjechaliśmy, ten dom wyglądał i z zewnątrz, i wewnątrz normalnie, solidnie. Nie wiem, czy dałoby się to przewidzieć.

– Przewidzieć może i nie, mnie ciekawi, czy takie coś dałoby się zaplanować – mruknął Vytautas, próbując uporządkować sobie pokręconą historię w głowie. – Co z trupami? Dalej są pod gruzami?

– Są, a raczej to, co z nich zostało. Technikom udało się do nich dokopać, ale to, co odkryli, poniekąd spowodowało tę głupawkę z ewakuacją. Otóż te ciała się rozpadły. Jakby w popiół. Kiedy się do nich dostali, zastali po prostu kupę popiołu. Jedyne, co, chcąc nie chcąc, mogli wziąć do analizy. Obchodzili się z tym jak z wąglikiem, żeby broń Boże tego nie dotknąć.

– Ostro – skomentował Mateusz.

– Właśnie dlatego prokurator i dochodzeniowiec się przestraszyli. Dołożyli do tego te wariujące telefony oraz fakt, że uciekł im pies, i założyli, że tych ludzi mogło zabić i doprowadzić do takiego stanu jakieś promieniowanie czy inne paskudztwo, więc w porozumieniu z wójtem zarządzili ewakuację wioski. W rezultacie siedzimy tu jak głupi i pilnujemy drogi jak krawężniki.

– Czyli strach tak naprawdę wziął się z niewiedzy. Według ciebie słusznie postąpili? Co o tym sądzisz jako lokalny pitbull? Wykryją coś? – zapytał Vytautas.

– Ja tam nie wiem. Zapytajcie Burbona. – Maniek znowu zwrócił się do młodszego kolegi. Brzmiał tak, jakby sobie z niego kpił.

– O co chodzi? – Tym razem ciekawość udzieliła się Vytautasowi. We trzech spoglądali na młodego dzielnicowego, który, znalazłszy się w centrum uwagi, wyraźnie odczuwał z tego powodu dyskomfort.

– O nic – odpowiedział piskliwym głosem. Zdecydowanie niewzbudzającym respektu.

– Jak o nic, skoro dogłębnie badałeś temat! – stwierdził Maniek. Udawał, że mówi poważnie tak perfidnie, że nie mógł powstrzymać uśmiechu. – Podziel się z kolegami wynikami swojego śledztwa. Na pewno chętnie posłuchają!

– Spierdalaj! – odciął się młody.

– Panowie – Vytautas uniósł dłoń – spokojnie.

– Skoro nie chcesz mówić, to ja powiem za ciebie – Maniek, większy i lepiej zbudowany od kolegi, wyraźnie czuł się nadzwyczaj pewnie. – Otóż Danielek wysnuł nam teorię, że ta wioska jest przeklęta.

W radiowozie na moment zapadła cisza, zaburzana jedynie wyciem mroźnego wiatru, który świszczał w zużytych uszczelkach drzwi i okien samochodu. Zaraz jednak Mateusz wybuchnął serdecznym, niewymuszonym śmiechem. Był tak zaraźliwy, że jak zwykle podziałał także na Vytautasa. Nie dało się tego powstrzymać, więc kiedy zadawał pytanie, również wyglądał na kogoś, kto nie traktuje rozmówcy zbyt poważnie:

– Dlaczego przeklęta? Na jakiej podstawie wysnułeś ten wniosek?

W przeciwieństwie do towarzyszy, młody policjant pozostał poważny. Przez półmrok lutowego popołudnia Vytautas dopiero teraz zwrócił uwagę, że chłopak wyglądał na przemęczonego, jakby nie spał od wielu dni. Jego bladą twarz pokrywały liczne, postarzające go zmarszczki. Milczał, więc, ku jego dezaprobacie, ponownie przemówił Maniek.

– Po ilości zgłoszeń, jakie dostajemy na to miejsce.

– Aż tak dużo ich jest?

– Rzeczywiście, oddając Burbonowi to, co czujnie zauważył – starszy policjant świdrował kolegę wzrokiem – jeżeli przyjrzeć się ilości interwencji, które podejmujemy, to Jodoziory, choć to mała wiocha, są liderem rewiru. Nie żeby jakimś absolutnym, bo na przykład Udziejek też dzielnie dotrzymuje im kroku.

– Na co najczęściej jeździcie?

– Typowe rzeczy na prowincji. Kradzieże, pobicia, przemoc domowa, pijackie awantury i te sprawy. Fakt, mieszka tu paru świrów. O ile dobrze pamiętam, ze dwa razy zdarzyło się nawet samobójstwo plus kilka niewyjaśnionych zaginięć. Nic szczególnego.

– Mimo wszystko uważam, że to trochę za mało, by wysnuwać tak pokręcone teorie – Vytautas zwrócił się do młodego policjanta. Nie kpiąco, uprzejmie.

Młody nie odpowiedział. Spojrzał przez przednią szybę. Vytautas zwrócił uwagę, że zaciśnięte pięści chłopaka zaczęły drżeć. Zerknął w tym samym kierunku co on, wzdłuż żwirowej drogi prowadzącej do wioski. Znikała za zakrętem. Mimowolnie się wzdrygnął.

– Zanim dacie się porwać strasznej historii Danielka – odezwał się Maniek – weźcie pod uwagę jeszcze jedną ważną rzecz. Tu, pod ziemią, są ogromne, nieeksploatowane, cenne rudy metali. Powodują jakieś silne oddziaływanie magnetyczne. Ono z kolei wpływa na ludzi, ich wieczne rozdrażnienie, stres, wreszcie prowadzi do chorób psychicznych i innych, na przykład nowotworów. Ma to tym większy sens, że jest granica, po przekroczeniu której telefony zaczynają działać normalnie. Jakby w danym miejscu kończyła się ruda. Zbytnio się na tym nie znam, ale przynajmniej brzmi rozsądniej niż klątwy.

– Nawet nie wiedziałem, że mamy tu jakieś bogactwa naturalne – powiedział Mateusz.

– To już wiesz. Tu, pod ziemią, kryje się duża, tyle że niestety państwowa forsa. Przed wyborami temat zawsze nieśmiało wraca, po czym umiera śmiercią naturalną. Z jednej strony szkoda, bo gdyby zorganizować tu jakąś kopalnię, to setki ludzi znalazłyby sobie robotę. W takim biednym regionie, jak nasza Suwalszczyzna, każde podobne przedsięwzięcie jest na wagę złota. Z drugiej, to Suwalski Park Krajobrazowy. Jeden z siedmiu cudów Polski według National Geographic. – Kiedy Maniek to mówił, w jego wypowiedzi ponownie dało się wyczuć nutkę dumy. – Czy warto go dziurawić i zanieczyszczać dla pieniędzy, które i tak rozkradną politycy, a zwykły szary człowiek nic z tego nie dostanie? – zapytał retorycznie. – Ja tam się cieszę, że nic z tego nie wychodzi, nawet jeżeli przez te rudy mamy więcej roboty. – Spojrzał na kolegę. – Więc przestań fantazjować, bo niedługo sam do końca ześwirujesz!

– Dobra, weź. – Młody policjant ostentacyjnie otworzył drzwi i wysiadł.

– A ty gdzie? – zapytał Maniek, już ostrzej.

– Wracam na posterunek. Jak dla mnie, to nie rudy powodują raka, tylko ty! – Trzasnął drzwiami.

– Ej! Był rozkaz, że mamy tu siedzieć, dopóki służby nie skończą badań! – Maniek też otworzył drzwi i wstał.

– W dupie mam twój rozkaz! Poradzicie sobie beze mnie! Nie musimy tu siedzieć we czwórkę. – Młody policjant wsiadł do drugiego radiowozu, odpalił go, wykręcił i z chrzęstem żwiru ruszył w stronę Kleszczówka. Maniek spojrzał za nim i w końcu machnął ręką.

– Wybaczcie, koledzy, że musieliście w tym uczestniczyć, ale sami widzieliście. Mentalny dzieciak. Dupy żadnej nie ma, to najwyraźniej mu się nudzi. Do tej pory mieszka z matką w Wiżajnach, jeszcze mało w życiu widział. – Wsiadł do radiowozu. – Jakby go przenieśli do Suwałk, to by wam zaczął nawijać, że to one są przeklęte. Nie warto go traktować poważnie.

– Właśnie widzę, że ma gazowaną krew, ale to dobra cecha. Znaczy, że jest wierny jakimś wartościom. Wierny jak pies, można wręcz powiedzieć – stwierdził Vytautas.

– Bo ja wiem, czy to dobrze? Jak się w to wkręci, może się okazać niebezpieczny dla otoczenia.

– On poważnie wierzy, że z tą wioską jest coś nie tak? Po samej ilości interwencji?

– To nie do końca tak. Od interwencji się zaczęło. W pewnym momencie, choć nikt go o to nie prosił, zaczął drążyć temat na własną rękę, nawet poza służbą. Łaził po mieszkańcach, rozmawiał, pytał o to i owo. Różnych ciekawych historii się nasłuchał. Najwidoczniej nieźle zryły mu beret.

– Jakich historii?

– A to, że w Jodoziorach czasem widać niezidentyfikowane, zielone światło. A to, że słychać tam dziwne, nieokreślone odgłosy. A to, że jakiejś babuleńce nagle zginęły wszystkie dewocjonalia, co oczywiście musiała zinterpretować jako działanie sił nieczystych. Aha, jeszcze to, że jeden dom w wiosce podobno jest nawiedzony i to on rzekomo rozsyła po okolicy jakieś negatywne fluidy.

– Który dom?

– Numer dziesięć.

– Czekaj, czekaj – zastanowił się Vytautas. – Skoro my mieliśmy obskoczyć ludzi od siódemki do dwunastki, to dziesiątkę też.

– Tak, to dosyć charakterystyczne gospodarstwo. – Pomógł mu Maniek. – Dwa domy na jednej posesji. Wjeżdża się na wzgórze. Dziesięć i jedenaście. Dziesiątka jest opuszczona i zabita dechami.

Te informacje wystarczyły, by Vytautas przypomniał sobie wszystko i zrozumiał.

Jodoziory dziesięć i jedenaście były niczym innym, jak gospodarstwem Sylwii Jonio i jej ojca.

Dwa domy.

Dopiero teraz skojarzył, że jeden z nich, właśnie ten pusty, dziesiąty, był odgrodzony od reszty posesji ciasno przylegającym do niego płotem.

Jakby zamknięty w klatce.

Nie zdążył za dużo o tym pomyśleć, ponieważ nagle z radiotelefonu w radiowozie wydobył się kobiecy głos.

– Trzysta pięćdziesiąt zero-zero, ja pięćdziesiąt dwa zero-zero! Jesteś tam?!

Spojrzeli po sobie ze zdziwieniem. Kobieta brzmiała na zaniepokojoną, i to bardzo.

Maniek chyba ją rozpoznał, ponieważ chwycił za słuchawkę i odezwał się.

– Kaśka? To ty? Z tej strony Maniek.

– To ta Kaśka od was z komisariatu? – zapytał cicho Chester. Okoliczni funkcjonariusze w większości kojarzyli się przynajmniej z widzenia, więc wiedział o kim mowa. Starszy policjant zbył go ruchem ręki.

– Tak, miała na popołudniową zmianę. – Spojrzał na zegarek. – Zaczyna ją właśnie teraz.

Zaraz usłyszeli odpowiedź dyżurnego z Suwałk:

– Trzysta pięćdziesiąt zero-zero do pięćdziesiąt dwa zero-zero. O co chodzi?

W odpowiedzi z głośniczka wydobył się donośny, nieprzyjemny szum. Słyszeli, że policjantka po drugiej stronie próbuje coś powiedzieć, lecz nie byli w stanie jej zrozumieć. Podobnie jak dyżurny, który poprosił:

– Możesz powtórzyć? Nic nie słyszę.

– Przyślij… (szum) …etkę i kogoś… (szum) …nas! On… (szum) …lił! (szum) Ja nie wiem… (szum) Przyjedźcie tu! Pełno tu (szum) …wi!

Nie brzmiała już na zaniepokojoną, a zwyczajnie przerażoną. Maniek ponownie przyłożył radiotelefon do ust i powiedział:

– Kaśka, uspokój się i powiedz jeszcze raz, co się stało.

Właśnie wtedy, jakby los chciał nadać słowom policjantki więcej dramaturgii, wszelkie zakłócenia ustały. Zabrzmiała tak wyraźnie, jakby nadawała w jakości high definition. Jakby była z nimi tu i teraz, w radiowozie.

– Przyjedźcie tutaj! Młody palnął sobie w łeb! Młody popełnił samobójstwo!

ŹRÓDŁO: materiały prasowe wydawnictwa