#
#

autorzy: Marcin Wroński, Ryszard Ćwirlej, Robert Ostaszewski, Andrzej Pilipiuk

wydawnictwo: W.A.B

oprawa: miękka

liczba stron: 416

cena detaliczna brutto: 39,99 zł

wydanie: 1

​„Maciejewski w opowiadaniu wyrzuca telewizor za okno. Mój wciąż stoi w salonie, choć patrzę na niego z rosnącym obrzydzeniem”. Z Marcinem Wrońskim rozmawia Paulina Stoparek.

Kultowy cykl retro Marcina Wrońskiego oficjalnie zakończony! Szóstego czerwca na księgarskie półki trafiły Gliny z innej gliny, zbiór opowiadań zapowiadany jako ostatni tom cyklu o komisarzu Zygmuncie Maciejewskim. O tym, jak współpracowało się z kolegami po piórze, o aktualnej sytuacji w kraju, planach na przyszłość i o tym, czy to naprawdę koniec Zygi.

Paulina Stoparek: Jedenaście lat, dziesięć tomów poświęconych komisarzowi Maciejewskiemu, dzięki którym stał się Pan pełnoetatowym pisarzem. Czego nauczył się Pan przez ten czas jako twórca i człowiek pióra? Co Pan najlepiej wspomina, a co z goryczą?

Marcin Wroński: Czego się nauczyłem? A wie Pani, że to wbrew pozorom wcale niełatwe pytanie? Podobno z książki na książkę stawałem się twórcą coraz bardziej świadomym gatunku i potrafiącym nim grać, tak twierdzi mój redaktor. Z pewnością nabyłem sporo wprawy wizerunkowej i autopromocyjnej i bardzo dobrze, inaczej wszyscy by zobaczyli, ile we mnie niepewności. Znacznie więcej niż kiedy pisałem pierwsze kryminały z Maciejewskim. To chyba typowe dla kombatantów, że najmilej wspominam pierwsze frontowe lata, mimo że nie były wcale tłuste. Bardzo dobrze mi było, kiedy wspinałem się i udowadniałem, że nie jestem pisarzem lubelskim, tylko polskim pisarzem piszącym kryminały o Lublinie. W 2014, trzymając w ręku dwie statuetki Nagrody Wielkiego Kalibru, rozejrzałem się ze zdobytego szczytu, a ten wcale nie był tak wysoki, jakim się wydawał, ani też świat na dole nie był tym, do którego się zapisywałem. Wiem, to czarna niewdzięczność z mojej strony, ale wtedy właśnie przyszła gorycz. Rok 2014 był też kamieniem milowym w rozwoju polskiego kryminału, bo właśnie wtedy zaczął się wyraźnie dzielić na ten literacki spod znaku Marka Krajewskiego i czysto rozrywkowy, coraz częściej stylistycznie operujący basic Polish. Od tego czasu zaczyna się mój dylemat: walczyć o gatunek w takim kształcie, jakim sam chciałbym go czytać, czy odejść, tak jak to z nieco innych pobudek zrobił wcześniej Zygmunt Miłoszewski. Uprzedzając Pani kolejne pytanie, dylematu nie rozwiązałem. Skupiłem się na możliwie dobrym i ciekawym zakończeniu cyklu o komisarzu Maciejewskim.

PS: Gliny z innej gliny to osiem opowiadań, w tym trzy autorstwa Pańskich kolegów po piórze, Ryszarda Ćwirleja, Andrzeja Pilipiuka i Roberta Ostaszewskiego. Jak przebiegała Wasza współpraca? Zgodnie czy też miał Pan jakieś krytyczne uwagi do ich wizji Maciejewskiego?

MW: Nie nazywałbym tego współpracą, tylko zaproszeniem. Wystąpiłem w roli gospodarza, więc trudno, abym dyrygował gośćmi i narzucał im cokolwiek poza charakterem przyjęcia. Moi współautorzy wiedzieli, że mają to być opowiadania kryminalne o Zydze Maciejewskim wpisane w realia wcześniejszych powieści, ale poza tym wszyscy mieli się dobrze bawić. Mimo że w pewnym sensie była to stypa, jak to na koniec cyklu… Koledzy wysłali mi swoje opowiadania, zanim trafiły do redakcji, lecz ani myślałem zmieniać cokolwiek. Nie miałem obaw, bo kluczem było zaprosić pisarzy, których warsztat sam podziwiam i którzy od lat są wiernymi czytelnikami cyklu o Maciejewskim. Ograniczyłem się do kilku uwag czysto faktograficznych.

PS: Opowiadanie kryminalne rządzi się innymi prawami niż powieść. Stawia na kondensację. Sztuką jest zawrzeć w nim intrygującą fabułę i nie spłaszczyć zarazem psychologii postaci. Pan wyszedł z tego zadania obronną ręką. Było trudno?

MW: Bywało, jednak potrzebowałem tego. Po pierwsze, w imię wiarygodności. Przecież dość często zdarza mi się być trenerem na warsztatach literackich, np. na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału, gdzie pracujemy właśnie na opowiadaniach, tymczasem sam jestem autorem głównie powieści. Po drugie, zbiór opowiadań daje pisarzowi fantastyczną możliwość zmiany tonacji, czego powieść gatunkowa raczej by nie zniosła. Nawet pomijając opowiadania gości, zachowujących własny styl, zupełnie inny rytm ma pierwsze w zbiorze, Trupów hurtowo trzech, mówiące o pierwszym śledztwie Maciejewskiego jako nowego kierownika wydziału śledczego, i te ostatnie, w których Zyga jest zaplątanym w sprawy kryminalne cieciem na budowie, następnie emerytem. No i wreszcie opowiadanie to lepsza, a przynajmniej bezpieczniejsza przestrzeń dla eksperymentu niż powieść. Czy Kryptonim „Fatum”, zamykające zbiór, naprawdę jest jeszcze opowiadaniem kryminalnym? Podjąć taką grę w pisanej miesiącami powieści na pewno bym się nie odważył, bo ryzykowałbym odrzuceniem jej przez czytelnika w całości. W przypadku zbioru najwyżej usłyszę: „Do strony 318 było świetnie! Tylko ten ostatni tekst taki jakiś dziwny…”. Skoro Pani tego nie powiedziała, cieszę się tym bardziej!

PS: Przeciwnie, Kryptonim „Fatum” jest moim ulubionym opowiadaniem z Glin! Ale o tym za chwilę. W swoich powieściach nierzadko umieszcza Pan poezję. W jednym z opowiadań także umieścił Pan uliczną poezję śpiewaną, którą narrator dowcipnie kwituje, że gdyby jej dać szansę, to mogłaby przebić słynny Bal na Gnojnej. Skąd bierze Pan pomysły na tego rodzaju uzupełniającą Pana dzieła narrację? Łatwo przychodzi Panu pisanie wierszem?

MW: Bardzo łatwo, jak każdemu grafomanowi! [śmiech] W styczniu, świętując 25-lecie twórczości, przy okazji każdego chyba wywiadu, mówiłem: „Dwadzieścia pięć lat od debiutu, ale tylko dziesięć jako takiej kariery”. Bo gdy uczyłem się pisać, nikt nie słyszał o żadnych zajęciach z creative writing, a wszelkie możliwe warsztaty literackie przypominały wówczas terapię zajęciową dla trudnej młodzieży. Nic dziwnego, że około debiutu popełniłem wszelkie możliwe błędy: mgliste miałem i wyłącznie intuicyjne pojęcie o konstrukcji w praktyce, podobnie o wymogach gatunku i targecie czytelniczym. Tego wszystkiego nauczyłem się w trybie przyspieszonym dopiero później, gdy zostałem redaktorem. Natomiast, jako że czytałem sporo i różnej literatury, szybko wyrobiłem sobie małpią czy też papuzią zdolność naśladowania. To było za mało, aby pisać wówczas coś dobrego, ale procentuje mi dziś, skoro czytuję o sobie, że wśród twórców kryminałów należę do wybitniejszych stylistów. Dlatego bez bólu w Morderstwie pod cenzurą napisałem strofę stylem Józefa Czechowicza i przekręciłem kilka innych Józefowi Łobodowskiemu, a potem w prawie każdym kryminale miałem jakiegoś poetę. Nie zawsze były to moje wariacje na temat, często niedosłowne cytaty. Wbrew pozorom najtrudniej jest naśladować radosnych wierszokletów typu wczesny Wacław Mrozowski (Czas Herkulesów) .

.

Natomiast jeśli chodzi o knajackie ballady czy pieśni dziadowskie, to sama przyjemność. Zna Pani Międzynarodówkę 1995? Jestem jej współautorem.


Później, już jako zawodowiec, napisałem dla Sceny InVitro kilka jednoaktowych komedyjek opartych na lubelskich legendach.


,


Wszystkie wierszem z epoki. Najbardziej lubię Kamień nieszczęścia, czyli niefart króla ferajny, który jest mikromusicalem na apaszowską melodię, z takim np. kawałkiem:

Bo Maciejewski to był komisarz srogi,

Był facet z ikrą, choć bydlę, jak to pies.

Całą mentownię postawił on na nogi,

Wokół Antosia się zaciskała sieć…


zdjęcie: Vena Art

A jeszcze piosenka o niezłomnym „Jemiole”, którą brawurowo wykonał w spektaklu na podstawie Pogromu w przyszły wtorek Łukasz… tak, tak… Jemioła czy song z filmu animowanego Ta cholerna niedziela na motywach Morderstwa pod cenzurą!



Takie zabawy ogromnie lubię i chociaż większość czytelników ma mnie za kulturalnego starszego pana, to w uzasadnionych okolicznościach wygłupu nie unikam. Dla autora prozy to rozrywka porównywalna do krzyżówki z „Przekroju”, a ponieważ jednak rozrywka, to długo nie przywiązywałem do niej większej wagi. Dopiero teraz, kończąc cykl o Zydze Maciejewskim, uzmysłowiłem sobie, że gdybym się uparł, mam materiał na półtorej płyty i trasę koncertową. [śmiech]

PS: Jak Pan tak opowiada o swoich licznych dokonaniach poetycko-muzycznych, to widzę Pana na scenie w komediowym recitalu, takim z przymrużeniem oka. Byłby Pan niezłą konkurencją dla Artura Andrusa…

MW: Już raz byłem twórcą kabaretowym, nawet zakwalifikowaliśmy się na FAMĘ w 1996 czy siódmym. I idę w Świnoujściu wypełnić zgłoszenie, i słyszę od miłej, ładnej pani… no nie, od Pani brzydszej: „Ale my w tym roku nie mamy kategorii kabaret i co ja ci, k..wa, misiu, na to poradzę?”. Tak, mogłem być kimś, ale już się po tym nie podniosłem, pewnie dlatego jestem literatem.

PS: [śmiech] W niektórych opowiadaniach pojawia się dorosły Olek Maciejewski, syn Zygi. Z tej przyczyny przeniósł Pan akcje tych opowieści w czasy późnego PRL-u, a nawet współczesne, stylizacja ich literackiego języka także uległa zmianie. Jak się Panu pracowało, gdy wychodził Pan poza granice nurtu retro?

MW: Lata powojenne czy PRL były już obecne w niektórych powieściach o Maciejewskim. Zwykle chodziło o kontrast, jak między Maciejewskim w stalinowskim więzieniu i Maciejewskim u szczytu kariery śledczego w Skrzydlatej trumnie albo Maciejewskim 20+ prowadzącym swoje pierwsze śledztwo zestawionym z Maciejewskim 50+, trenerem podrzędnego klubu „Zryw” Zamość w Kwestji krwi. Poza tym właśnie Pogrom w przyszły wtorek, osadzony w całości w realiach powojennych, okazał się moją jeśli nie najważniejszą, to przynajmniej najbardziej znaczącą powieścią, mimo że Wroński kojarzy się z latami 20. i 30. Miałem zatem już pewną wprawę, zaś niektórzy czytelnicy – bo przecież nie od wczoraj mówiłem głośno, że moich kryminałów będzie tylko dziesięć – podpowiadali mi: „A może syn Zygi, milicjant?”. Jest zatem w opowiadaniach Olek Maciejewski, w mojej opinii bohater akurat na krótszą formę, lecz nie na pełnowymiarowe powieści. I jest w nich właśnie ta różnica stylu, co mnie jako pisarza zawsze pociągało, a przy okazji nie było wcale trudne. Język komunistycznej propagandy lat 50. to nic innego jak zwielokrotniony bełkot propagandy sanacyjnej z lat 30., tylko z innym wektorem – a to przekłada się na dialogi i sytuacje bohaterów z opowiadania Trzech przyjaciół z budowy. Z kolei bełkot dojrzałego i schyłkowego PRL-u z Glin z innej gliny i Kryptonimu „Fatum” czyż nie przypomina po trosze i propagandy sukcesu pierwszego rządu PO/PSL, i wyraźniej inspirującego się gomułkowszczyzną niż gierkowszczyzną PiS-u? Wbrew pozorom, nawet zanurzony w retro, pisałem kryminały naprawdę współczesne, a teraz tylko postawiłem kropkę nad „i”.

PS: Akurat temat mojego ulubionego Kryptonimu „Fatum” chciałam poruszyć… To właśnie w tym opowiadaniu Olek daje upust swojemu niezadowoleniu z aktualnego stanu politycznego w Polsce. To też Pana upust? Boli Pana to, co się dzieje w kraju?

MW: Tak. I boli mnie, że orędownicy polityki historycznej na polityce może się i znają, ale z historii niczego się nie nauczyli. Zresztą „polityka historyczna” to figura stylistyczna na miarę „gorącego lodu”. Polityka oznacza łganie o teraźniejszości, a historia – szukanie prawdy o przeszłości. Osobiście wcale nie byłem bezkrytycznym fanem rządów Platformy, szczególnie w wymiarze tradycji i tożsamości, i wcale się nie dziwię, że przeciwnicy właśnie na tym polu znaleźli poruszający głębokie emocje punkt odbicia. Rzecz jasna, wstali z kolan z właściwym sobie wdziękiem tucznika. Tymczasem pamiętam dobrze grudzień 2008 roku i Lecha Kaczyńskiego, który jako pierwszy polski prezydent w święto Chanuka modlił się w synagodze Nożyków. Chociaż na niego nie głosowałem, żaden polityk tak pozytywnie nie zaskoczył mnie gestem otwartości. Hejtów zebrał mnóstwo z obu stron barykady, ale pokazał gest analogiczny z wizytą Jana Pawła II z 1986 w synagodze w Rzymie. Więc skoro pyta mnie Pani, czy mnie boli, to boli mnie podwójnie – bo nie tylko rządzą mną ludzie równie bezideowi i cyniczni, postsowieccy w dodatku, ale też mają głęboko gdzieś najlepsze chwile swoich własnych idoli. Olek Maciejewski w opowiadaniu wyrzuca telewizor za okno. Mój wciąż stoi w salonie, choć patrzę na niego z rosnącym obrzydzeniem.

PS: Pana powieści to coś więcej niż historyczne kryminały retro. Każda z książek ma odmienny styl, koresponduje z innym gatunkiem literackim, nie ma mowy o odcinaniu kuponów. Którą z nich lubi Pan najbardziej i dlaczego?

MW: Dziękuję. Cykl o Maciejewskim to i tak jeden z dłuższych cykli w polskim kryminale, więc siłą rzeczy musiały się w nim przydarzyć książki lepsze i gorsze, jednak od początku starałem się, aby to nie było odpisywanie od siebie samego. Nie dlatego, że jestem tak prawy i bezkompromisowy – zwyczajnie zanudziłbym się na śmierć, gdybym pisał cały czas ten sam kryminał, zmieniając tylko dekoracje i narzędzia zbrodni. Najbliższe są mi Kino Venus i Czas Herkulesów. Pierwszą z tych powieści pisałem ze szczególną przyjemnością – wciąż było to coś świeżego, a jednocześnie już na fali wzbierającego powodzenia. W drugą wplotłem poboczny wątek wspomnień z dzieciństwa Zygi Maciejewskiego, który był dla mnie okazją do sentymentalnego przypomnienia własnych najwcześniejszych lektur. Jednakże za swoje najważniejsze książki uważam A na imię jej będzie Aniela i Pogrom w przyszły wtorek, których pisanie nie było przyjemne ani trochę, bo musiałem zanurzyć się w samo zło.

PS: Właśnie, to zło… Miewał Pan mentalnego kaca, gdy kończył którąś z tych powieści? A jeśli tak, co Pan robił, by możliwie szybko się rozpogodzić i wrócić do żywych?

MW: Najgorzej bywało podczas pracy, kiedy na przykład pisząc Pogrom w przyszły wtorek, większą sympatią niż głównego bohatera zaczynałem darzyć okrutnego ubeka Grabarza. Syndrom sztokholmski? Czy sam rozsmakowywałem się w złu? Z kolei gdy pracowałem nad okupacyjną Anielą, zdarzyło mi się ofuknąć kelnerkę, która koniecznie chciała mi podać kawę po żydowsku, że chcę kawę po aryjsku. Za chwilę zrobiło mi się głupio, na szczęście polsko-żydowskie towarzystwo przy stoliku przyjęło to jako dowcip sytuacyjny, nie antysemityzm. Moim głównym problemem nie było jednak przesiąkanie klimatem tych kryminałów, tylko ogromny opór przed pisaniem niektórych scen, wcale niewynikający z lenistwa. Za to po zakończeniu powieści żadnych nocnych koszmarów. Ulga i satysfakcja. I trochę strachu, jak to naprawdę wyszło. Generalnie jednak przynajmniej u mnie sprawdzała się stara kapralska zasada, że im więcej potu i krwi na poligonie, tym mniej ofiar w boju.

PS: Komisarz Zygmunt Maciejewski to nie tylko powieści i opowiadania. To także świetnie przyjęta adaptacja teatralna, a właściwie kinoteatralna, wystawiona na dziedzińcu lubelskiego Zamku ze scenariuszem Pana autorstwa. Czy są w planach kolejne produkcje oparte na Pańskich powieściach? Film, serial?

MW: Na razie nie, lecz wciąż pojawiają się rozmowy na ten temat. Wcześniej bardzo mnie to ekscytowało, dzisiaj podchodzę do tego letnio. Oczywiście, że dla każdego twórcy ekranizacja to trampolina, która pozwala przeskoczyć kilka poziomów popularności i zarobić sporo pieniędzy. Z drugiej strony dobrze pamiętam, ile czasu kosztowały mnie wcześniejsze zabiegi o serial zwieńczone niczym. Czasu zaś szkoda mi coraz bardziej, więc pytany, kogo bym widział w filmie w roli Zygi Maciejewskiego, odpowiadam, że w filmie to nie wiem, ale w teatrze świetnie gra go Przemysław Sadowski, więc może porozmawiajmy o tym, co jest, a nie czego nie ma.

PS: W posłowiu do Glin zwraca się Pan do Maciejewskiego: „Przy Tobie i przez ostatnich dziesięć lat w moim pisarskim życiu wydarzyło się więcej niż przez poprzednich piętnaście. To miłe, ale mam Cię dość!”. Mam rozumieć, że nie ma szans, że kiedyś nastąpi comeback komisarza? Dlaczego postanowił się Pan z nim rozstać?

MW: Koniec cyklu nie musi oznaczać końca postaci. Przecież Zyga Maciejewski wystąpił po raz pierwszy w Obsesyjnym motywie babiego lata, mojej młodzieńczej powieści pijacko-przygodowej z 1994 roku. Z kolei w cyklu kryminałów o nim kilka razy pojawił się fikcyjny Szkodyń, który jest głównym miejscem akcji moich współczesnych słuchowisk kryminalnych o Herbercie Szadenie. Lubię intertekstualności. A może tylko nie chce mi się wymyślać nowych rzeczy, skoro stare pasują? Podobnie Zyga może jeszcze powrócić, ale w innej konfiguracji. Ten cykl jest zakończony, ponieważ wyczerpała się jego formuła. Nie odnajduję już w przedwojniu takich tematów, które byłyby swoiste dla tamtego okresu, a zarazem bliskie współczesnemu czytelnikowi.

PS: W ciągu ostatnich lat w Polsce wydaje się ponad dwieście powieści kryminalnych rocznie. Co Pan sądzi o tym, w jakim kierunku zmierza rodzima literatura kryminalna? Nie przytłacza Pana ilość „młodej krwi”? Nie ma Pan wrażenia zmęczenia materiału, jak to swojego czasu miało miejsce w przypadku kryminalnego nurtu skandynawskiego?

MW: Oczywiście, że mamy do czynienia ze zmęczeniem materiału, wyścigiem szczurów i zadyszką wydawców, zwłaszcza ich zapracowanych działów PR. Młodzi autorzy są w sytuacji, która wyklucza pisanie dobrych książek, bo żeby doszlusować do czołówki i prześcignąć konkurencję, nie mogą pisać jednej rocznie, tak jak to systematycznie robili Marek Krajewski, Katarzyna Bonda czy ja. Skoro nawet największy mól książkowy nie jest już w stanie przeczytać i ocenić wszystkich wychodzących polskich kryminałów, walka o jakość zmieniła się w walkę o ilość. Widać to nie tylko w księgarniach, ale i w wydawnictwach. Kiedy wychodziły pierwsze kryminały o Maciejewskim, wydawca dbał najbardziej o dobrą redakcję, bo właśnie dział redakcji był sercem każdego sensownego wydawnictwa. Dziś jest nim dział promocji… Natomiast zupełnie inną sprawą jest to, że rynek potrzebował nie tylko polskiej literatury kryminalnej, ale też rodzimej kryminalnej pulpy, zaś przez lata dostawał jej jak na lekarstwo. Zatem to naturalne, że musiał wystąpić wysyp autorów z premedytacją piszących dla czytelnika bez większych oczekiwań. Mnie się to nie podoba, ale że zimą jest mróz – takie są prawa przyrody…

PS: A czytuje Pan kryminalnych kolegów po piórze? Kogo najbardziej Pan ceni?

MW: Ostatnio czytam już bardzo mało kryminałów i najczęściej jest to czytelnictwo kontynuacyjne, jak w przypadku Ryszarda Ćwirleja, Marka Krajewskiego i innych autorów, których znam od lat i lubię także jako ludzi. Słowem, wybieram raczej książki weteranów niż „młodą krew”. Natomiast także wśród nich dostrzegam autorów, którzy dają nadzieję na to, że polski kryminał utrzyma poziom. Mam tu na myśli zwłaszcza Bartosza Szczygielskiego, według mnie najlepszego wychowanka warsztatów Międzynarodowego Festiwalu Kryminału w całej ich historii. Powinno być o nim głośniej. Ale może zbyt literacko pisze?

PS: Powiem tak: Szczygielski ma poważne zadatki na kogoś więcej niż pisarskiego rzemieślnika, twórcę tej kryminalnej pulpy, o której Pan wspomniał. Właśnie kończę czytać jego debiutancką Aortę i ani przez moment nie miałam wrażenia, że to debiut, a już na pewno, że nie debiut pisany na szybko, na ilość. Za bardzo autorski język pióra, by tak rzec. Ale wracając do Pana… Jeśli nie Zyga, to…? Jakie ma Pan plany pisarskie?

MW: Przede wszystkim potrzebuję chociaż przez chwilę odpocząć od kryminału, spojrzeć na gatunek świeżym okiem, być może przyjdzie mi do głowy coś ważnego i nowego. Dlatego nowa książka będzie współczesna, społeczna i niegatunkowa, chociaż proszę się nie obawiać – do czytania, bez przesadnych eksperymentów. Chciałbym też znaleźć czas na pisanie dla teatru, a przynajmniej na kilka słuchowisk. Później niczego nie wykluczam, nawet kryminału retro, o ile naprawdę będę miał w tej formule coś do powiedzenia. Z moim wydawcą rozmawiam o kilku kolejnych zaskakujących pomysłach, lecz to na razie przymiarki, więc za wcześnie o tym mówić.

PS: Bardzo dziękuję za rozmowę. Do zobaczenia, mam nadzieję, na spotkaniach autorskich.

MW: Dziękuję za ciekawą rozmowę i również mam nadzieję, że do zobaczenia.