#
#

tytuł: Niespłacone długi

oryginalny tytuł: Lixiprothesma Dania

autor:Petros Markaris

wydwnictwo: Wydawnictwo Literackie

wydanie: I

przekład: Przemysław Kordos

data premiery: kwiecień 2018

ISBN: 978-83-65613-70-7

seria: Trylogia kryzysu

Niespłacone długi

Pierwsza w Polsce książka autorstwa bestsellerowego greckiego pisarza Petrosa Markarisa, gorzko prawdziwa, a zarazem niestroniąca humoru powieść kryminalna, tocząca się w pogrążonej w kryzysie Grecji.

Po krachu cały kraj staje w martwym punkcie. Nikt już nie zawraca sobie głowy chodzeniem do pracy, wszędzie dookoła wybuchają gorące debaty i protesty, a demonstracje blokują centrum Aten skuteczniej niż korki w godzinach szczytu. Nawet rodzina Charitos musi zacisnąć pasa. Kostas i Adriani właśnie zapłacili za wesele swojej jedynej córki i po trzydziestu latach kupili nowy samochód – teraz nie wiedzą, czy będą w stanie spłacić zaciągnięte zobowiązania... Wkrótce potem światem finansowym wstrząsa makabryczne zabójstwo dwóch bankierów, a media i policja ostrzegają przed zagrożeniem aktami terroru. Nienawiść wobec finansistów rośnie z dnia na dzień, a miasto zalewają ulotki nawołujące do buntu przeciwko bankom i niepłacenia rat i odsetek.

To pierwsza książka z cyklu śledztw komisarza Kostasa Charitosa, ale również nietypowy przewodnik po zaułkach i uliczkach Aten, o których nie przeczytacie w żadnych przewodnikach, i w których możecie poczuć prawdziwą Grecję, ze wszystkimi jej blaskami i cieniami.

Jak pisze autorka bestsellerowych kryminałów, Gaja Grzegorzewska, „gatunek kryminalny od lat wygrywa lokalnością - egzotycznymi smaczkami obcych kręgów kulturowych i ich problematyką społeczną. O sąsiadach, zwłaszcza z północy wiemy już wszystko. Najwyższy czas eksplorować nowe terytoria. Jeśli południe waszej kryminalnej Europy, tak jak u mnie do niedawna, kończy się na Wenecji, a przy tym lubicie książki Donny Leon i cenicie takich detektywów jak Brunetti - bez mrocznej przeszłości i nałogów, oddanych rodzinie, przed pracą sięgających po ciastko, a nie gorzałę, to powieść Petrosa Markarisa jest zdecydowanie dla was! Fabułę otwiera ślub, ale już po kilku zdaniach wiadomo że akcja nie będzie miała dużo wspólnego z "Moim wielkim greckim weselem". Grecja nie przypomina turystycznego kurortu, ani kolebki cywilizacji, raczej cywilizację na skraju upadku. Ateny w „Niespłaconych długach” to nie mauzoleum, tylko zakorkowany, duszny, wielorasowy tygiel, miasto gniewu i rozpaczy. Tłem powieści autor uczynił apogeum kryzysu gospodarczego sprzed trzech lat, i to właśnie przyciągnęło mnie do lektury! Spędziłam w tamtym czasie kilka tygodni w Patras, mieszkając wśród Greków, żyjąc ich dramatami, obserwując rosnący strach. Kryzys jako tło sprawdza się znakomicie - jest cały czas obecny w życiu bohaterów, w pracy, w domu, za oknem, w rozmowach, w ruchu ulicznym i jadłospisie.

Każda myśl, każdy lęk zaczyna się i kończy na kryzysie, który toczy cały kraj, niczym jakiś nowotwór z przerzutami. Wkracza też w kryminalną intrygę... W czasach, gdy jedni ludzie z rozpaczy popełniają samobójstwa, inni na oślep wskazują winnych, a ulicami maszerują sfrustrowane tłumy protestujących, wydaje się wręcz naturalną konsekwencją, pojawienie się osoby, która idzie krok dalej i zaczyna dekapitować bankierów.”

recenzja: https://zbrodniawbibliotece.pl/recenzja/niespla...

Fragment książki

4

Idę razem ze Stawropulosem do tylnej części ogrodu,w stronę górującego nad Koropi pagórka. Za nami podąża ekipa laboratorium, ze swoim szefem Fakidisem na czele — uznał za koniecznie pojawić się osobiście. Obok niego kroczy Dimitriju, najbardziej doświadczony technik zespołu. Prowadzą nas dwie „zety” — policjanci z motocyklowej brygady szybkiego reagowania, którzy przybyli jako pierwsi po otrzymaniu telefonu od gospodyni Zisimopulosa. Dom jest dwukondygnacyjny i zbudowany na wzgórku. Frontowy ogród rozciągający się od wejścia mniej więcej do połowy parceli robi duże wrażenie, cały w kwiatach, głównie różach. Dalej jest ogród z grządkami pomidorów i innych warzyw. Wielki, rozgałęziający się system nawadniania zasila w wodę cały teren, a pomiędzy rabatkami ciągną się wytyczone ścieżki. Wybieramy jedną z dróżek z boku ogrodu. Przechodzimy obok domu i docieramy do znajdującego się na jego tyłach sadu złożonego z wielu gatunków drzew: od cyprysów przez platany do jabłoni, grusz i wiśni. Ziemię pokrywa żwir.

— Tu go znaleźliśmy — mówi jeden z motocyklistów, ten, który szedł pierwszy.

Po lewej stronie na polance wznosi się coś jakby pergola z betonową podłogą, na której ustawiono niewielki stolik, a przy nim dwa rozkładane krzesła. Przed konstrukcją widzę kształt schowany pod białym prześcieradłem. Wszyscy rozumiemy, co się pod nim kryje, ale to Stawropulos ubiega nas, być może z powodu przyzwyczajenia zawodowego, i odkrywa płachtę. Naszym oczom ukazuje się pozbawione głowy ciało Zisimopulosa. Coś mi staje w gardle, chce mi się wymiotować, ale szybko przełykam ślinę i się opanowuję. Zisimopulos był człowiekiem słusznej wagi. Kiedy go zabito, miał na sobie koszulę i spodnie w kolorze khaki oraz sandały włożone na skarpetki. Stawropulos rzuca szybkie spojrzenie.

— Na pierwszy rzut oka nie widzę innych urazów. Czyli głowa nie została odcięta później. Zabito go poprzez ścięcie Po lewej stronie koszuli ofiary przyczepiono przezroczystą taśmą klejącą kartkę formatu A4 z wielką literą „D”.

— Wydrukowano ją na komputerze. Wcale mi się to nie podoba.

— Ani mnie.

Obaj dobrze wiemy, co może oznaczać owo „D”. Wiadomość, podpis, znak firmowy, cokolwiek. Wielkie „D” w połączeniu z obciętą głową uświadamia nam, że mogą pojawić się kolejne morderstwa i że nie wiemy, kto będzie

następną ofiarą.

— Czy znaleźliście głowę? — pyta Stawropulos.

Drugi motocyklista wskazuje na mniejszy obiekt przykryty ręcznikiem kąpielowym, pomiędzy korzeniami jabłoni, jakieś dziesięć kroków dalej. Tym razem to Dimitriju spieszy się z odsłonięciem. Teraz, gdy widzę twarz Zisimopulosa z resztkami włosów nad skronią i małą bródką, daję mu jakieś sześćdziesiąt pięć do siedemdziesięciu lat. Jego otwarte oczy patrzą ze strachem na wiszące na drzewie jabłka. Na widok ciała podzielonego na dwie części zapada pełna przerażenia cisza.

— Sądząc po jego stroju, należy założyć, że zabito go, kiedy zajmował się ogrodem — podsumowuje po jakimś czasie Fakidis.

— Idź po ogrodnika, który znalazł ciało — mówię do Dermidzakisa. Rozglądam się dookoła. — Jeśli pracował w ogrodzie, to gdzieś powinny być narzędzia — mówię. — A na razie niczego takiego nie widzę.

Wlasopulos chce otworzyć szopę, która znajduje się obok, ale okazuje się, że drzwi są zamknięte, co tylko potwierdza moje przypuszczenia.

— Idę po klucz.

— Nie fatyguj się. Przyniesie go ogrodnik.

Wraz z Dermidzakisem nadchodzi właśnie trzydziestolatek w kombinezonie i sportowych butach. Przypomina raczej kuriera firmy przewozowej niż ogrodnika.

— Zisimopulos leży w pozycji, w jakiej go znalazłeś?

Spogląda na szopę i odpowiada:

— Tak go znalazłem.

— Przypatrz się, nie możemy sobie pozwolić na pomyłkę — naciska Wlasopulos.

— Jaką pomyłkę, przyjacielu? Będę go widział co noc we śnie i zawsze w takiej samej pozycji! — wykrzykuje ogrodnik.

Nie nalegam, pytanie jest techniczne. Kto miałby wejść do ogrodu i przemieścić ciało?

— Pamiętasz, o której go znalazłeś? — pytam.

— Przychodzę rano około siódmej i zaczynam podlewać. To mogło być kwadrans wcześniej lub później.

— W szopie trzymacie narzędzia?

— Oczywiście.

— Masz klucz?

— Tak, już otwieram.

Pospiesznie, z ulgą, że nie musi już oglądać ciała, podchodzi do szopy.

— Zajrzyj do środka — mówię do Wlasopulosa.

— Jeśli ogrodnik znalazł go o siódmej, to znaczy, że do zabójstwa doszło wczoraj wieczorem — konkluduje Stawropulos.

— Niekoniecznie. Może miał zwyczaj wstawać rano i wychodzić do ogrodu na spacer.

— Jeśli tak, to może się nam poszczęści i trafimy na kogoś, kto widział samochód lub motocykl podjeżdżający pod dom — włącza się Dermidzakis.

— Bardziej prawdopodobne jest to, że sprawca przybył nocą i zasadził się na ofiarę w ogrodzie — odpowiadam.

— Według ogrodnika nie brakuje żadnych narzędzi — krzyczy z szopy Wlasopulos.

— Jestem jeszcze panom potrzebny? — pyta mnie ogrodnik.

Chce odejść, nie może patrzeć na ciało.

— Jeszcze chwila. Czy Zisimopulos zajmował się ogrodem?

— Tak, praktycznie codziennie. Zwłaszcza różami, do których miał słabość.

— Czyli wiemy, że nie zabito go, kiedy zajmował się ogrodem.

Zostawmy Stawropulosa i Fakidisa, niech robią, co do nich należy — mówię do swoich współpracowników.

— Czy na posesji byli zatrudnieni na stałe służący? — zwracam się do ogrodnika.

— Tak, pani Marija, która zajmowała się domem i gotowaniem oraz Bill.

— Kim jest Bill? — pytam zdziwiony.

— Osobistym służącym gospodarza. Myślę, że pochodzi z Afryki. Anglicy jakoś nazywają tę jego funkcję.

— Butler — podpowiada Fakidis, który zrobił w Anglii magistra.

— Tak, właśnie tak.

Wysyłam obu swoich podwładnych do Koropi w nadziei, że się czegoś dowiedzą, a sam w towarzystwie ogrodnika udaję się do willi. Wspinam się po marmurowych schodach i wchodzę do wielkiego hallu. Nagle uświadamiam sobie prawdziwy rozmiar budynku. Zisimopulos musiał wydać na niego fortunę. Schody na wprost od wejścia prowadzą na piętro, a na prawo znajduje się małe pomieszczenie używane jako garderoba. Obok dwuskrzydłowe drzwi wiodą do jadalni, której środek zajmuje ogromny stół z dwunastoma krzesłami, w czterech kątach zaś rozmieszczono po jednym fotelu. Na ścianach wiszą dwie gabloty, jedna ze srebrem, druga z kryształami. Po drugiej stronie od wejścia jest salon podobnych rozmiarów, umeblowany ciężkimi fotelami, kanapami, tapicerowanymi krzesłami oraz niskimi stolikami. Ścianę w głębi zasłania biblioteczka, przed którą umieszczono biurko z komputerem. Wydaje się, że Zisimopulos używał salonu jako biura. Obok znajduje się pokój dzienny z telewizorem, zestawem stereofonicznym i innymi urządzeniami. Obserwując rozkład domu, te wszystkie pomieszczenia otwierające się na wspólny hall, odnosi się wrażenie, że Zisimopulos przez cały dzień przechodził z pokoju do pokoju, by wypełnić zżerającą go samotność.

— Gdzie jest kuchnia? — pytam ogrodnika, ponieważ się pogubiłem.

— Niech pan idzie za mną. Za schodami na pierwsze piętro znajdują się drugie, które prowadzą na poziom niżej.

Chociaż zżera mnie ciekawość, kim też jest ów Bill, wolę rozpocząć tradycyjnie od rozmowy z gosposią. Znajduję ją w kuchni, tak wielkiej, że z pewnością bez trudu obsłużyłaby restaurację. Kobieta ma około sześćdziesięciu lat, nosi proste ubranie, ma spokojną, przyjazną twarz okoloną siwymi włosami. Oczy zapuchły jej od płaczu.

— Nie chcę od pani w tym momencie wielu informacji — mówię. — Tylko te podstawowe, a jeśli jeszcze będę czegoś potrzebować, to zapytam innym razem. Mieszka pani w willi?

— Nie, w Koropi. Przychodzę koło ósmej i pracuję do jakiejś piątej.

— Jak wyglądał dzisiejszy ranek?

— Spotkałam Jordanisa, ogrodnika, przy bramie ogrodu. Był tak wzburzony, że na początku nic nie potrafił składnie powiedzieć. Kiedy zrozumiałam, co się stało, pobiegłam do willi i zadzwoniłam po policję.

— Dlaczego wcześniej nie zrobił tego sam ogrodnik?

— Bo nie może wchodzić do domu. Ma klucze do ogrodu, ale nie zna kodu do alarmu willi.

— Macie jeszcze jakąś obsługę?

— Dwie Bułgarki, które przychodzą dwa razy w tygodniu na generalne sprzątanie.

— A na czym polega pani praca?

— Przychodzę rano, trochę sprzątam w domu. Potem telefonicznie zamawiam zakupy, przygotowuję posiłki i kończę koło piątej. Zwykle przebywam w kuchni. Przygotowuję też kolację, którą podaje pan Bill.

Tytułuje Billa panem, co oznacza, że uważa go za wyżej postawionego w hierarchii.

— Jak układały się sprawy między pani szefem a Billem?

Pokazuje gestem, że nie wie.

— Co mam panu powiedzieć? Rozmawiali po angielsku. Czy to były obelgi, czy serdeczności, nie mam pojęcia, angielskiego nie znam ni w ząb. — Robi delikatną pauzę i dodaje z ledwo wyczuwaną goryczą:

— Jednak nigdy nie słyszałam, by szef podnosił na pana Billa głos.

To logiczne, mówię sobie. Gdy u Greka chłopskiego pochodzenia pracuje butler, kompleksy ma chłop, a nie butler. Oceniam, że nie dowiem się od niej niczego więcej i postanawiam przesłuchać Afrykańczyka. Pani Marija informuje mnie, że znajdę go na pierwszym piętrze.


o autorze:

Petros Markaris ( ur. 1937 w Konstantynopolu) scenopisarz, prozaik i tłumacz. Studiował ekonomię w Niemczech i w Austrii. Od 1964 roku mieszka na stałe w Atenach. Jest autorem scenariuszy do filmów Teodorosa Angelopulosa (m.in. Aleksander Wielki, Spojrzenie Odyseusza, Wieczność i jeden dzień), a przede wszystkim wielu poczytnych kryminałów tłumaczonych na liczne języki. Jego ulubionym bohaterem jest ateński policjant Kostas Charitos, który wystąpił już w dziesięciu powieściach. Za nowy przekład „Fausta” na język grecki został uhonorowany Medalem Goethego.

źródło: materiały prasowe wydawnictwa