#
#

Dziennikarz, tester gier komputerowych i job hooper. Z wykształcenia magister historii, a z zamiłowania bloger, publicysta i troll internetowy. Autor tekstów do wielu gazet, portali, serwisów hobbystycznych, fanzinów, blogów profesjonalnych (oraz założyciel jednego czy dwóch) oraz książek kucharskich. Interesuje się (oprócz technologii i kulinariów) historią społeczną, teorią sztuki wojennej i dawnymi wierzeniami.

Ratowanie świata strasznie przeszkadza w pisaniu książki - wywiad z Piotrem Muszyńskim

wywiad z Piotr Muszyński

ZwB Niecodzienna to rzecz gościć na ZwB autora fantasy. Serdecznie gratulujemy udanego debiutu. Jakie ma Pan pierwsze odczucia po oddaniu powieści czytelnikom?

Piotr Muszyński Czuje się tak, jak nie czułem się od egzaminów wstępnych na studia: jakbym napisał bardzo trudny sprawdzian i teraz czekał na jego wyniki... Chyba każdy, kto skończył więcej niż trzy klasy podstawówki, zna tę emocję: człowiek wychodzi z sali, zadowolony ze swoich odpowiedzi, ale im więcej czasu mija, tym bardziej topnieje jego pewność siebie.

Gambit mocy” dostępny jest w sprzedaży od niedawna, recenzji jeszcze wielu nie ma. A mnie bardzo ciekawi, co czytelnicy powiedzą. Czy takie ujęcie tematu trafi w ich gusta? Tak więc codziennie, gdy wracam z pracy, siadam przy komputerze, wpisuję „Gambit mocy” w Google i sprawdzam, czy już ktoś wyraził swoją opinię.

ZwB Wprowadźmy czytelników nieco w przebogaty świat „Gambitu mocy”.

Piotr Muszyński Fabuła obraca się wokół księżniczki Samii. Samia należy do rasy Skrzydlatych i jak łatwo zgadnąć jest ichnią dziedziczką tronu. W przeszłości jej lud władał rozległym imperium. Imperium owo nie było jakoś szczególnie złe. Zwyczajnie robiło to samo, co starożytne imperia naszego świata: nauczało zbrojnie cywilizacji, czy ktoś tego chciał czy nie chciał. Te rasy i narody, które stawiały im opór, wyżynali, pozostałym pozwalali żyć jako niewolnikom. Nic więc dziwnego, że lubiani nie byli. Pewnego pięknego dnia ich sąsiedzi zebrali się więc tłumnie i wytłumaczyli im, jakich zachowań tolerować nie będą. Zrobili to tak dobitnie, że Skrzydlaci znaleźli się na granicy wymarcia. Niedobitki ich kapłanów i czarnoksiężników – by dowiedzieć się, czy ich gatunek ma jeszcze przyszłość – rzucili potężne zaklęcie wróżebne. W efekcie dowiedzieli się, że w przyszłości „świat ponownie spłynie ich krwią za sprawą Czarnopiórego”. Zinterpretowali to oczywiście jako omen zagłady.

Minęło kilka stuleci. Ruiny dawnych miast Skrzydlatych zarastają pokrzywy, świątynie ich bogów (co jest osobnym problemem) rozpadają się w gruz. Tam gdzie ongiś rozciągało się ich cesarstwo, obecnie inne ludy założyły swe, na wpół barbarzyńskie królestwa. Ich skłóceni monarchowie wojują zarówno między sobą oraz z własnymi, nader niesfornymi baronami i lordami-czarnoksiężnikami. Ostatnim reliktem ongiś dumnej cywilizacji jest królestwo Silensil. Jak łatwo zgadnąć, jest to ten sam kraj, którego następczynią tronu jest Samia.

Pech chce, że dziewczyna rodzi się z czarnymi skrzydłami. Natychmiast zostaje to powiązane z (pradawną już w tej chwili) przepowiednią. Jako że w królestwie działają różne frakcje, proroctwo i jego treść szybko stają się elementem walki politycznej. Samia musi więc szukać schronienia w obcych stronach. Tym sposobem sprawa staje się problemem międzynarodowym.

ZwB Tak więc nasza bohaterka zbiera drużynę i wyrusza ratować świat?

Piotr Muszyński Absolutnie nie. Ja rozumiem, że Tolkien, że Śródziemie, że tradycje gatunku, ale osobiście nie lubię ratowania światów. Pomijając już fakt, że światy te są bardzo często takie same, a jedyne różnice między często polegają na tym, że w jednym magię dostaje się od smoków, a w drugim od jednorożców, tudzież zamiast na miecze walczy się na pały albo stosuje się chińskie nazewnictwo, to fakt ratowania świata strasznie przeszkadza w pisaniu książki. Po pierwsze: autor zamiast skupić się na budowaniu postaci, prowadzeniu fabuły i akcji czy pisaniu dialogów, musi cały czas tłumaczyć czytelnikowi, dlaczego akurat ta obca kraina ma go obchodzić.

Problemem drugim jest paradoks gry o najwyższe stawki. Czytając książki (ale odnieść można to też do filmów czy gier komputerowych), dawno temu zauważyłem, że sytuacje, w których bohaterowie mają do stracenia zbyt dużo – wbrew pozorom – zmniejszają napięcie. Zwyczajnie: jeśli postać ma do stracenia majątek, przyjaźń, honor, życie, rodzinę, ukochanego pieska albo cokolwiek innego, to efekt dramatyczny zwykle jest dość silny, bo w takim wypadku pisarz może sobie pozwolić na jej przegraną. Ot, jeśli bohater straci dajmy na to rodzinę, to książce nic się nie stanie! Wręcz przeciwnie: fabuła zyska, bo postać będzie miała teraz motywację, żeby się mścić. Jeśli natomiast stawiamy bohaterów w sytuacji, w której muszą wygrać, bo życie stracą oni, ich najbliżsi, wszyscy mieszkańcy danej planety i w ogóle wszechświat się skończy, to znaczy, że nie ma możliwości, żeby ponieśli klęskę! Bo inaczej nie dość, że książka automatycznie się skończy, to autor nie zarobi kasy, pisząc jej kontynuację!

Jeśli spojrzymy na czytelników, zwłaszcza fora poszczególnych fandomów, to zobaczymy, że ich też tak naprawdę poszczególne światy w sensie „krain geograficznych, w których toczy się akcja” nie obchodzą. Bardziej interesują ich losy postaci. Wystarczy spojrzeć na to, co publikowane jest na Fanfiction.net: prędzej znajdziemy tam utwór, w którym lord Voldemort usynawia Harrego Pottera i wychowuje go na przykładnego czarodzieja, niż taki, w którym postacie ratują świat.

Zresztą nie będę kłamał: sam jako czytelnik wolę, żeby bohaterowie walczyli w obronie swojego życia, interesów, pobudek osobistych czy dlatego, że los ich do tego przymusił, a nie po to, by ratować świat. A przecież nie będę pisał książki, która mi się nie spodoba!

ZwB Jak widać, jest Pan fanem literatury fantastycznej. Jak Pan sam umiejscowiłby swoją powieść na jej tle. Do czego jej bliżej, do czego dalej? W jakim nurcie się mieści?

Piotr Muszyński To trudne pytanie. Fantasy w ciągu swojego istnienia wykształcił kilkadziesiąt szufladek. Osobiście uważam, że pisarz powinien starać się ich unikać, bowiem jeśli już powstaje jakiś podgatunek, najczęściej oznacza to, że istnieją już dziesiątki, jeśli nie setki książek o zbliżonej tematyce i stylistyce. Niemniej jednak... jak da się zauważyć, „Gambit mocy” jest powieścią dość rozbudowaną. Zasadniczo posiada on trzy główne warstwy. Są to: warstwa fabularna, którą najchętniej porównałbym do książek George’a Martina oraz Rogera Zelaznego. Pomijając intrygę osnutą wokół walki o władze i polityki, która budzi oczywiste skojarzenia z „Grą o Tron”, po Martinie (i Sapkowskim) zwyczajnie niemożliwy jest powrót do pozbawionych wad bohaterów w lśniących zbrojach. Nietrudno zgadnąć, że ideę postaci pełnych wad i słabości, kierujących się motywami często egoistycznymi, nawet jeśli w dłuższej perspektywie przyniesie im to złe rezultaty, wziąłem właśnie od tego pisarza.

Kilka osób, którym dałem książkę do przeczytania jeszcze przed wysłaniem jej do wydawcy, wskazywało na pewne podobieństwa do cyklu „Niecni gentelmani” Scotta Lyncha. Pisze on powieści o oszustach, mocno czerpiące z takich hitów filmowych, jak „Żądło”. Podejrzewam, że w porównaniu tym chodziło o skupienie się na intrygach i przekabacaniu ludzi na swoją stronę. Ja osobiście wskazałbym tu raczej Zelaznego.

Mimo iż Roger Zelazny był pisarzem bardzo popularnym w latach 80. i 90., z jego twórczością spotkałem się bardzo późno. „Gambit mocy” napisany był już wtedy w ponad jednej trzeciej, zacząłem jednak gubić się w tym świecie. Poważnym problemem w trakcie pisania okazał się fakt, że postacie były zbyt słabe, zbyt tchórzliwe i dysponowały zbyt małymi zasobami. Tłumy jakoś nie chciały ich słuchać, a gdyby napotkały smoka, to raczej by zwiały zamiast z nim walczyć. Poważnym problemem był też brak środków transportu, które pozwalałyby im być obecnymi w oddalonych od siebie scenach wydarzeń (dlatego w mojej następnej książce bohaterowie będą mieli do dyspozycji radio, telefony komórkowe, helikoptery i broń maszynową). Wszystko to powodowało, że zwyczajnie trudno było prowadzić fabułę, a w tradycyjnych schematach gatunku nie znajdowałem rozwiązań. Te podsunęła mi dopiero lektura twórczości Zelaznego.

Otóż autor ten znany był w szczególności ze swoich bohaterów. Ci najczęściej byli łotrzykami, owszem, większość z nich, kiedy chciała, to potrafiła przyłożyć, jednak wygrywali nie dzięki brutalnej sile, ale kłamiąc, szachrując i bezczelnie oszukując... I to było mi bardzo na rękę!

Jeśli chodzi o warstwę komediowo-satyryczna, to pomimo, że „Gra o Tron” przyniosła powiew świeżości do niestety kostniejącego gatunku, jakim w momencie jej wydania było fantasy, to jako źródło inspiracji ma poważną wadę. Otóż już ktoś inny ją napisał... Uznałem więc, że nie ma sensu zbyt mocno naśladować jej klimatu. Tym bardziej że nie dość, że nie udałoby mi się powtórzyć jego efektu, to byłoby to bardzo nieeleganckie. Tak więc nieco przyciężki klimat trzeba było jakoś rozładować, najlepiej humorem. W tym aspekcie chciałbym, żeby porównywano mnie z Terrym Pratchettem. Uwielbiam jego dowcipy oraz mądrą, często bardzo przenikliwą satyrę społeczną. Niestety obawiam się, że porównywanie się z nim jest z mojej strony mocno samozwańcze.

Warstwa obyczajowa wyrosła półświadomie. Z jednej stronie przy takich postaciach inaczej się nie dało. Z drugiej zauważyłem, że jest to coś w fantastyce bardzo popularnego i… niemodnego. Autorzy bardzo często skupiają się na tworzeniu światów i ich ratowaniu, relacje między postaciami zaniedbując. Ale fani często skupiają się na tej właśnie warstwie.

Z marketingowego punktu widzenia najlepiej byłoby się tu porównać z Trudi Canavan, niestety byłaby to jednak nieprawda. Pod tym względem będzie mi bardzo trudno wskazać podobieństwa ze światka fantastyki. Chyba Ania z Zielonego Wzgórza byłaby najbliżej, pod warunkiem że to byłaby bardzo makiaweliczna Ania.

ZwB Nie wymienił pan żadnych polskich autorów.

Piotr Muszyński Polskich pisarzy tworzących fantasy sensu stricto (czyli pomijając wszelkie formy pośrednie i dyskusyjne) i przy tym rozpoznawalnych jest chyba siedmiu. Owszem, w wielu wypadkach są to osoby bardzo utalentowane, co najmniej równające się autorom zachodnim. Jednak niewielka próba dość skutecznie ogranicza bazę porównawczą.

ZwB Jak wspomniałam, bardzo mocno rozbudował Pan i przestrzennie, i postaciowo swoją powieść. Dziesiątki bohaterów, mniej lub bardziej znaczących, przemieszczają się po rozległych terenach, i to nie w jednym wymiarze. Jak Pan sobie poradził z utrzymaniem tego w ryzach? Ma Pan jakąś specjalną metodę pracy?

Piotr Muszyński Otóż wyznaję zasadę, że nie ma takiego tekstu, który nie zyskałaby po skróceniu go o co najmniej jedną czwartą. Przy okazji należy usunąć najsłabsze wątki i nieudane pomysły. Zaoszczędzone miejsce można (ale nie trzeba) ponownie zagospodarować. Prawdopodobnie ludzie, którzy widzieli już „Gambit mocy” na żywo, czytając te słowa, spadli z krzeseł. Niemniej jednak nie w ten sposób sobie wyobrażałem książkę. Planowałem, że ukaże się ona w trzech tomach, które będą liczyć sobie po 200, maksymalnie 250 stron. W ten sposób wydanych było wiele klasyków gatunku. Niestety w momencie, w którym zabrałem się za rozsyłanie powieści po wydawnictwach, uświadomiono mi, że pozycja tego formatu nie ma szans na druk.

Jak się okazuje, przy obecnym kształcie rynku jednym z głównych czynników decydujących o sprzedaży jest ekspozycja książki w księgarniach stacjonarnych, gdzie książki najczęściej stoją na półkach zwrócone do czytelnika grzbietem. Ten musi przyciągać uwagę, tak więc im grubsza książka, tym lepsza, bo bardziej rzuca się w oczy. Wydawnictwa (a przynajmniej te, z którymi rozmawiałem) bardzo niechętnie patrzą więc na książki mniejsze, niż 350 stron, bowiem te zwyczajnie gubią się na półkach. Tak naprawdę preferowana jest objętość około 500 stron. Dlatego też w pewnym momencie zdecydowałem się połączyć "Gambit Mocy" w jeden tom.

ZwB Który z gatunków stworzeń przez Pana opisywanych jest Panu najbliższy? Albo który bohater?

Piotr Muszyński Gatunek? Ludzie... Generalnie jednym z głównych zarzutów wobec fantasy, podnoszonym często przez jego krytyków (w szczególności tych rekrutujących się spośród miłośników science fiction) jest obserwacja, że wszystkie te magiczne istoty to tak naprawdę ludzie z jakimiś dodatkami... Osobiście uważam, że nie ma w tym nic złego. Generalnie dobra literatura, a przynajmniej literatura piękna, powinna traktować właśnie o ludziach i pozwalać nam lepiej poznać siebie samych. Pisanie o niepodobnych do nikogo ufoludkach ma raczej ograniczony sens…

Jeśli chodzi o postacie, to większość moich znajomych wskazuje Monikę, prawdopodobnie dlatego, że dziedziczy ona imię oraz pewne cechy wyglądu po moim Xweetoku z Neopetsów. Neopetsy były (w sumie może nadal są, nie mam pojęcia) przeglądarkową grą internetową, podobną do Tamagotchi, popularną w okolicach roku dwutysięcznego. Ja osobiście wskazałbym raczej na Mefisto. Ma duży, niewykorzystany w pełni potencjał.

ZwB O tak, dla Mefista zdecydowanie powinien Pan znaleźć więcej miejsca w kolejnej powieści. Przejdźmy na moment do wątku sensacyjnego w „Gambicie”. Właściwie można go określić mianem szpiegowskiego. Są zamachy, intrygi dworskie, morderstwa. Sięga Pan czasem do prozy ściśle sensacyjnej? Czy to zupełnie nie Pana bajka?

Piotr Muszyński Zamachy, intrygi dworskie, morderstwa polityczne w dużym natężeniu w fantastyce obecne są one co najmniej od czasów „Diuny” Franka Herberta, czyli gdzieś od lat 60. Co oczywiście nie znaczy, że nie czytam prozy sensacyjnej, choć niestety poprzestaję głównie na klasykach, jak Tom Clancy czy John Grisham. Przykra prawda jest niestety taka, że od kilku lat nie mam tyle czasu na czytanie, ile bym chciał.

Niemniej jednak główną inspiracją do polityki „Gambitu mocy” była historia. W naszych szkołach przedstawiana jest ona w sposób trochę uproszczony, w efekcie może się wydawać, że składała się ona tylko z ciągu mądrych, dobrych władców, którzy żyli dobrem ojczyzny... System taki trwał, aż do czasów saskich, gdy rozpasana szlachta wybrała królów złych i głupich. Obraz taki z jednej strony wynika z tego, że program szkolny jest z konieczności ograniczony, a poza tym wypełnia, prócz celów edukacyjnych także zadania wychowawcze. W rzeczywistości jednak...

Cóż... W rzeczywistości w liczbie ekscesów historia Polski znajduje się trochę poniżej europejskiej normy. Ta wyglądała tak, że przykładowo w XV- i XVI-wiecznych Włoszech osoby zapraszane na ucztę przychodziły z własnym winem i potrawami, żeby gospodarza nie kusiło kogoś otruć. I nikogo to nie dziwiło, oprócz przyjezdnych oczywiście. A działo się to w cywilizowanym renesansie. Proszę więc sobie wyobrazić, co wyprawiano w barbarzyńskim średniowieczu?

ZwB A co wyprawiano?

Piotr Muszyński Przykładowo w X czy XI wieku w Niemczech dwóch biskupów toczyło spór o prawną definicję kazirodztwa. Według jednego kazirodztwo było związkiem z kuzynem czwartego stopnia, według drugiego: stopnia siódmego (moda na związki z bliższą rodziną przyszła później). Sprawa była poważna, wynikiem sporu zainteresowany był sam Cesarz, który chciał, żeby możnowładcy wydawali córki poza rodziną i płacili posagi, rozmieniając rodowe posiadłości na drobne. Oczywiście możni swój interes widzieli gdzie indziej. Spór został wygrany w ten sposób, że jeden z biskupów zebrał wojsko i spalił swojemu konkurentowi siedzibę. Czyli jak zawsze: jedni mieli racje, inni byli uzbrojeni.

ZwB A jak długo pisał Pan tę powieść? Bo objętość jest, jak już wspomnieliśmy, imponująca… 700 stron.

Piotr Muszyński Kilka lat, przy czym jestem głęboko przekonany, że dałoby to się zrobić szybciej. Tak naprawdę głównym powodem, który sprawił, że to wlokło się tak długo, był mój brak doświadczenia. Pracę nad „Gambitem mocy” zacząłem w 2008 roku, po kilku miesiącach miałem już około 200 stron. Problem polegał na tym, że ich zawartość była... zwyczajnie zła. Skasowałem więc to z dysku, odpocząłem chwilę i zacząłem pisać od nowa. W ten sposób powitałem rok 2009. Z końcem roku 2010 powieść była już prawie skończona, gdy okazało się, że popełniłem jeszcze jeden błąd: za rzadko backupowałem tekst. W efekcie awaria edytora skasowała około 200 stron, tak skutecznie, że nawet znajomy informatyk śledczy nie potrafił ich odzyskać. Trzeba było je więc pisać na nowo. Do tego doszedł problem części początkowej powieści. Jest ona chronologicznie najmłodsza. Zwyczajnie, gdy skończyłem „Gambit”, okazało się, że poprawił mi się styl i pierwsze 200—300 stron powieści wyraźnie od niej odstaje. Pełno w niej było też wątków i postaci, z których potem zrezygnowałem. Tak więc około dwie trzecie powieści zostało napisane całkiem od nowa.

Rok 2012 to usilne próby wydania książki. Niestety zbiegły się one z gigantycznym kryzysem w branży, w którego wyniku wiele wydawnictw w ogóle zawiesiło publikowanie debiutantów. Następny rok to natomiast wydawanie książki i związany z nim – ponoć całkiem naturalny – łańcuch nieszczęść. Tu coś wybuchło, tam się spaliło, w efekcie premiera „Gambitu mocy” cały czas się odsuwała...

ZwB Ale założę się, że już powstaje kolejna Pana powieść… Ta będzie miała ile stron? Żartuję oczywiście z tym pytaniem. Nad czym Pan aktualnie pracuje?

Piotr Muszyński Około czterystu pięćdziesięciu, jak Bóg przykazał... I tak naprawdę nie pracuję. Skończyłem kilka godzin temu. Zostało mi kilka poprawek, na przykład bohater znika na kilka rozdziałów w połowie książki, a fabułę pchają postacie drugoplanowe. Muszę napisać trochę literackiej waty, żeby to zapchać. Książka ma tytuł roboczy „Ten, Co Walczy Z Potworami” lub „Zielonka” i jest zupełnie niepodobna do „Gambitu mocy” (to takie zabezpieczenie na wypadek, gdyby zazdrośni krytycy nie okrzyknęli go literackim debiutem roku;-), jest czymś pośrednim między „Fantastyką polską” (czyli krzyżówka powieści detektywistycznej, fantastyki i satyry społecznej z silnym osadzeniem w naszych realiach) a Bizzaro Fiction... To ostatnie to stosunkowo nowa kategoria-worek, do której po prostu wrzuca się wszystkie utwory nie dające się jasno zaklasyfikować.

Główną inspiracją była tym razem medialna papka, która płynie wartkim strumieniem przez media Lewej i Prawej Strony Mocy po równi. A raczej: refleksja nad tym, co by było, gdyby słowo nagle ciałem się stało i te wszystkie bzdury o Dziadkach z Wermachtu w krwiożerczym PiS-ie okazały się prawdą.

Tak więc: w niedalekiej przyszłości na skutek Burzy Czasoprzestrzennej spełnia się marzenie nacjonalistów. Rosję szlag trafia. III Rzeczpospolita natomiast cofa się w czasie, dzięki czemu staje się najnowocześniejszym, najbogatszym i najsilniejszym państwem na kontynencie. Staje też przed dziejową szansą naprostowania historii i wygrania II wojny światowej.

Jednak w nowej rzeczywistości nie wszystko jest różowe. Zakłócenia czasoprzestrzenne spowodowały szereg zagrożeń, nasz kraj nękany jest więc przez dinozaury, zombie, szalonych naukowców z przyszłości i hitlerowców. W akcie bezsilności politycy do radzenia sobie z nimi wyznaczają specjalną jednostkę propagandowo-wojskową. Na jej czele staje major Janusz Zielonogórski: niekompetentny debil dobrany po znajomości, którego jedynym celem jest zachować stołek. Nie jest to łatwe, bowiem właśnie zbliżają się wybory... A jak powszechnie wiadomo, po wyborach w budżetówce zmienia się nawet sprzątaczki!

ZwB Prawda. A słyszałam, że jest Pan smakoszem… Może jakiś doriański przepis na zakończenie?

Piotr Muszyński Zacznijmy od tego, że „smakosz” jest osobą uprawiającą styl życia, którego centralnym punktem jest doskonała wiedza o jedzeniu oraz spożywanie tylko najlepiej przyrządzonych potraw z najbardziej wyszukanych składników najwyższej jakości. Mnie zwyczajnie na coś takiego nie stać. Natomiast faktem jest, że pisałem trochę do gazet kulinarnych i wydałem cztery książki kucharskie w formie e-booków.

Ale wracając do tematu... Obawiam się, że tego typu przepis byłby skrajnie trudny lub wręcz niemożliwy do wykonania. Powód jest taki, że mieszkańcy Dorianu nie dysponują naszą techniką, a niestety w przeciągu ostatnich 200 lat w metodach kulinarnych i dostępności produktów zaszły zmiany porównywalne jedynie z rewolucją spowodowaną wynalezieniem rolnictwa w neolicie. Z jednej strony do uprawy wprowadzono nowe gatunki, a dzięki lepszym technikom konserwacji żywności i transportu cały świat zmienił się w jeden wielki supermarket. Z drugiej: w Europie zrezygnowano ze spożywania blisko 70% wcześniej popularnych odmian i gatunków. Powody były różne: mała wydajność upraw, szkodliwość dla zdrowia (wbrew pozorom w żywności trafić się mogą gorsze rzeczy niż sól wypadowa i glutaminian sodu), brak odporności na transport, kiepski smak... Wiele produktów było też zupełnie innych niż dzisiaj. Mąka, z uwagi na stosowanie kamiennych żaren, przypominała w najlepszym razie bardzo kiepską razówkę. Piwo było mętną breją, przypominająca raczej zupę z domieszką alkoholu. Wina używano głównie słodkiego, przy czym obowiązywała zasada, że im młodsze, tym lepsze. Nie potrafiono go zwyczajnie przechowywać, więc szybko zmieniało się w ocet.

Być może te wynurzenia są dziwne jak na autora fantasy, którego bohaterowie palą papierosy, jednak Dorian prawdopodobnie kojarzyć może się z kuchnią rosyjską, żydowską i ludowymi kuchniami włoskimi. Dwie pierwsze są najbardziej konserwatywnymi tradycjami Europy. Jadłospis Rosjan zmienił się bardzo nieznacznie od XVI wieku, Żydzi natomiast po dziś dzień jedzą nie tylko takie same dania, jak w średniowieczu, a bardzo często identyczne z tymi, które spożywali w czasach Jezusa, a nawet Niewoli Babilońskiej. Jeśli natomiast chodzi o kuchnię włoską, to począwszy od X—XI wieku staje się ona wyznacznikiem europejskich trendów. Królowie i możnowładcy z całego kontynentu starają się sprowadzać włoskich kucharzy na swoje dwory, dlatego też ich styl gotowania przez długie stulecia dominował w kuchni elit. A dlaczego ludowe kuchnie włoskie? Otóż w XVII wieku Włochy straciły status centrum kultury na rzecz Francji. Arystokracja Italii natomiast zarzuca własne tradycje kulinarne na rzecz zwyczajów opracowanych przez de la Varenne’a.

Prawdopodobny zestaw przepisów byłby bardzo długi, obejmowałby szereg rodzajów pieczywa, potrawy mięsne i rybne, z dodatkiem warzyw i bez, różnego rodzaju zupy, pieczenie i gulasze. W średniowieczu znano ciasto kruche i drożdżowe, tarty, pierniki, prawdopodobnie również pączki, z całą pewnością gofry, wafle, biszkopty i herbatniki (przy czym te ostatnie były trwałym pieczywem dla wojska, rolę tę zachowały zresztą aż do momentu wynalezienia konserwy mięsnej). Wybór serów, wędlin i dań kiszonych był prawdopodobnie szerszy niż dziś. Z popularnych dziś dodatków z całą pewnością znano musztardę, którą uważano jednak za lekarstwo na niestrawność.

Jeśli chodzi o zestaw smaków prawdopodobnie jest skrajnie różny od znanego nam. Kuchnia polska pod wpływem francuskiej bardzo mocno stonowała swój smak w XVIII i XIX wieku. W kręgach, w jakich obracają się postacie prawdopodobnie większość potraw jest mocno przyprawiona, w sposób, który nazwalibyśmy „mieszanką piernikową”, bowiem taki zestaw przypraw preferowali nasi przodkowie. Dodatkowo wiele dań jest słodko-kwaśna. Ocet zwyczajnie stanowi tani konserwant (o jego wpływ na kości wtedy się nie martwiono), zaleca się go też jako lek na niestrawność. Słodycz pochodzi głównie z miodu i suszonych owoców. Co ciekawe, te ostatnie zapewne dodaje się też do mięs i ryb. Kategoryczny rozdział dań słodkich od niesłodkich, tak fundamentalny dla współczesnej kuchni europejskich, jest bowiem wynalazkiem XVII-wiecznych Francuzów (dokładniej: wymienionego już de la Varenne’a) i do Dorianu zapewne jeszcze nie dotarł.

ZwB Widzę, że kuchnia to temat na kolejny gigantyczny wywiad. Zdecydowanie trzeba go będzie przeprowadzić. Ja natomiast dziękuję za tę rozmowę i cóż, życzę powodzenia książki u czytelników.

Piotr Muszyński Również bardzo dziękuję za rozmowę.

Jolanta Świetlikowska