#
#

tytuł: Jędrzej Pasierski

autor: W imię natury

seria wydawnicza: Ze Strachem

wydawnictwo: Czarne

premiera: 19 czerwca 2019

ISBN: 978-83-8049-874-7

liczba stron: 304

cena okładkowa: 34,90 zł

Tajemnica pewnego zdjęcia

Sprytnie się rozwijają detale i fabuła „W Imię Natury” Jędrzeja Pasierskiego. Z jednej strony elementy składowe, które wykorzystuje autor, są sprawdzone, bo sporo z nich kiedyś już gdzieś została użyta, z drugiej natomiast Pasierski ma na tyle wrażliwe pióro i umiejętność rasowego, a zarazem stopniowanego odsłaniania tajemnic, że całość powieści wypada zarówno frapująco pod względem gatunkowym, jak i smacznie literacko.

Po dwóch kryminałach z cyklu z komisarz Niną Warwiłow Pasierski wziął się za bary z thrillerem. „W Imię Natury” to opowieść o prawniku Mateuszu Chabrowskim, na którego biurko trafia pewnego dnia tajemnicze zdjęcie mężczyzny leżącego na śniegu. Nic więcej, żadnej wiadomości, a kurier podejrzanego autoramentu znika jak kamfora. Mateusz szybko przechodzi nad tym zdarzeniem do porządku dziennego, jedynie przy okazji dzieli się tą nowiną z żoną. Maja Chabrowska ledwo rzuca na zdjęcie okiem. Szybko okazuje się jednak, że jej spokój jest pozorny. Następnego dnia kobieta znika, zostawiając Mateusza samego z dwójką dzieci i psem. Prawnik podejrzewa porwanie i zgłasza sprawę policji. Jednak jak to w życiu – i w thrillerach – bywa, sprawa okazuje się dużo bardziej skomplikowana.

Jak wspomniałam, w powieści „W Imię Natury” motywów funkcjonujących „już to gdzieś czytałem/widziałem” trochę jest – fałszywa tożsamość, tajemnicze zniknięcie, nierozwiązana zbrodnia z przeszłości to niektóre z nich. Z tym że przełamane są one problematyką pozornie do nich nieprzystającą. A pisząc to, mam na myśli takie wątki jak: ochrona środowiska, wielkie biznesy zestawione z absolutną dziczą, samotne ojcostwo, trudne dojrzewanie oraz… kompletna patologia i degrengolada w jednym.

O ile już w poprzednich swoich książkach Pasierski wykazał się godną uznania literacką wrażliwością i uważnym lustrowaniem ludzkiej duszy, tak w najnowszej powieści cechy te jeszcze podbija. Narracja 1-osobowa z punktu widzenia Mateusza rozkłada na czynniki pierwsze niepokoje i potrzeby mężczyzny rozmieszczone na płaszczyznach moralnej, społecznej, rodzinnej i kulturowej. Ktoś mógłby powiedzieć, że myśli i analizy filtrowane przez umysł Mateusza są nadwrażliwe, by nie rzec – kobiece. Ja powiem: Chabrowski to mężczyzna, który znalazł się w takim momencie życia, kiedy jest zmuszony mieć oczy dookoła głowy, a Pasierski sprawnie tę różnorodność jego problemów przekazać. Znajdziemy zatem w książce zarówno lęk przed niezdolnością utrzymania rodziny, jak i zmaganie się ze zdradą partnerki; brak odwagi, by uczynić radykalny gest w obawie przed uderzeniową prawdą, jak i nastoletnią córkę, która po raz pierwszy dostała okres i jak nigdy potrzebuje teraz matki, a nie ojca. Autor nie oszczędza bohatera, a każdemu z poruszanych problemów przygląda się z należytą empatią. Co ciekawe – doprawdy nie wiem, jak Pasierskiemu się to udało, ale się udało! – podczas lektury nie mamy wrażenia, że oglądamy tani serial, do którego upchnięta wszystkie możliwe problemy świata.

Słówko jeszcze o wątku patologicznym. W takich momentach zwykłam mówić, że jestem mocnym graczem jeśli chodzi o fabularną psychodelę. Tymczasem… Tymczasem Pasierski powołuje na karty niejakiego Żenię, młodego Ukraińca z Odessy, który zarabia na życie „przekonywaniem” ludzi do… mówienia. Mężczyzna opuszcza ojczyznę i wyrusza do Polski, która zdaje mu się krajem spokojniejszym od toczonej przez nędzę i samowolę Ukrainy. Poza tym na tego rodzaju usługi chyba tylko na Wyspach Owczych nie ma zbytu, więc bezrobocia się nie lęka. To że z Polski żadna kraina mlekiem i miodem płynąca wszyscy wiemy, a Pasierski, podbijając mniemania Polaków tzw. drugiego sortu, przytacza depresyjne rodzime dane na temat ilości nędzy na liczbę roboczogodzin. Jednak i to nie jest najbardziej psychodeliczne. Bo przecież nie można zapominać o tym, że jest jeszcze jeden powód, dla którego Żenia pragnie opuścić Ukrainę…

Są takie fragmenty na kartach „W Imię Natury”, kiedy na usta czytelnika raz po raz będą wypływały przekleństwa. Lub kiedy pełne osłupienia milczenie towarzyszyć będzie rozszerzonym z zaskoczenia źrenicom. Albo kiedy czytający będzie musiał książkę na jakiś czas zamknąć, gdyż ilość degrengolady i patologii okaże się dla niego na jeden raz zbyt uderzająca. Reakcje, jakie przewiduję, będą podyktowane odbiorczą odpornością lub osobowością. Ja głośno klęłam. Co akapit. We fragmentach poświęconych dzieciństwu Żeni, gdy narracja z punktu widzenia Mateusza ustępuje 3-osobowej, Pasierski jest naturalistycznie wręcz brudny, ukazując skalę tego, jak jeden człowiek potrafi być okrutny względem drugiego. Robi to bez Tarantinowskiego cynicznego uśmiechu, ale z kamienną twarzą. I jest w tych momentach tak bardzo dobry…

Jędrzej Pasierski świetnie radzi sobie z rozlokowaniem akcentów charakterystycznych dla dreszczowca i zręcznie nimi operuje, zestawiając ze sobą przeciwieństwa. Tajemnice są odsłaniane stopniowo i ujawniane niczym za pomocą ażurowego parawanu – prześwitują, już się domyślamy, o co może chodzić, ale z dopowiedzeniami autor zwleka (np. osoba Mai). Z tym posuwistym, momentami wręcz leniwie obyczajowym tempem autor zestawia mocną i mroczną psychodelę niczym z dziewiątego kręgu piekła. „W Imię natury” potwierdza talent autora, który odważnie przetarł sobie nowe gatunkowe ścieżki, wychylając nos poza kryminał, który zresztą też mu świetnie wychodzi. Taka postawa już przy trzeciej napisanej książce i tak udany debiut w gatunku dreszczowca dają nadzieję na nieodcinanie kuponów od sprawdzonych schematów w przyszłości. Ja w każdym razie ufam marce „Pasierski” coraz bardziej.


WIĘCEJ O KSIĄŻCE



Paulina Stoparek - z wykształcenia kulturoznawca filmoznawca, zawodowo związana z branżą wydawniczą, pracuje głównie przy literaturze kryminalnej. W sieci publikuje od 2012 r. Pisząc o literaturze i kinie, szuka kontekstów, wynajduje absurdy, rozpatruje od strony kulturoznawczej. Przede wszystkim jednak wytacza merytoryczne działa przeciwko tym, którzy rzetelną krytykę mylą z hejtowaniem i ogólnikowością. Takim pisaniem gardzi i prędzej padnie trupem, niż się do niego zniży. Prowadzi witrynę „Redaktor na Tropie” (redaktornatropie.wordpress.com)