#
#

tytuł: Najokrutniejszy miesiąc

tytuł oryginału: The Cruelest Month

autorka: Louise Penny

tłumaczenie: Kamila Slawinski

cykl: Inspektor Armand Gamache (tom 3)

data premiery: 27 lutego 2019

wydawnictwo: Poradnia K

liczba stron: 432

ISBN 9788366005327

Najokrutniejszy miesiąc

Louise Penny

​Trzeci tom bestsellerowej serii o Armandzie Gamache’u, pełnym uroku i niezwykle błyskotliwym pięćdziesięcioletnim szefie wydziału zabójstw Sûreté du Québec

Jest wiosna, świat budzi się do życia, a mieszkańcy Three Pines przygotowują się do Wielkanocy, gdy podczas seansu spirytystycznego, zorganizowanego, by uwolnić miasteczko od złych duchów, które nawiedzają je od dziesięcioleci, jeden z jego uczestników umiera – czyżby coś go przeraziło?

To kolejna sprawa dla nadinspektora, który wraca do pozornie sennego miasteczka, by po raz trzeci zmierzyć się z jego tajemnicami.

Louise Penny, tak jak w dwóch poprzednich książkach z serii, nawiązuje do najlepszych tradycji literatury kryminalnej. Ze szczegółami maluje świat ofiary, a w śledztwie kładzie nacisk na metodę dedukcji. Czyni to w sposób, który pozostawia czytelnika z wrażeniem, że Three Pines zna on całe swoje życie.

Dwie poprzednie książki serii o nieustraszonym inspektorze Gamache’u – „Martwa natura”

i „Zabójczy mróz” zyskały grono wiernych czytelników i kolejna część jest przez nich wyczekiwana z utęsknieniem: chwalą cykl za wyjątkową atmosferę i czar kryminału retro. Czy kolejna część zdobędzie uznanie fanów?

NASZA RECENZJA

DO POCZYTANIA

Clara Morrow klęczała na wilgotnej trawie miejskiego skwerku i starała się dokładnie schować wielkanocną pisankę. Rozmyślała jednocześnie o wskrzeszaniu umarłych, czym zamierzała zająć się tuż po kolacji. Odgarniając kosmyk z twarzy, wtarła w splątane włosy drobinki trawy, błota i jakiejś brunatnej mazi. Niedaleko niej mieszkańcy miasteczka wędrowali z koszykami wypełnionymi kolorowymi jajkami w poszukiwaniu najlepszych kryjówek na nie. Ruth Zardo siedziała na ławeczce pośrodku skwerku i rzucała jajka gdzie popadnie. Co jakiś czas trafiała kogoś w tył głowy albo w pośladki. Clara pomyślała, że Ruth miała zastanawiająco dobre oko jak na kogoś tak starego i zbzikowanego.

– Przyjdziesz dzisiaj wieczorem? – zapytała Clara, starając się odwrócić uwagę starej poetki od celowania w pana Béliveau.

– Żartujesz? Żywi są wystarczająco irytujący, dlaczego miałabym chcieć gadać do jakichś umarłych? – odparła Ruth i walnęła pana Béliveau w tył głowy.

Szczęśliwie sklepikarz włożył na głowę płócienną czapkę. Również szczęśliwie się składało, że Béliveau miał wielkie serce dla nieznośnej białowłosej staruchy siedzącej na ławce. Ruth starannie wybierała swoje ofiary. Zazwyczaj byli to ludzie, którzy ją kochali. Zwykle cios czekoladowym jajkiem wielkanocnym nie wyrządzał wiele szkody, ale tym razem jajka nie były z czekolady. Tylko raz popełnili taki błąd. Kilka lat wcześniej, gdy miasteczko Three Pines po raz pierwszy postanowiło urządzić poszukiwania pisanek w niedzielę wielkanocną, wszyscy byli ogromnie podekscytowani. Mieszkańcy spotkali się w bistro Oliviera. Tam, nad drinkami i serem brie, porozkładali torebki z czekoladowymi jajkami, które następnego dnia zamierzali schować. Pełne zazdrości „ochy” i „achy” wypełniły pomieszczenie. Wszyscy mieli wrażenie, jakby czas się cofnął, a oni znów byli dziećmi. Cieszyli się na myśl o tym, jakie miny będą mieć dzieciaki z miasteczka, gdy znajdą łakocie. Wiedzieli też, że nie uda się im znaleźć wszystkich słodkości, szczególnie schowanych u Oliviera za barem.

– Prześliczna – powiedział Gabri, ujmując w dłoń maleńką, starannie wyrzeźbioną gąskę z marcepanu i odgryzając jej łepek.

– Gabri! – Olivier, jego partner, wyrwał z wielkiej dłoni Gabriego to, co zostało z gąski.

– To ma być dla dzieci!

– Sam byś chciał – odparował Gabri, zwracając się do Myrny, i wymamrotał pod nosem tak, by wszyscy słyszeli:

– Świetny pomysł. Gej rozdający dzieciakom czekoladki. Koniecznie musi się o tym dowiedzieć Liga Rodzin Chrześcijańskich.

Olivier, blondyn skłonny do rumieńców, cały się zaczerwienił. Myrna się uśmiechnęła. Sama wyglądała jak gigantyczne jajko z niespodzianką, czarna, okrąglutka i owinięta w jaskrawy różowo- -czerwony kaftan. Większość mieszkańców maleńkiej miejscowości zebrała się tego dnia w bistro, tłocząc się przy długim barze z blatem z polerowanego drewna. Niektórzy zapadli w rozstawione w pomieszczeniu wygodne fotele. Wszystko tutaj było na sprzedaż, jako że bistro było także antykwariatem. Z każdego przedmiotu zwisała dyskretnie metka z ceną. Gdy Gabri czuł się niedoceniany i niedostatecznie oklaskiwany, przytwierdzał taką również do siebie. Był początek kwietnia, ogień trzaskał wesoło w kominku, rzucając ciepłe światło na szerokie sosnowe deski podłogi, które w miarę upływu czasu, poddane promieniom słonecznym, zmieniły kolor na bursztynowy. Kelnerzy poruszali się po sali, oferując napoje i miękki, lejący ser brie z farmy pana Pagé’a. Bistro, ulokowane na brzegu skwerku, leżało w samym sercu tego starego miasteczka w prowincji Quebec. Po obu stronach, w jednym ciągu, połączone drzwiami, mieściły się tu różne lokale: sklep wielobranżowy pana Béliveau, piekarnia Sarah Boulangerie, dalej bistro, aż wreszcie, tuż za nim, księgarnia Myrny – Livres, Neufs et Usagés.

Na przeciwległym końcu skweru rosły trzy rosochate sosny, które były tak wiekowe, że pamiętali je najstarsi mieszkańcy. Drzewa wyglądały jak trzej mędrcy, którzy wreszcie znaleźli to, czego szukali. Z miasteczka rozchodziły się promieniście bite drogi, wijące się ku górom i lasom. Three Pines było miasteczkiem zapomnianym. Czas opływał je i krążył wokół, czasami wlewał się na chwilę do środka, ale nigdy nie gościł długo ani nie pozostawiał trwałych śladów. Przez setki lat chronione i ukryte, trwało w zagłębieniu dzikich kanadyjskich gór. Tylko przypadek mógł sprawić, że ktoś do niego zawitał. Czasami strudzony podróżny wspinał się na szczyt wzgórza i spoglądając w dół, dostrzegał przyjazny krąg starych domów, jak jakieś Shangri-La. Niektóre domostwa wzniesiono tu ze zwietrzałych polnych kamieni. Zbudowali je osadnicy, którzy oczyszczali ziemię z głęboko ukorzenionych drzew i olbrzymich głazów. Inne postawiono z czerwonej cegły. Te były dziełem lojalistów Imperium Brytyjskiego, desperacko poszukujących schronienia. Jeszcze inne miały spadziste blaszane dachy, typowe dla domów Quebecu. Wyposażono je w urokliwe lukarny i szerokie werandy. Na końcu skweru znajdowało się bistro Oliviera, w którym serwowano café au lait i świeże croissanty. Mieszkańcy zbierali się w nim, by w serdecznej atmosferze prowadzić długie rozmowy. Kto raz odkrył Three Pines, nigdy go nie zapomniał, lecz docierali do niego tylko zabłąkani wędrowcy.

Myrna popatrzyła na swoją przyjaciółkę, Clarę Morrow, która pokazała jej język. Myrna zrobiła to samo, na co Clara wywróciła oczami. Przyjaciółka odpowiedziała jej identyczną miną, sadowiąc się obok Clary na miękkiej kanapie przed kominkiem.

– Mam nadzieję, że kiedy byłam w Montrealu, nie paliłaś znowu skrętów z torfu, co? – spytała.

– Tym razem nie. – Clara się roześmiała.

– Masz coś na nosie. Myrna pomacała twarz ręką, zdjęła okruszek i przyjrzała się mu.

– Mmm, to albo czekolada, albo skóra. Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.

– Wrzuciła okruszek do ust.

– O Boże, nic dziwnego, że jesteś singielką! – wzdrygnęła się Clara.

– Mnie to nie dziwi. – Myrna się uśmiechnęła.

– Niepotrzebny mi facet, bym czuła się kompletną osobą.

– O, doprawdy? A Raoul? – Och, Raoul, był taki słodki – westchnęła Myrna rozmarzona.

– Był gumisiem – zgodziła się Clara.

– On mnie dopełniał – rzekła Myrna.

– Nawet więcej. – Poklepała się po brzuchu, wielkim i obfitym jak ona cała.

– Spójrzcie na to! – Ostry głos przerwał ich rozmowę.

Ruth Zardo stała pośrodku bistro, trzymając w górze czekoladowego zajączka, jakby to był granat. Zwierzątko wykonane z ciemnej czekolady miało sterczące, uważne uszka i pyszczek tak realistyczny, że Clara spodziewała się zobaczyć, jak porusza delikatnymi, słodkimi wąsikami. W łapkach trzymał koszyk, upleciony z białej i mlecznej czekolady, w koszyku leżało tuzin ślicznie udekorowanych słodkich jajek. Zajączek był cudny. Clara modliła się, żeby Ruth nie rzuciła nim w kogoś.

– To zajączek – warknęła stara poetka.

– Jadam i takie – powiedział Gabri do Myrny.

– To moja bolączka, chcica na zajączka. Myrna roześmiała się i natychmiast pożałowała. Ruth rzuciła jej lodowate spojrzenie.

– Ruth, puść zajączka. – Clara wstała i ostrożnie podeszła do starszej pani, podsuwając jej na przynętę szklankę ze szkocką, należącą do męża Clary, Petera. To zdanie nigdy wcześniej nie padło z jej ust.

– To zajączek – powtórzyła Ruth powoli, jakby tłumacząc to mało pojętnym dzieciom.

– Więc co one tu robią? – Wskazała na jajka.

– Od kiedy zajączki znoszą jajka? – upierała się, patrząc na osłupiałych mieszkańców miasteczka.

– Nigdy wam to nie przyszło do głowy, co? Skąd one je biorą? Przypuszczalnie podbierają czekoladowym kurom. Zajączek musiał ukraść te jajka cukierkowym kurom, które teraz szukają swoich małych. I są przerażone. Gdy stara poetka opowiadała o tym, Clara bez trudu wyobrażała sobie czekoladowe kurki, biegające nerwowo w poszukiwaniu swoich jajek. Jajek ukradzionych przez wielkanocnego zajączka. To było zabawne. To rzekłszy, Ruth upuściła czekoladowego zajączka na ziemię, rozbijając go.

– O Boże – jęknął Gabri, rzucając się, by pozbierać kawałki.

– To miało być dla Oliviera. – Naprawdę? – zapytał Olivier, zapominając, że już kupił zajączka.

– Co za dziwaczne święta – powiedziała Ruth ponuro. – Nigdy ich nie lubiłam.

– A teraz one odwzajemniają te uczucia – odrzekł Gabri, tuląc potrzaskanego zajączka, jakby to było zranione dziecko. Jest taki czuły – pomyślała Clara, zresztą nie po raz pierwszy. Gabri był taki wielki, tak przytłaczający, że łatwo było zapomnieć, jaki jest wrażliwy. Aż do chwili takiej jak ta, gdy czule przytulał strzaskanego czekoladowego zwierzaczka.

– Jak się powinno świętować Wielkanoc? – zapytała stara poetka głosem żądającym odpowiedzi, wyrywając Clarze z ręki Peterową szkocką i wychylając ją.

– Szuka się pisanek i je ciepłe bułeczki z krzyżykiem*.

– Mais chodzi się także do Świętego Tomasza na mszę – dorzucił pan Béliveau.

– Więcej ludzi przychodzi do Sarah’s Boulangerie, niż kiedykolwiek zjawia się w kościele – odszczeknęła się Ruth.

– Kupują ciastka ze znakiem narzędzia tortur. Wiem, że uważacie mnie za wariatkę, ale może to ja jestem tu jedyną normalną osobą. – Po tym pesymistycznym akcencie Ruth pokuśtykała w stronę drzwi, ale zawróciła.

– Nie wykładajcie tych czekoladowych jajek dzieciom. Stanie się coś złego. Jak prorok Jeremiasz, autor Lamentacji, miała rację. Stało się coś złego. Następnego ranka jajka zniknęły. Pozostały po nich tylko opakowania. Na początku mieszkańcy podejrzewali, że to sprawka starszych dzieci, a może nawet, że zjadła je Ruth, która postanowiła dokonać aktu sabotażu.

– Spójrzcie na to – oznajmił Peter, podnosząc poszarpane resztki pudełka po czekoladowym zajączku.

– To ślady zębów. I pazurów. – Więc to Ruth – stwierdził Gabri, i przyglądając się pudełku.

– Spójrzcie tutaj. – Clara goniła za papierkiem po cukierku, porwanym przez wiatr i niesionym nad skwerkiem.

– Popatrzcie, ten też jest poszarpany. Spędziwszy cały poranek w pogoni za papierkami po wielkanocnych jajeczkach i sprzątaniu, większość z mieszkańców powlokła się z powrotem do Oliviera, by ogrzać się przy ogniu.

– Ale, serio, nie przewidzieliście, że tak będzie? – powiedziała Ruth do Clary i Petera przy obiedzie w bistro.

– Przyznam, że wydawało się to od początku nieuniknione. – Roześmiał się Peter, rozkrawając złocistego croque-monsieur, w którym stopiony camembert ledwo trzymał razem plastry szynki wędzonej w klonowym drewnie i chrupiącego croissanta. Wokoło krążyli niespokojni rodzice, próbujący przekupić czymś płaczące dzieci.

– Chyba każdy dziki zwierz z okolicy był ostatniej nocy w miasteczku – zauważyła Ruth, wolno obracając szklaneczkę ze szkocką, w której podzwaniały kostki lodu.

– Wszystkie bestie jadły wielkanocne jajka. Lisy, szopy pracze, wiewiórki… – I niedźwiedzie – dodała Myrna, przysiadając się do ich stolika.

– Jezu, to naprawdę strach. Wszystkie te wygłodniałe niedźwiedzie, umierające z głodu po miesiącach hibernacji i wyłażące z legowisk. – Jakże musiały się zdziwić, znalazłszy czekoladowe jajka i zajączki – odrzekła Clara, przełykając kolejne łyżki kremowego chowdera z owoców morza, w którym pływały kawałki łososia, przegrzebków i krewetek. Ujęła chrupiącą bagietkę i ukręciła jej kawałek, po czym posmarowała specjalnym słodkim masłem Oliviera.

– Niedźwiedzie musiały się zdziwić, co za cud się wydarzył, kiedy spały.

– Nie wszystko, co wstaje, koniecznie jest cudem – powiedziała Ruth, unosząc wzrok znad bursztynowego płynu, który był jej obiadem, i spoglądając przez podzielone małymi szybkami okno.

– Nie wszystko, co wraca do życia, powinno to robić. To dziwna pora roku. Jednego dnia deszcz, drugiego śnieg. Nic pewnego. Wszystko takie nieprzewidywalne.

– Każda pora roku jest nieprzewidywalna – wtrącił Peter.

– Jesienią huragany, zimą burze śnieżne. – Ależ to tylko dowód, że mam rację – odpowiedziała Ruth. – Możesz przewidzieć, co ci grozi. Wszyscy wiemy, czego się spodziewać po innych porach roku. Ale nie po wiośnie. Najgorsze powodzie zdarzają się wiosną. Pożary lasów, zabójcze mrozy, śnieżyce i osunięcia ziemi. Natura się burzy. Wszystko może się zdarzyć.

– Najbardziej nieprawdopodobnie piękne dni także zdarzają się wiosną – rzekła Clara. – To prawda, cud ponownych narodzin. Podobno całe religie bazują na tej koncepcji. Ale niektóre rzeczy lepiej raz na zawsze pogrzebać.

– Stara poetka wstała i dopiła szkocką. – To jeszcze nie koniec. Niedźwiedzie powrócą. – Ja też bym wróciła, gdybym nagle odkryła miasteczko całe z czekolady – przyznała Myrna. Clara uśmiechnęła się, ale jej oczy były utkwione w Ruth, która nie emanowała, jak zawsze, złością ani irytacją. Clara wyczuła w niej coś znacznie bardziej niepokojącego. Strach.

*Hot cross buns, czyli bułeczki z krzyżykiem, słodkie korzenne wypieki z rodzynkami w środku i znakiem krzyża na wierzchu. Tradycyjne ciastka, które jedzono na Wielkanoc na Wyspach Brytyjskich, w Kanadzie, Australii i innych krajach dawnego Imperium Brytyjskiego. Ich wypiekanie oznacza koniec Wielkiego Postu. Tradycyjnie mają na wierzchu nacięcie w kształcie znaku krzyża. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

o autorce:

Louise Penny urodziła się i wychowała w Toronto, ale mieszka w malowniczym miasteczku nieopodal Quebecu. Zanim napisała „Martwą naturę”, była dziennikarką Canadian Broadcasting Corporation. Wsparcie męża sprawiło, że zdecydowała się porzucić pracę i całkowicie poświęcić pisaniu. Jej książki zostały przetłumaczone na 26 języków. Jak mówi, jest szczęśliwa, że odkryła Three Pines – to zmieniło jej życie.Debiutancka powieść Louise Penny zdobyła między innymi New Blood Dagger, Dilys Award, Anthony Award i Barry Award. Na jej podstawie powstał serial. Autorka wielokrotnie zajmowała pierwsze miejsce na liście bestsellerów New York Times'a, a jej książki sprzedały się w ponad sześciu milionach egzemplarzy.

źródło: materiały prasowe wydawnictwa