#
#

tytuł: Wyspa zero

autor: Jarosław Sokół

wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

seria: Ślady zbrodni

premiera: 15 lipca 2020

ISBN: 9788327155931

Wyspa Zero

Jarosław Sokół

Nowa powieść twórcy serialu "Czas Honoru".

Każdy, kto lubił film Prawo i pięść, pokocha tę książkę!

Juliusz Machulski, reżyser, scenarzysta, dramaturg


W świecie po apokalipsie trzeba dotrzeć do prawdy,

żeby ruszyć dalej z podniesioną głową.

Wyspa Zero tętni życiem. Dobra robota, proszę o więcej!

Michał Komar, pisarz, scenarzysta, dramaturg

Jest maj 1945. Poniemieckie Świnoujście na wyspie Uznam leży w gruzach. Na ulicach grasują bandy uzbrojonych szabrowników. Brakuje wody i prądu. Panuje głód, chaos i strach.

W mieście rządzi żelazną ręką sowiecki komendant Osipowicz. Ale nawet on nie jest w stanie powstrzymać narastającej fali zbrodni. Ktoś zabija byłych więźniów obozów koncentracyjnych – Polaków, Rosjan, Niemców. Tylko jeden człowiek może pomóc w schwytaniu mordercy. Jest nim Kostrzewa, przedwojenny polski policjant, którego detektywistyczne umiejętności okazują się nie do przecenienia. Jego dotychczasowym celem była ucieczka do Argentyny śladem miłości swojego życia. Teraz jednak będzie musiał zmierzyć się nie tylko z psychopatycznym zabójcą, ale także z koszmarami własnej wojennej przeszłości.


O AUTORZE


Jarosław Sokół

Scenarzysta, producent filmowy, powieściopisarz. Doktor filologii angielskiej. Autor blisko dwustu zrealizowanych scenariuszy filmowych i telewizyjnych, w tym także serialu Czas honoru, na podstawie którego napisał także bestsellerową trylogię powieściową.


MATERIAŁY WYDAWNICTWA


Książkę można kupić tutaj: https://bit.ly/WyspaZero


FRAGMENT KSIĄŻKI



I Grupa operacyjna

1

Piła, 19 godzin wcześniej

Naprawdę nie było to najgorsze wyjście. Wielu chłopaków wstępowało do milicji. Tylko tak można było ukryć się przed ankietami i formularzami personalnymi, biurami meldunkowymi, niebezpiecznymi pytaniami o udział w konspiracji i o przebieg służby. Poza tym Adam Kostrzewa nie zamierzał być ludowym milicjantem ani chwili dłużej niż to konieczne. Dostanie się do Swinemünde i zniknie.

– Ty, przystojniak, co tak stoisz, jak kutas na weselu? Bierz tę paczkę, kozia twoja mać! – Głos sierżanta Kwasigrocha oderwał go na chwilę od sporu z własnym sumieniem. – Boisz się, że ci ten elegancki kapelusik spadnie? Rudolf Valentino się znalazł. Pies was wszystkich trącał, milicjanci z bożej łaski. Jeden lepszy od drugiego.

Ładowali przewiązane sznurkiem paczki na otwartą platformę ciężarówki pod Urzędem Repatriacyjnym w Pile.

– Co to właściwie jest, obywatelu sierżancie? – spytał Lońka Kacap, błyskając dwoma złotymi zębami na przedzie, którym między innymi zawdzięczał swoje nowe przezwisko w specjalnej grupie operacyjnej milicji wyjeżdżającej do Swinemünde. Miał nie więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu i gdyby nie złote zęby, wyglądałby na dzieciaka.

– Propaganda – odparł Kwasigroch. – Mamy to rozlepiać po drodze.

– Zaraz, zaraz – zaniepokoił się Wasilewski, przeraźliwie wychudły mężczyzna w trudnym do określenia wieku. Przestał nawet na chwilę kaszleć. – Ja na żadną propagandę nie wyrażałem zgody. Zgłosiłem się tylko do administracji.

– Znaczy jak, to wszystko jest papier? – rzucił rozczarowany Poe­zja, ogromne chłopisko, na którym wielki talerzowy diegtariew wyglądał jak zabawka. – Nic do żarcia ani do picia?

– Można widzieć? – spytał Waszyngton, wysoki czterdziestolatek z grzywą siwiejących włosów, które rzeczywiście upodobniały go nieco do prezydenta Waszyngtona ze znanego powszechnie wizerunku na jednodolarówce. Swój pseudonim zawdzięczał jednak bardziej charakterowi niż podobieństwu do amerykańskiego prezydenta. Każdą rzecz oceniał według jej wartości w dolarach, a starannie zapakowane paczki mogły przecież skrywać jakiś cenny ładunek.

– Tomasze niewierne, kozia wasza mać! – zirytował się sierżant Kwasigroch i rozdarł pierwszą z brzegu paczkę. – Macie, nażryjcie się!

Wepchnął garść ulotek w ręce Poezji. Wasilewski wziął jedną z nich.

– „Nad Odrę, po ziemię ojców i dobrobyt” – odczytał na głos.

– Ładnie napisane – ocenił Lońka. – Trafia do przekonania.

– Może tobie, chłopcze – zirytował się Wasilewski. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale znów chwycił go atak kaszlu.

Poezja porozumiewawczo trącił łokciem Adama.

– Idę o zakład, że po drodze nam wykituje – szepnął, wskazując na zanoszącego się kaszlem Wasilewskiego.

Adam nie przyjął zakładu, choć w zasadzie zgadzał się z ogólną oceną stanu zdrowia kaszlącego. Człowiek ten bardziej przypominał mumię niż żywą istotę. Ważył najwyżej pięćdziesiąt kilo, a spod wacianej kufajki wyzierał mu obozowy pasiak, niczym druga skóra, której jego organizm nie był już w stanie z siebie zrzucić. Kiedy kaszlał, wydawało się, że jego krucha klatka piersiowa za chwilę pęknie i rozpadnie się. Trudno było doprawdy zrozumieć zasady rekrutacji panujące w Milicji Obywatelskiej.

– I wszędzie jest to samo? – Najbardziej rozczarowany zawartością paczek był Waszyngton. Nic nie irytowało go bardziej niż rzeczy pozbawione wartości w wymienialnej walucie.

– Tu masz inne – powiedział Lońka, rozrywając drugą paczkę, w której znajdowały się plakaty innego koloru.

– Kto ci pozwolił rozrywać, kozi synu! – wściekł się Kwasigroch. – Będzie czas, to każdy dostanie swoją część do rozwieszania.

– A to dobre! – Lońka zaśmiał się, pokazując wszystkim kolorowy plakat, na którym wielki ludowy żołnierz z karabinem górował nad przerażonym karzełkiem z tabliczką „AK” na szyi. Z wykrzywionych ust pokurcza wydobywało się coś w rodzaju fontanny śliny. Podpis na plakacie wyjaśniał: „Olbrzym i zapluty karzeł reakcji”.

Poezja ryknął tubalnym śmiechem.

– Ten mały trochę do ciebie podobny!

Lońka wcale nie poczuł się urażony. Zdawał sobie sprawę, że nie jest przystojniakiem.

– A ten dryblas ma taką samą głupią gębę jak ty! Idzie jak muł przed siebie i nawet nie patrzy, czy wlezie w gówno.

– Zamknij się jeden z drugim! – Sierżant Kwasigroch wyrwał plakat z rąk Lońki. – Tu nie ma nic do śmiechu! Kto się jeszcze raz zaśmieje, wylatuje z oddziału.

Lońka i Poezja umilkli natychmiast. Sierżant dał się już poznać jako zagorzały przeciwnik wszelkiej ludzkiej radości. Wpadał we wściekłość, ilekroć ktoś się roześmiał. Diabli wiedzą, do czego jeszcze był zdolny.

– Ja nie mam zamiaru tego rozwieszać – oznajmił Adam.

– Ani ja – poparł go Wasilewski.

Kwasigroch obrzucił ich pogardliwym spojrzeniem. Po Wasilewskim spodziewał się tylko, że wyciągnie nogi, zanim zarazi ich jakimś świństwem. Wiadomo było, że oświęcimiacy roznosili różne choroby. Nowego oceniał natomiast jako cwaniaka, z którym będą jeszcze kłopoty. Jemu samemu plakat też się nie podobał, ale co miał powiedzieć ubowcom – że go nie weźmie, bo obraża uczucia jego podwładnych?

– No i pies wam mordę lizał – skwitował krótko. – Do wozu. Dosyć tego gadania.

Waszyngton wsiadł do szoferki za kierownicę, a reszta wdrapała się na platformę. Przystrojona na przedzie biało-czerwoną flagą ciężarówka ruszyła do Swinemünde.

Wasilewski przysiadł się do Adama. Z bliska wyglądał jeszcze gorzej: cerę miał żółtą jak u woskowej lalki, policzki zapadłe.

– Zdaje się, że obaj tu nie pasujemy – powiedział porozumiewawczo.

Adam oparł głowę o platformę i zamknął oczy, żeby pokazać, iż nie szuka przyjaciół ani konwersacji. Wasilewski nie dawał jednak za wygraną.

– Moje nazwisko Dunin-Wasilewski. Byłem kiedyś profesorem antropologii, ale to dawne dzieje.

Adam skinął zdawkowo głową, podał mu rękę i znów zamknął oczy, żeby uwolnić się od natręta.

– Śpi pan? Też bym chętnie zasnął, ale się boję.

– Czego?

– Bo widzi pan, każdy sen jest jak dalszy ciąg obozu…

Naraz dopadł go kolejny atak kaszlu. Zaczął rzęzić, a oczy wyszły mu na wierzch.

– Sierżancie, chyba będziemy mieli pierwszy pogrzeb! – zawołał wesoło Lońka, ale Poezja szturchnął go w bok, przypominając, że dopiero co uniknęli wyrzucenia z grupy.

Wasilewski zamachał przecząco rękami. Powoli dochodził do siebie.

– Dziękuję za troskę, chłopcy, ale mam wielkie plany co do Swinemünde! – oznajmił i zwrócił się wyjaśniająco do Adama: – Chcę otworzyć tam polską bibliotekę i zorganizować kursy czytania i pisania.

Adam położył się ostentacyjnie na boku, z paczką ulotek pod głową, wściekły i rozdrażniony. Każda wzmianka o obozie tak na niego działała. Za nic nie mógł pozwolić, żeby odkryto, że też siedział w Auschwitz. Byłaby to najprostsza droga do katastrofy. Całe szczęście, że trafił tam, kiedy jeszcze nie tatuowano numerów. Ale i tak nie był całkiem bezpieczny. Wystarczyło tylko pogrzebać w obozowych archiwach. Na pewno coś się zachowało. Cała nadzieja w tym, że zanim zaczną grzebać, będzie już na środku oceanu.

Odruchowo dotknął mocno podniszczonej pocztówki z Argentyny, którą trzymał w kieszeni. Przybrudzona panorama Buenos Aires była jego jedynym skarbem. Właściwie to ona trzymała go jeszcze przy życiu i pchała przed siebie. Nie miał pojęcia, czy ze Swinemünde w ogóle wypływały jakieś statki handlowe ani nawet jak miałby się na któryś z nich dostać, ale na pewno były na to większe szanse w mieście portowym niż w Warszawie czy w Pile.

Czy nadal na niego czekała? Oczywiście, że czekała. Miał przecież pocztówkę z Argentyny.

– W las! Odbijaj w las, kozia twoja mać!

Ocknął się raptownie w potwornej pustce, która zawsze czekała na niego po przebudzeniu. Nic nie rozumiał. Ciężarówka, rzężący silnik, jacyś nieznajomi, stado bydła pędzące w ich stronę drogą.

Sierżant Kwasigroch walił pięścią w szoferkę.

– Waszyngton! W las powiedziałem, kozi synu!

Silnik zarzęził jeszcze raz i wreszcie zaskoczył. Ciężarówka skręciła gwałtownie w leśną ścieżkę, w ostatniej chwili umykając przed ryczącym stadem krów.

Przypomniał sobie. Znał tych ludzi. Kwasigroch. Lońka Kacap. Poezja. Wasilewski. I Waszyngton za kółkiem. Grupa operacyjna.

– Co się dzieje?

– Ruskie pędzą bydło. Droga zablokowana – wyjaśnił Poezja.

Adam odwrócił się w stronę znikającej w oddali głównej szosy. Setki niemieckich krów pędziły nią na złamanie karku ku swojej nowej ojczyźnie w Związku Sowieckim.

Wkrótce las otulił uciekającą ciężarówkę ze wszystkich stron.

– Możesz zwolnić! – krzyknął Kwasigroch do kierowcy.

Poezja przeżegnał się z ulgą. Pędzące stado z jakiegoś powodu zrobiło na nim wstrząsające wrażenie.

– To jest zły znak – orzekł.

– Mało brakowało – zgodził się Lońka. – Krowy to nic, ale jakby kacapy nas dorwały, to z autem trzeba by się pożegnać. Ja ich dobrze znam.

– Nie o tym mówię! – zirytował się Poezja. – To jest zła wróżba na przyszłość. Tak to będzie wyglądać, jak oni wszyscy ruszą z powrotem z Berlina.

– Co ty gadasz? – żachnął się Kwasigroch. – Jacy wszyscy?

– Cała ruska armia. Milion chłopa. Kiedyś będą przecież wracać do siebie. Przetoczą się po nas jak potop.

Adam nie miał pojęcia, jak długo spał, ale chyba byli już głęboko na zachodzie, bo powietrze wyraźnie zmieniło woń.

– Mamy jakąś mapę? – spytał.

– Ty się drogą nie zajmuj – zbeształ go dowódca. – Sierżant Kwasigroch drogą się zajmuje.

– Co za ulga – burknął pod nosem Adam. W jednej chwili zmienił swoją opinię na temat dowódcy grupy operacyjnej: do tej pory uważał go za zwykłego gbura, a tymczasem sierżant okazał się gburem z manią wielkości.

Po dwóch godzinach jazdy leśnymi ścieżkami reszta grupy też zaczęła się niepokoić, zwłaszcza że żołądki przysychały już wszystkim do krzyża.

– Sierżancie, na pewno dobrze jedziemy? – spytał ostrożnie Poe­zja.

– Ty się drogą nie zajmuj – powiedział Adam. – Sierżant Kwasigroch drogą się zajmuje.

Sierżant posłał szydercy piorunujące spojrzenie i rzucił do Waszyngtona w szoferce:

– Jedź dalej!

– Tylko pół baku zostało!

– Jedź, mówię!

Wcale nie był pewny, czy leśna droga dokądś ich w końcu doprowadzi, ale musiał bronić słabnącego autorytetu dowódcy. Nie jego wina, że ubowcy nie dali im żadnej mapy. Jedyną nadzieję pokładał w swojej wrodzonej intuicji, a ta podpowiadała mu, że jadąc na zachód, prędzej czy później muszą dotrzeć do Odry.

Miał rację. Niecałe dwie godziny później las się skończył i wyjechali na równinę, za którą srebrzyła się w zachodzącym słońcu wielka woda. Trochę za wielka jak na rzekę, ale trzeba było trzymać fason przed ludźmi.

– I co, kozie syny? – triumfował. – Jak sierżant Kwasigroch mówi, że dojedziemy, to dojedziemy.

Lońka otworzył usta w niemym zachwycie.

– To jest morze? – wyszeptał z nabożeństwem.

– Gówno, nie morze – objaśnił fachowo Kwasigroch. – Odra. Teraz wystarczy jechać w dół i wszystko w tym temacie.

– Moim skromnym zdaniem to jest zalew, a nie rzeka – zauważył Wasilewski. – Stettiner Haff.

– Co?

– Zalew Szczeciński – przetłumaczył Adam.

Kwasigroch spojrzał bezradnie na wielkie połacie srebrzystej wody. Co racja, to racja, na rzekę nijak to nie wyglądało.

– No i pies trącał. Jest droga nad brzegiem. Tamtędy pojedziemy – zadecydował.

– Benzyna się kończy! – zawołał Waszyngton z szoferki.

– Jezu – jęknął Poezja. – Na głodno i chłodno będziemy nocować. A miało być lepiej po wojnie.

– Zamknij gębę! – fuknął sierżant Kwasigroch, choć wiedział, że na samych połajankach daleko nie zajedzie. U Berlinga było łatwiej: kiedy zaczynał się defetyzm, zawsze można było krytykanta wsadzić do ancla albo nawet rozstrzelać. A tu co miał zrobić? Odebrać takiemu kartki żywnościowe V kategorii na zmarznięte ziemniaki?

Nagle zza wzgórza wyłoniły się czerwone dachy jakiegoś gospodarstwa.

– Patrzcie! – zawołał Lońka. – Ale pałace!

Kwasigroch odetchnął z ulgą. Szczęście mu sprzyjało. Wyglądało na to, że właśnie znaleźli pierwszorzędne miejsce na nocleg. Kazał Waszyngtonowi jechać w tamtym kierunku. Ciężarówka przyspieszyła raźno na resztkach benzyny.