#
#

tytuł: Kręgi

autor: Zbigniew Zborowski

wydawnictwo: Znak

data premiery: 5 września 2018

ISBN: 9788324047260

liczba stron: 480

Kręgi

Zbigniew Zborowski

Zbigniew Zborowski wraca z drugim tomem serii o Bartku Koneckim. Tylko taki autor mógł stworzyć postać odważnego, szlachetnego detektywa, bo część tego, co przydarza się Koneckiemu, Zborowski doświadczył na własnej skórze.

Mężczyźni. Nie wyglądali na potwory.

Ten z prawej był niski i pulchny, o jowialnej twarzy. Środkowy był wyższy, ale znacznie starszy. Po lewej stał najmłodszy, z brzuszkiem rysującym się pod dresową bluzą. Może nie jest tak źle? Może chcieli tylko ponapawać się trochę jej strachem? Zażartować? Nie. W ich oczach było coś, co odbierało nadzieję.

W warszawskim parku zostaje znalezione ciało nastolatki. Młoda dziewczyna ma odcięte dłonie. Rusza policyjne śledztwo.

W tym samym czasie wyrzucony z policji Bartosz Konecki, dorabiający jako prywatny detektyw, dostaje zlecenie: ma śledzić młodą aktorkę. Odkrywa, że dziewczyna stara się zebrać informacje na temat brutalnego morderstwa sprzed lat. Morderstwa, które do złudzenia przypomina niedawną zbrodnię na nastolatce.

Czy za zbrodniami stoi ta sama osoba? Jaki związek ze sprawą ma kobieta, którą kazano mu śledzić?

Czy samotny detektyw będzie szybszy niż policja? I czy powstrzyma zło, które zatacza coraz szersze kręgi?

o autorze:

Nie żałuje ani sekundy swojego życia. Żyje na krawędzi, a jego życiorysem można by obdzielić kilka osób. Część z nich siedziałaby teraz w więzieniach.

Lata 80., schyłek PRL, dwudziestokilkuletni Zbigniew Zborowski trudni się przemytem towarów z Berlina Zachodniego. Ten niespokojny duch ma już za sobą m. in. pracę jako robotnik leśny w Bieszczadach. A potem pakuje plecak i wyrusza w świat. Na granicy pakistańsko-afgańskiej kupuje pistolet, który przemyca przez Chiny i Rosję. Z Maroka wraca pod pokładem statku przewożącego chemikalia, trafia do Guadalajary jako… wolontariusz wydziału genetyki. Pomiędzy kolejnymi przygodami nurkuje na głębokościach, ze szczególnym upodobaniem do zwiedzania zatopionych okrętów. Jest rok 1991, w Polsce rodzi się brutalny kapitalizm i jeszcze brutalniejsza mafia. Zborowski zaczyna pisać, interesuje go przestępczy półświatek. To wtedy rodzi się w nim pasja literacka. Autor czterech powieści, w tym szokującego debiutu „Nowy drapieżnik”, wraca z drugim tomem serii o Bartku Koneckim. Tylko taki autor mógł stworzyć postać odważnego, szlachetnego detektywa, bo część tego, co przydarza się Koneckiemu, Zborowski doświadczył na własnej skórze.


FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Warszawa. Lipiec 1992

Obudziła się nagle, od razu przytomna, z poczuciem, że jest źle. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Jak tonący, który wynurzył się na powierzchnię, lecz wie, że nie starczy mu sił, by się dłużej na niej utrzymać. Zimne światło jarzeniówek pod wysokim sufitem ukazało jej obszerną, pozbawioną okien halę. Leżała na szerokim i długim metalowym stole, nad którym zwieszała się piła tarczowa.

Poczuła, jak przerażenie zalewa jej serce, i raptownie usiadła. Nie była związana. Zeskoczyła. Przebiegła kilka metrów. Bose stopy zadudniły na zimnej, betonowej podłodze, pokrytej jedynie poplamionym linoleum. Zatrzymała się. Wróciła. Ruszyła w przeciwnym kierunku. Znowu

stanęła.

Była sama w tym dziwnym pomieszczeniu, w którym oprócz stołu i piły zgromadzono mnóstwo zagadkowych przedmiotów. Z sufitu zwisały wielkie haki, pod ścianami stały pojemniki na kołach, a tuż obok niej piętrzyło się coś, co wyglądało jak taboret olbrzyma. Wszystko lśniące, metalowe, zimne.

– Co to za miejsce? – Jej szept uleciał ku sufitowi, by po chwili wrócić echem, które wwierciło się w mózg nieznośnym bólem.

– To rzeźnia! – Usta ułożyły się w słowa, których nie miała odwagi wypowiedzieć. – Obudziłam się w rzeźni.

Spróbowała zebrać myśli. Skoncentrować się. Bolała ją głowa, a w ustach czuła cierpki, chemiczny smak, od którego robiło jej się niedobrze.

– Jak się tutaj znalazłam?

Całkiem niedawno, niemal przed chwilą, rzuciła wszystko, czego nie znosiła, zakwestionowała model życia, który pętał ją jak grobowy całun. Dusiła się w nim, nudziła, gardziła nim. Długo nie miała odwagi, żeby się z tego wyzwolić. Trudno być odważną, kiedy się ma dopiero piętnaście lat. Ale w końcu się udało. Oznajmiła rodzicom i całej małomiasteczkowej reszcie, że rusza w Polskę. Sama. Było piękne lato. Pojechała na festiwal rockowy do Jarocina – miał zagrać Dżem. A raczej chciała pojechać. Teraz pamiętała tylko biało-

szarą szosę, przy której łapała stopa, i dwóch sympatycznych panów zatrzymujących się przy niej wielkim mercedesem. A potem cierpki, chemiczny smak tamponu, który ktoś przyciskał jej do ust i nosa.

– Uśpili mnie. Dranie.

Po co to zrobili? Odpowiedź przyszła szybciej niż wypowiedzenie w myślach tego pytania. Przestraszyła się jeszcze bardziej. Nie była już dzieckiem. Przynajmniej do tej chwili tak sądziła.

Spojrzała na swoje odbicie w wypolerowanej metalowej ściance dziwnego – jak wszystko wokół – urządzenia. Miała na sobie dżinsy z bazarku na rynku i koszulkę. Żadnych dziur, rozdarć, sińców. Zginęły jej tylko buty. Może więc nie jest tak źle?

Ponownie ruszyła przed siebie. Tym razem już jednak nie biegła. Zrozumiała, że to nie koniec. To raczej początek. Oni gdzieś tutaj są. Czają się, knują, obserwują.

Rozejrzała się. Wokół nie było żywego ducha. Ostrożnie podeszła do ciężkich i grubych metalowych drzwi. Były uchylone. Wyjrzała i zaraz cofnęła głowę. Znów wyjrzała.

Korytarz był oświetlony błękitnym światłem brzęczących cicho jarzeniówek. Nadal żadnych okien. Po prawej odrapane drzwi do łazienek, po lewej kolejne uchylone stalowe wrota. Pod ścianami więcej pojemników i wózków. Wszystkie na kółkach. W powietrzu zapach stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze. Ledwo uchwytny, metaliczny, drażniący nozdrza zapach. Znała go. To był zapach krwi.

Szła korytarzem, ostrożnie rozglądając się wokół. Ogromny betonowy bunkier wypełniony był lśniącymi urządzeniami do zabijania, krojenia, odzierania ze skóry. Plątanina korytarzy, sal dużych i mniejszych. Wciąż ani jednego okna, choćby świetlika. Jednak przecież gdzieś, do licha jasnego, musi być stąd jakieś wyjście.

Wtedy usłyszała zwielokrotniony echem, odległy śmiech. Potem odgłos kroków. Przerażenie żarzące się w środku klatki piersiowej nagle się rozpaliło – jak palenisko gwałtownie otwartego piecyka. Rzuciła się biegiem w przeciwnym kierunku. Za nią rozbrzmiało dudnienie biegnących nóg. Ścigał ją nie jeden, nie dwóch, ale kilku ludzi. Zniekształcone echem głosy zdawały się brzmieć po niemiecku.

Niemcy? W ogromnej rzeźni? A może to tylko koszmarny sen?

W tym momencie jej spanikowany i wciąż otumaniony umysł wreszcie się przebudził.

– Muszę wrócić tam, gdzie się obudziłam!

Stół, piła, rząd haków pod sufitem. To jasne. Tam trafiają zwierzęta tuż po uboju. A więc gdzieś obok musi być hala, w której są uśmiercane, a za nią rampa, przez którą są pędzone do rzeźni.

Wyjście.

Zawróciła na pięcie i pognała z powrotem. Byle zdążyć przed tamtymi. Kimkolwiek są.

Była szybka. W kilku susach dopadła ciężkich drzwi, przez które dopiero co wyszła. Skoczyła do hali, minęła stół i piłę, dostrzegła kolejne drzwi, pewnie prowadzące do ubojni. Rzuciła się ku nim.

I zaraz zahamowała.

Zobaczyła ich. Wchodzili kolejno, zatrzymywali się, mierzyli ją wzrokiem. Jakby oceniali półtuszę.

Mężczyźni. Nie wyglądali na potwory. Ten z prawej był niski i pulchny, o jowialnej twarzy. Środkowy był wyższy, ale znacznie starszy. Po lewej stał najmłodszy, z brzuszkiem rysującym się pod dresową bluzą. Może nie jest tak źle? Może chcieli tylko ponapawać się trochę jej strachem? Zażartować?

Nie. W ich oczach było coś, co odbierało nadzieję. Oni chcieli ją skrzywdzić. Skoro jednak sprawiali wrażenie zwyczajnych facetów w wieku jej taty, to może da się ich ubłagać? Przeprosić? Przekonać, żeby zostawili ją w spokoju?

– Nie róbcie mi nic złego – usłyszała własny, potwornie zachrypnięty głos. – Ja… Ja jestem dzieckiem.

Gwałtownie drgnęła, kiedy ktoś się odezwał tuż za jej plecami. Nie zrozumiała słów, mężczyzna mówił po niemiecku. To musiało być coś zabawnego, bo ci przed nią tubalnie zarechotali.

Odwróciła się powoli, bojąc się tego, co zobaczy. Ujrzała sympatycznego kierowcę mercedesa, faceta między trzydziestką a czterdziestką, lekko łysiejącego, dosyć wysokiego. Patrzył na nią ciemnymi, lekko zamglonymi oczami wesołka, który nadużywa alkoholu. Znała takie spojrzenia. W pobliskim miasteczku pełno było takich facetów.

Struchlała. Płytki oddech nie mógł zapewnić jej trzepoczącemu przerażeniem sercu wystarczającej ilości tlenu. Za gardło zaczął łapać ją szloch.

– Dalej już nie uciekniesz, ty mała kurwo.

W jego głosie brzmiała nie tyle złość, ile raczej drwina. Szydził z niej. Sycił się jej przerażeniem. To ją otrzeźwiło. Wzbudziło złość. Oszust. Porywacz. Gnojek, który ją uśpił i ułożył na stole do dzielenia mięsa.

– No dalej, dziwko. Błagaj o litość.

W piersi wzbierała jej furia. Zwyczajny facet w stadzie innych zwyczajnych facetów, mówiący językiem bestii. Nie, nie będzie go o nic prosić.

Spojrzała w górę, ku rzędowi lśniących i ostrych jak diabli haków. Zrobiła dwa kroki rozbiegu, podskoczyła i chwyciła jeden. Tak jak myślała, był tylko luzem włożony w otwór prowadnicy. Bez trudu go z niej wybiła.

Facet stojący przed nią wybałuszył ze zdziwienia oczy.

– Co? Co ty…

Nie pozwoliła mu skończyć. Nagle wydał jej się żałosny i słaby. Cała jego siła opierała się na podstępie i aplauzie tych pajaców w dresach.

Z rozmachem wbiła mu ostry i lśniący hak w ramię. Wysoko, aż pod sam rozjarzony zimnym światłem jarzeniówek sufit, wzniósł się jego kwik.


CZĘŚĆ I

TERAZ

Warszawa. Listopad. Środa

Korek zaczynał się już w połowie ulicy Sanguszki. Opadającą łukiem ku Wisłostradzie drogę wypełniały samochody rozedrgane poranną nerwowością kierowców. Pół metra do przodu, trochę w lewo, trochę w prawo. Na sąsiedni pas. Z powrotem. Byle zachować złudzenie, że jednak posuwam się do przodu.

Z miejsca, w którym uliczka łączyła się z najważniejszą arterią stolicy, dobiegały wysokie dźwięki klaksonów, złowrogie pomruki motorów, nerwowe błyski czerwonych świateł stopu. Na wszystkich – obojętna wobec buchającego złą energią kłębowiska – padała sobie drobna, jesienna mżawka.

– Tylko spokojnie – wyszeptał do kierownicy Bartosz Konecki. – Jeszcze parę chwil i będę w biurze.

Wyobraźnia natychmiast podsunęła mu tę wyczekiwaną chwilę. Zobaczył, jak otwiera drzwi i od razu kieruje się do biurka. Przeszukuje szufladę, wyjmuje opakowanie alpraksu, bierze tabletkę i popija kranówką. Kilka chwil i wszystko się kończy. Ogarniają go spokój i poczucie bezpieczeństwa. Myśli się prostują, a wspomnienia wracają tam, gdzie ich miejsce – do ciemnej jamy zapomnienia.

Korek znów ruszył. Dwa, cztery, pięć metrów. Ładny skok. Zdezelowany golf dwójka, zabytek motoryzacji kupiony przez Bartka pół roku temu za grosze od faceta, który nie patrzył mu w oczy, zadymił czarną sadzą, zaterkotał wysłużonym silnikiem diesla i minął łuk obok stacji benzynowej. Dalej rozpościerał się widok na kompletnie zapchaną autami trzypasmówkę biegnącą wzdłuż rzeki.

W tylnej szybie samochodu jadącego przed golfem – granatowe suzuki liana, rzadki model – Konecki zobaczył twarz młodej kobiety.

Odwrócona w jego stronę dziewczyna musiała chyba klęczeć na swoim fotelu. Jej wzrok wydał mu się nieprzytomny, błędny, zagubiony. Pijana? Ćpunka? A może wariatka?

Alprax. Że też musiał zostawić go w biurze. Gdyby miał teraz przy sobie choć jedną pigułkę… Ale cóż. Jolka zrobiła się ostatnio bardzo czujna. Zmieniał leki i opakowania, żeby ją zmylić, ale to przestawało już działać. Szybko nauczyła się rozpoznawać tabletki każdej odmiany benzodiazepiny, która pomagała mu utrzymywać się w pionie: Diazepam, Lorafen, Xanax. Od kiedy wywaliła mu ledwo napoczęte opakowanie Neurolu, wolał nie ryzykować i trzymał leki w pracy. To skazywało go jednak na bolesne konfrontacje z każdym kolejnym porankiem.

– Odstaw to świństwo, Bartek! – Jolka mówiła to poważna i zatroskana, co budziło w nim jeszcze większy niepokój. – Dlaczego znowu bierzesz? Co się dzieje? Robię coś źle? Czymś się gryziesz?

Cholera. Jasne, że to nie jej wina. Tylko jak jej to wytłumaczyć? Ich życie było sielanką. Było? Właściwie powinno być. Jolka się starała. Kochała go, to pewne. I on ją też. Spędzali ze sobą fantastyczne chwile. A jednak od środka zżerał go robal o wielu imionach. Niepewność. Strach. Przerażenie. Nuda.

Znów spojrzał na dziewczynę za szybą. Nie zmieniła pozycji. Wciąż wyglądała zza zagłówka swojego fotela. Ich spojrzenia się spotkały. Naraz wydało mu się, że w jej zamglonym wzroku dostrzega prośbę. Błaganie o pomoc.

Nie wariuj – upomniał się w myślach. Nic się nie dzieje, laska po prostu nie zdążyła napić się kawy.

Mimo to niepokój narastał. Bartek zaczął już nawet całkiem serio rozważać wyjście z samochodu, podejście do tamtego auta, a potem…

Mógłbym zapukać w szybę i grzecznie spytać, czy wszystko w porządku. A gdybym uznał, że…

Zauważył go w ostatniej chwili. Srebrna mazda przecięła podwójną ciągłą, wyprzedziła kilka aut, pędząc po łuku drogi pod prąd, i teraz, unikając czołowego zderzenia z jadącą pod górę ciężarówką, wepchnęła się właśnie przed niego. Tuż przed balustradą rozdzielającą na zakręcie dwa pasma ulicy. W ostatniej chwili zahamował i odruchowo nacisnął klakson. Golf szarpnął się na zużytych amortyzatorach.

Kierowca mazdy otworzył okno i wystawił środkowy palec. Ręka w białej koszuli, dobry zegarek na nadgarstku. Pewnie menedżer średniego szczebla w drodze do swego korporacyjnego raju.

Konecki zacisnął wielkie dłonie na wątłym kole kierownicy. Twardy ebonit – czy z czego tam przed ćwierćwieczem robiono koła sterowe volkswagenów – zaskrzypiał i lekko ustąpił.

– Spokojnie, zaraz będę w biurze – powtórzył swoją poranną modlitwę Bartek.

Już nie myślał o tamtej dziewczynie.

Wiedział, że ma problemy z kontrolowaniem agresji. To był efekt uboczny abstynencji benzodiazepinowej, pojawiający się zawsze wtedy, kiedy nie łyknął na czas kolejnej tabletki. Dwa miesiące temu, gdy próbował odstawić psycho-

tropy, stłukł do nieprzytomności pewnego tatusia, który w jego obecności strzelił na odlew w pysk swojego kilkuletniego chłopca. Tatusia miał tylko wyśledzić na zlecenie mamusi. Facet zgarnął swojego syna spod szkoły i zniknął. Jego żona, z którą koleś właśnie toczył w sądzie bezpardonowy bój zwany sprawą rozwodową, odchodziła od zmysłów. Tatuś wcześniej niezbyt interesował się dzieciakiem, wolał towarzystwo tancerek go-go, ale gdy żona złożyła pozew, uznał, że odbierze jej chłopaka. Konecki wypełnił swoje zadanie i czekał tylko na przyjazd zleceniodawczyni. Nie miał prawa się mieszać. A jednak się nie powstrzymał.

Sznur samochodów znów ruszył. Pierwszy bieg, a potem – alleluja! – nawet i drugi. I w tym momencie facet w srebrnej maździe raptownie zahamował. Nie musiał, mógł jechać dalej, ale najwyraźniej uznał, że sprawa z golfem, który na niego zatrąbił, wymaga dokończenia.

Bartek wdepnął środkowy pedał, a klocki hamulcowe zaprotestowały wysokim piskiem. Omal nie zarył nosem w przednią szybę.

– Spokojnie. – Po raz trzeci spróbował swojej mantry. – Tylko spokojnie.

Sprawa pobicia tamtego tatusia, mimo korzystnych zeznań chłopca złożonych w obecności psychologa, wciąż była w toku. Nie mógł sobie pozwolić na kolejną burdę. Siedział więc napięty jak pięść za kierownicą dychawicznego volkswagena i niemal błagał w myślach tamtego, żeby odpuścił.

Jednak kierowca mazdy najwyraźniej brak reakcji na zaczepki odczytał jako słabość. Srebrne drzwi otworzyły się i wypluły ubranego w koszulę, spodnie od garnituru i krawat osiłka o sprężystych mięśniach, w pocie czoła wypracowanych w klubie fitness w ramach karnetu pracowniczego VIP plus.

– Coś ci się nie podoba? Masz jakiś problem, frajerze? – Głos dobiegł do wnętrza kabiny golfa przez zamkniętą szybę.

Bartek rozpaczliwie wpatrywał się w majaczącą w oparach mgły Wisłę.

– Spokojnie, zaraz będę w…

Plask! Krawaciarz potraktował maskę golfa z otwartej. Bartek niemal usłyszał szmer osypującej się rdzy. Alprax. Potrzebował go.

Kierowca mazdy był już przy drzwiach. Szarpnął klamkę. Zamaszyście otworzył.

– Pytałem, czy coś ci się…

Konecki powoli oderwał wzrok od skłębionych wirów Wisły i przeniósł go na korporacyjnego rekina. Niespiesznie odpiął pas i wystawił przez próg nogę, a za nią resztę swojego nazbyt zwalistego ciała. Oczy podobno są zwierciadłem duszy. Kiedy spojrzenia Bartka i krawaciarza w końcu się spotkały, goguś cofnął się, przyklapł i zerknął nerwowo w bok, jakby czekał na odsiecz. Odchrząknął, a jego grdyka wykonała rozpaczliwy skok w górę i w dół.

– Ja, ee… – W jego głos wkradły się nieco piskliwe tony.

Bartek położył ciężką dłoń na śnieżnobiałym ramieniu, nachylił się nad opaloną w solarium twarzą i pojednawczo zamruczał wprost w rozszerzone strachem źrenice:

– Miłego dnia. A teraz spadaj, pajacu.

***

Konecki nie lubił swojego biura. Miejsce niby idealne – między rondem Wiatraczna a placem Szembeka. Tuż nad salonem gier Las Vegaz, blisko sklepu Alkohole 24 h, obok ruchliwej Grochowskiej. Skromny szyld widać było z przejeżdżających obok tramwajów, autobusów i stojących na światłach samochodów. Mimo to nie umiał zapuścić tutaj korzeni. A może to nie była wina miejsca, lecz katastrofalnego stanu jego finansów? Wciąż nie chciał się do tego przyznać, nawet sam przed sobą, ale wyglądało na to, że się przeliczył. Na palcach obu rąk mógłby policzyć wszystkich klientów, którzy zgłosili się do niego w ciągu pierwszych trzech miesięcy funkcjonowania firmy.

– Cześć, Brudny Harry! – wesoło powitał go podobny do wieprza blondyn, ochroniarz z salonu gier, na oko sto dwadzieścia kilo muskulatury wymęczonej na siłowni.

– Cześć, Piggy – odburknął.

– Nie nazywaj mnie tak! – usłyszał oburzony głos, kiedy wspinał się po schodach długiego pawilonu handlowego.

„Agencja Detektywistyczna. Grupa Konecki” – powitała go tabliczka na drzwiach. Tabliczka jak tabliczka, zdążył się przyzwyczaić nawet do tej „grupy”, której dopisanie doradziła mu Jolka. Twierdziła, że „grupa” brzmi poważniej niż jakiś tam „prywatny detektyw”. Zdziwiło go co innego – o drzwi jego biura opierał się jakiś facet.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tamten był ubrany w garnitur. Zapięta marynarka ujawniała charakterystyczne uwypuklenie pod lewą pachą. Konecki natychmiast skojarzył je z kaburą pistoletu. Odkąd został detektywem, też sobie taką sprawił. Tyle że nosił luźniejsze

marynarki.

Nieznajomy był o dobre pół głowy niższy od Bartka, ale przysadzista sylwetka i zdeformowane, pokryte bliznami uszy zdradzały byłego zapaśnika. Niedokładnie wygolona głowa ujawniała sięgającą głęboko łysinę i parę starych blizn. Oczy miał czarne, pewne siebie, spokojne. Był także starszy od Koneckiego o kilkanaście ładnych lat. Może nawet dwadzieścia? Na pewno dawno przekroczył już

pięćdziesiątkę.

To jeden z tych, którzy zawsze dostają dokładnie to, czego chcą – pomyślał Bartek, a na głos zapytał:

– Pan do mnie?

Facet zaciągnął się papierosem i niespiesznie wypuścił strugę dymu w kierunku sufitu. Jego mięsiste usta wykrzywił cień asymetrycznego uśmiechu. Lewy kącik w górę, prawy w dół.

– Znasz się na ludziach – wycedził. – Słusznie nazwałeś tego z dołu ciotą.

– Nazwałem go Piggy. To kukiełka z Muppet Show, a nie ciota.

Bartkowi nie podobał się ten człowiek. Niepokoił go.

– Dla mnie Piggy to ciota, ale jak tam sobie chcesz. – Łysy pojednawczo wzruszył barami, po czym zgasił peta w dwóch palcach i pstryknął nim w dół schodów, ku popatrującemu na nich ochroniarzowi. – Przyszedłem w interesach. Otwierasz to swoje Miami Vice czy mam iść do konkurencji?

Wchodząc do środka, Bartek uświadomił sobie z rozdrażnieniem, że chwila sięgnięcia po alprax znacząco się oddala. I to też mu się nie spodobało.

Klient ostentacyjnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Biurko, fotel, komputer, szafa pancerna, półka skoroszytów, telewizor. I mały komplecik w rogu: niski stolik, sofa, dwa wątłe krzesła. Obok drzwi do mikroskopijnej kuchenki.

– Trochę tu drętwo. – Gość rozejrzał się z błazeńskim wyrazem twarzy. – Przydałby ci się, chłopie, barek na kółkach. Albo chociaż akwarium.

– Wolałbym, żeby się pan najpierw przedstawił. Gwarantuję dyskrecję, ale chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia.

Zapaśnik opadł na sofkę. Mebel jęknął, coś w nim trzasnęło, ale wytrzymał. Konecki oparł się o biurko, splatając ręce na piersi.

– Grunt, że my wiemy, z kim mamy do czynienia – odparł tamten, zakładając ręce za głowę. Wypukłość pod marynarką omal nie wyrwała jej guzików.

Co on tam ma? Przedłużonego glocka? Magnum? Strzelbę myśliwską?

– Były komisarz elitarnego Wydziału Terroru Kryminalnego, obiecujący detektyw, człowiek, który miał siłę podnieść się z ciężkiego załamania nerwowego, by znaleźć ukojenie w ramionach koleżanki po fachu, a wcześniej zastrzelić podłego przestępcę. Á propos, jak ci się układa z uroczą komisarz Jolantą Bończak? Koledzy już chyba nie nazywają jej lesbą?

Góra mięsa spoczywająca na jego sofce zamilkła i przyglądała mu się z uśmiechem.

Koneckiemu pojaśniało przed oczami. Jaskrawa biel zalała pokój. Ramiona rozplotły się, dłonie zacisnęły w pięści.

Spokojnie! – surowo rozkazał sobie w myślach.

Ta prowokacja miała jakiś cel. Tamten chciał go wybadać. Chciał sprawdzić, na ile panuje nad sobą? Zweryfikować krążące swego czasu po Komendzie Stołecznej plotki, że bywa porywczy? A może wręcz przeciwnie, wybadać, czy nie jest tchórzem? Wszystko jedno. W razie potrzeby znajdzie przecież czas, żeby mu dać po gębie.

– Podkomisarz.

Brwi zapaśnika poszybowały na środek niskiego czoła w wyrazie zdziwienia.

– Co: podkomisarz?

– Kiedy mnie wywalono z policji, byłem podkomisarzem.

– Aha.

– No to skoro nie mam już przed tobą tajemnic, gadaj, grubasie, z jaką sprawą przychodzisz. Albo zrzucę cię w końcu z tych schodów.

Człowiek w opiętym garniturze rubasznie zarechotał. Kiwnął głową z uznaniem.

– Już lubię twój styl. Dam ci więc to zlecenie.

– Jakie zlecenie?

Zapaśnik przestał się śmiać.

– Amelia Stokrocka – oznajmił z lekkim patosem.

Bartek czym prędzej przeszukał zakamarki pamięci, ale nie znalazł w niej żadnego pliku o takiej nazwie.

– Kto to taki?

Wąskie, ale najwyraźniej bardzo ruchliwe brwi znów poszybowały na środek czoła.

– No co ty, chłopie? Telewizji nie oglądasz?

– Okazjonalnie. – Konecki rzucił okiem na zakurzone LCD stojące w przeciwległym rogu. Odbiornik nie był nawet włączony do kontaktu.

– Wschodząca gwiazdka ekranu. Na razie właściwie tylko pogodynka, ale już dostała rólkę w jakimś filmie, a poza tym przebąkuje się, że ma wejść do telewizji śniadaniowej. W branży wróży się jej karierę równie wielką jak

jej cyce.

– Aha.

– Słabo znasz to środowisko, co? – Mężczyzna przyjrzał mu się badawczo.

– Przeszkadza ci to?

– Ani trochę. – Tym razem facet pokazał w uśmiechu nawet zęby. – Ważne tylko, żebyś jej nie spłoszył. Były glina chyba tyle potrafi?

Konecki nie odpowiedział. Patrzył na gościa i zastanawiał się, z kim ma do czynienia. Wbrew swojej powierzchowności facet był całkiem inteligentny. Umiał narzucić własne warunki w rozmowie, zręcznie manipulował. Wyglądał na bandytę, ale Bartek raczej obstawiałby, że to były gliniarz. Jak on sam. Pytanie tylko, komu teraz służy?

– Mam ją śledzić? Po co? Jeśli w celu dokonania jakiegoś przestępstwa, to ci powiem od razu, żebyś…

– Spokojnie, spokojnie! – Łysy nieświadomie użył dzisiejszej mantry Bartosza Koneckiego. – Masz ją śledzić, prawda, ale tylko po to, by sprawdzić, czy się laska nie puszcza na boku. Capisci?

Zamaszystym gestem sięgnął do bocznej kieszeni marynarki i wyjął złożone na cztery dwie kartki maszynopisu. Rzucił je na stolik, a Konecki zanotował, że na jego nadgarstku błyszczy zegarek wart co najmniej dwadzieścia

tysięcy.

– Przeczytaj i wyryj to sobie na pamięć. – Gość znów odezwał się władczo. – Nie mogę ci tego zostawić.

Bartek oderwał się od biurka, uświadamiając sobie, że wszystkie mięśnie ma napięte. Podszedł sztywno, rozprostował

kartki i rzucił okiem. Na pierwszej adres Amelii Stokrockiej i jej cechy fizyczne. Wzrost 175 centymetrów, oczy niebieskie, szczupła budowa ciała. Na drugiej zobaczył zdjęcie pięknej blondynki z włosami związanymi w kok. Patrzyła w obiektyw lekko skośnymi, może odrobinę zbyt blisko osadzonymi oczami z intensywnością, która wypalała dziury na jego siatkówce.

– Zazdrosny mąż? – zapytał.

– Nie jest mężatką.

– Narzeczony, który chce ją sprawdzić przed ślubem?

– O ile wiem, nie planuje w najbliższym czasie małżeństwa.

– To dla kogo mam ją śledzić?

– To show-business, kolego. Show-business! – Zapaśnik poklepał się po kieszeniach, wydobył paczkę cameli i zapalił, nie pytając o zgodę ani nie częstując. – W tym świecie ludzi łączą najróżniejsze powiązania. Nie nadążysz za tym. I nie próbuj. Masz tylko wynotować, z kim i kiedy ta księżniczka się spotyka. Zdjęcia, nazwiska, o czym rozmawiali. No i oczywiście, czy daje komuś dupy.

Dym tytoniowy uderzył Bartka w nozdrza, budząc natychmiast rozpaczliwą tęsknotę za paleniem. Rzucił papierosy pół roku temu, kiedy wprowadził się do Jolki. Trzymał się tamtego postanowienia. Wystarczy, że wrócił do zażywania psychotropów… Żeby zająć czymś ręce, poszedł więc do kuchni po spodeczek (popielniczki nie miał) i podstawił gościowi. Nie chciał, żeby grubas wypalił mu dziurę w niespłaconych jeszcze meblach.

– Skoro to taka gwiazda, czemu nie wybraliście jakiejś sprawdzonej sieciówki detektywistycznej? – spytał. – Aha, i wciąż jeszcze nie wiem, z kim mam do czynienia.

Zapaśnik zaciągnął się jak lokomotywa, wstał i zhartował ledwo nadpalonego papierosa na talerzyku. Wyraźnie zbierał się do wyjścia.

– Wybraliśmy ciebie właśnie dlatego, żebyś nie zadawał takich pytań. Chyba nie narzekasz na nadmiar roboty, co? – Puścił oko. – Chcemy być pewni, że nie schrzanisz zlecenia. Byłeś niezłym gliną. Pasujesz nam. I wszystko

w temacie.

Konecki dobrze wiedział, że powinien odmówić i że zgodnie z prawem nie wolno mu przyjąć zlecenia bez podpisania umowy. Ta sprawa cuchnęła na kilometr. Jednak z drugiej strony faktycznie musiał ostatnio pozwolić, by to Jolka go utrzymywała. Nie miał pieniędzy. Miał długi. A do tego codziennie śniło mu się, że jest gliniarzem. Kiedy budził się rano i dopadała go świadomość, że zamiast do pałacu Mostowskich musi jechać do jakiejś kanciapy, miał chęć wbić zęby w ścianę. Jeśli będzie odrzucał oferty z powodu etycznych czy proceduralnych rozterek, zamknie ten biznes jeszcze przed końcem roku. Kim się wtedy stanie? Utrzymankiem? Cieciem w supermarkecie? Menelem?

– Wiem, że zastanawiasz się, w co cię wrabiam. – Zapaśnik przerwał mu te rozmyślania. – Otóż bądź spokojny. Ta sprawa nie ma drugiego dna. Po prostu chodzi o laskę, której być może trochę zbyt łatwo rozjeżdżają się nogi. To twoja zaliczka.

Jeszcze nie przebrzmiały jego słowa, a na stoliku już lądował cały rulon banknotów. Bartek energicznie przełknął

ślinę.

– Pięć tysięcy. Zadanie jest proste, więc spraw się szybko. A jak skończysz, zadzwoń pod ten telefon. – Mężczyzna pstryknął w jego kierunku wizytówką z samym tylko numerem. Wtedy dorzucę jeszcze dwa razy tyle.

Powiedziawszy to, od razu odwrócił się do drzwi. Nie czekał nawet na odpowiedź.

– Od jak dawna nie pracujesz w policji? – zawołał za nim Bartek.

Szerokie jak kredens z czasów sanacji plecy zesztywniały. Masywny korpus zamarł w pół kroku. Kiedy jednak łysy się odwrócił, na jego ustach znów igrał asymetryczny

uśmiech.

– Od początku powtarzałem mojemu wspólnikowi, że komisarz Konecki to bystrzak – zarechotał. – I że najlepiej nadaje się do delikatnej roboty. Tylko proszę… – Znów puścił oko. – Tym razem nikogo nie zabijaj.

Wyszedł, a po chwili z dołu dobiegło jego tubalne: „Cześć, Piggy!” i urażone protesty ochroniarza. Bartek pozostał w swoim biurze z nieprzyjemną świadomością, że naprawdę został dokładnie prześwietlony. Czy tak postępuje ktoś, kto chce złożyć detektywowi banalne zlecenie? Doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Pakował się w kłopoty. Ale jaki miał wybór?

Jednym ruchem zgarnął pieniądze ze stołu i schował je do kieszeni marynarki. Czuł, że przepalają mu kieszeń.

Dwa, trzy dni pracy, a potem zgarniam forsę i o wszystkim zapominam – solennie obiecał sobie w myśli, kierując się ku szufladzie biurka.

I wtedy zdał sobie sprawę, że w ogóle nie ma ochoty na tabletkę prasującą zwoje mózgowe. Może i właśnie popełnił błąd, a nawet złamał prawo. Ale znów czuł, że jest w swoim żywiole. Jak dawniej.

(...)

źródło: materiały prasowe wydawnictwa