#

Nagranie

Małgorzata Falkowska

Toruniem wstrząsa fala zaginięć. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy zaginęło pięciu młodych mężczyzn. Tajemniczą sprawę prowadzi komisarz Maciej Gorczyński. A jedyną poszlaką są zagadkowe nagrania, na których każda z ofiar przekazuje dziwną wiadomość. Elektryzujący kryminał. Komu uwierzysz, gdy wszyscy kłamią? A czy Ty masz już swoje NAGRANIE?

Toruń. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy zaginęło pięciu młodych mężczyzn. Sprawę prowadzi komisarz Maciej Gorczyński. Jedyną poszlaką są tajemnicze przesyłki, które otrzymują rodziny zaginionych. To płyty z krótkimi filmami, na których każda z ofiar przekazuje dziwną wiadomość.

„Nazywam się Kacper Ropejko. Wiem, że zgrzeszyłem i wiem, że to, co mnie spotkało jest jedynym dobrem, jakie mogłem wyrządzić na tym świecie. Mnie już nie ma, ale wy jeszcze jesteście. Jeszcze! Wesołych Świąt.”

Komisarz Gorczyński wie, co oznaczają te nagrania. Ma do czynienia z psychopatycznym seryjnym mordercą, którego motyw pozostaje nieznany. Policjant postanawia włączyć w sprawę zaprzyjaźnioną jasnowidz Sylwię Trojanowską. Nietypowy duet musi jak najszybciej schwytać sprawcę, który śledzi każdy ich ruch.

Nagrań przybywa, a szokujące nagłówki gazet przerażają coraz więcej Torunian. Wkrótce wizje Trojanowskiej prowadzą do Fundacji LifeTrans, założonej przez jednego z profesorów Collegium Medicum.

PRAWDZIWE TŁO KSIĄŻKI

Inspiracją do napisania „Nagrania” była dla Małgorzaty Falkowskiej prawdziwa fala zaginięć młodych mężczyzn w Toruniu na przełomie 2016 i 2017 roku.

Pierwszym z nich był dwudziestodziewięcioletni Remigiusz Baczyński, który w nocy z 30 na 31 grudnia 2016 r. opuścił klub gdzie bawił się razem z kolegami, a następnie udał się na taras widokowy nad Wisłą i tam ślad po nim zaginął.

Kolejne zaginięcie wydarzyło się zaledwie trzy miesiące później, bo już w marcu 2017 r., gdy to dwudziestoczteroletni Kamil Piórkowski, także opuścił klub i udał się nad Wisłę, a ślad po nim zaginął na tarasie, tyle, że po drugiej stronie rzeki niż Baczyńskiego.

Zwłoki Kamila Piórkowskiego odnaleziono po kilku miesiącach w Wiśle i stwierdzono nieszczęśliwy wypadek, natomiast Remigiusza Baczyńskiego nie udało się odnaleźć do dzisiaj.

Podobno w tamtym czasie w Toruniu odnotowano zadziwiająco wysoką liczbę zgłoszonych zaginięć, niemniej jak się okazało później większość z nich została „upozorowana” ponieważ rzekomi zaginięć chcieli zabłysnąć w lokalnych mediach.

FRAGMENT:

15 grudnia 2016,

godzina 9.03 Toruń,

ul. Bażyńskich,

mieszkanie Sylwii Trojanowskiej

"Seria w Toruniu wciąż trwa. Kolejne zaginięcie na toruńskim Bulwarze” – głosił udostępniony przez jednego z moich facebookowych znajomych nagłówek. Musiałam to sprawdzić. Kolejny przypadek w tym samym miejscu? To już piąty w ciągu sześciu miesięcy. Postanowiłam sprawdzić informację na zaufanym toruńskim portalu miejskim. Chillitorun.pl byli zawsze w centrum wydarzeń, i to nie tylko tych kulturalnych. Otworzyłam ich stronę i wtedy uwierzyłam. Oni też pisali o kolejnym zaginięciu. Kliknęłam na zdjęcie młodego chłopaka w niebieskiej bluzce Nike, aby wyświetlić cały tekst.

Zaginął mieszkaniec Torunia. Policja i rodzina proszą o kontakt w sprawie Mariusz. Gdzie jest Mariusz Kołodziej? To pytanie od soboty zadaje sobie rodzina oraz znajomi dwudziestodwulatka, który w nocy z 10 na 11 grudnia bieżącego roku wyszedł do klubu i nie wrócił. W minioną sobotę Mariusz miał bawić się ze znajomymi z pracy w jednym z toruńskich klubów. Z zeznań kolegów obecnych na imprezie wynika, że Mariusz tam w ogóle nie dotarł, a kontakt z nim urwał się około godziny dwudziestej drugiej trzydzieści. Współlokatorzy, z którymi wynajmował mieszkanie w jednym z bloków Na Skarpie, zauważają, że z domu wyszedł chwilę po dwudziestej, aby zdążyć na promocję na alkohol, trwającą w klubie do dwudziestej pierwszej. Gdzie jest Mariusz i dlaczego nie kontaktuje się z bliskimi? Tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że jego telefon stracił sygnał na toruńskich Bulwarach, gdzie znaleziono także jego portfel. Mariusz Kołodziej w dniu, w którym zaginął, ubrany był w białą sportową koszulę marki New Yorker, ciemne dżinsy Big Star, puchową szarą kurtkę Diverse oraz czarne buty Kappa. Chłopak ma sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, wysportowany. Policja oraz rodzina proszą o kontakt w sprawie. Jeśli coś wiecie lub coś się wam wydaje podejrzane, dzwońcie pod podane poniżej numery telefonu.

Z ciekawości spojrzałam na górę strony, aby zobaczyć, kto napisał artykuł. „Marcin Morkowski”, przeczytałam, jedynie upewniając się, że wiadomości są rzetelne. Morkowski słynął z tego, że skrupulatnie wszystko sprawdzał. Miał prawdziwego fioła na tym punkcie. Nie wypuszczał informacji, których nie potwierdziła wcześniej policja lub chociaż znajomi zaginionego. Nic dziwnego, że został naczelnym. W każdym z artykułów na stronie wyczuwało się jego twardą rękę, jaką zarządzał portalem. Ponownie rzuciłam okiem na tekst, ciesząc się, że współlokatorzy chłopaka tak dokładnie opisali jego ubiór. Rzadko się to zdarzało, a mogło naprawdę pomóc. Dopiero po chwili odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Duże, głęboko osadzone, niebieskie oczy. Nie było w nich strachu. Zaczynałam czuć z nim więź. Wiedziałam, że i z tą sprawą policja trafi w końcu do mnie. Podobnie jak z wszystkimi innymi dotyczącymi zaginięć młodych mężczyzn na toruńskich Bulwarach. To nie mógł być przypadek. Przypadki nie są regułą. Nie tutaj!

15 grudnia 2016 roku,

godzina 9.05 Toruń,

ul. PCK Komenda Miejska Policji

gabinet Macieja Gorczyńskiego

Media podały do publicznej informacji wiadomość o zaginięciu kolejnego chłopaka. Piątego w ciągu półrocza. To już nie mógł być zbieg okoliczności, to musiała być jakaś szersza, zaplanowana akcja. Tylko gdzie znów zawiniliśmy? Wzmożone patrole w centrum jak widać nie zagwarantowały bezpieczeństwa. Nie możemy być wszędzie. Nie mamy tylu ludzi na służbie, aby osadzić ich we wszystkich wąskich uliczkach tego miasta. To by było niewykonalne. Komendant o tym wiedział, ludzie także musieli sobie zdawać z tego sprawę, a cała wina znów spadła na nas. Te podpisy pod artykułami o zaginięciu Kołodzieja pokazują, jak nieufni w stosunku do nas są mieszkańcy.

„Mendy, nie policja” „Pierdoły, tylko śpią w radiowozach, zamiast chodzić po mieście” „Lepiej grzać dupy w samochodach niż szukać przestępców” „I po co nam taka policja? Sami się boją, cieniasy”

Przypominałem sobie niektóre z komentarzy, wiedząc, że i komendant je przeczyta. „Że też mi musiała się trafić sprawa tych zaginięć” denerwowałem się, żałując, że tak ochoczo zgłosiłem się do pierwszej sprawy. Lipiec. To wtedy zaginął Kacper Ropejko, z którym mój syn chodził kiedyś do liceum. Siedzieli razem w ławce w popularnej toruńskiej „Jedynce”, marząc o tym, że zostaną w przyszłości lekarzami. I tak pewnie by się stało, gdyby nie to, że Kacper zaginął, będąc na drugim roku studiów medycznych. Przyjechał na weekend z Poznania, miał się spotkać ze znajomymi z liceum. Mój Wojtek też tam był, też się z nimi bawił, pił piwo, a może coś mocniejszego. Wiem tyle, że on wrócił, a Kacper nie dotarł do domu. Ślad po nim urwał się na toruńskim Bulwarze. Nie musiał tamtędy wracać, aby dotrzeć na Bielany, gdzie mieszkali jego rodzice. Miał wsiąść w taksówkę, lecz żaden taksówkarz go nie pamiętał. Zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu. – Stary cię woła. – Słowa Ryśka przerwały moje rozmyślania. „No to będziesz się teraz, durniu, tłumaczył”, nawet nie miałem siły siebie pocieszać. Nie chodziło tu o mnie. Sam miałem syna w podobnym wieku co wszyscy zaginieni w minionym półroczu. Wstałem z krzesła, aby udać się do gabinetu komendanta. Tam nie mogło spotkać mnie nic dobrego. Wiedziałem to doskonale.

***

– Czy was, kurwa, popierdoliło?! – Nie byłem pewien, czy z jego ust padło pytanie, czy raczej stwierdzenie. Komendant Stanisław Zarzycki. Po godzinach pracy byliśmy dobrymi kumplami, ale tutaj musiałem pamiętać, kto rządzi. On był szefem, a ja miałem wykonywać jego polecenia. Według niego powinienem być szybszy niż przestępcy. Zawsze na kolegiach prawił nam te swoje filozoficzne gadki typu „nim złodziej pomyśli, że chce ukraść, wy już musicie go złapać”. Nie rozumiał, że bez kradzieży nie ma przewinienia. – Robimy, co w naszej mocy, ale… – Robimy, co w naszej mocy – przedrzeźniał mnie, wymachując energicznie rękoma. – Słyszę to już od prawie pół roku, a oni, cholera, wciąż znikają. I nie mów mi, kurwa, Gorczyński, że mógł wpaść do Wisły, bo płetwonurkowie to już jej dno, do cholery, na pamięć znają przez te wasze przypuszczenia. – Ale… Próbowałem mu wytłumaczyć, że istniało duże prawdopodobieństwo, że zaginieni faktycznie skończyli w rzece, jednak on znów mi przerwał. Wolałem już nie używać przy nim słów „przypuszczenia” oraz „prawdopodobieństwo”, bo wyraźnie od dłuższego czasu był na nie uczulony, bardziej niż na orzechy. – Czy ty widziałeś, co o was piszą?! – Rzucił mi wydruki komentarzy, które czytałem niedawno na toruńskich portalach. Nie chciałem znowu do nich zaglądać, znałem je już praktycznie na pamięć. Po każdym kolejnym zaginięciu, pojawiały się, jakby ich autorzy stosowali metodę kopiuj–wklej. Udałem, że na nie patrzę, aby zebrać myśli. Potrzebowałem czegoś „wow”, co przekona nie tylko komendanta, ale i mieszkańców, że nam też zależy na wyjaśnieniu sprawy. Bo czy można mówić, że chcemy schwytać sprawców, skoro nie mamy pewności, co się właściwie wydarzyło? – Powiesz, coś w końcu, kurwa, czy będziesz tak siedział z założonymi rękoma i potem mi powiesz to twoje „robimy, co w naszej mocy” – przedrzeźniał mnie ponownie. – A co mam powiedzieć? Nie powiem tego, co chcesz usłyszeć! – broniłem się. – Doskonale wiesz, że wszystkie ślady kończą się w tym samym miejscu! Może pora umieścić tam kamery, mówimy o tym od dawna. Zresztą nie tylko my, ale i mieszkańcy. Ale po co, lepiej zająć się wycinaniem drzew na Sobieskiego.

Temat kamer był jednym z tych delikatnych. Miasto obsadzone kamerami, nie miało ich w jednym z centralnych punktów i nikt nie wiedział dlaczego. Bo na pewno z tego powodu, że było tam bezpiecznie. Może kiedyś dochodziło tam do kilku mało znaczących bójek, w których nikt nie ucierpiał, ale teraz chodziło o życie młodych chłopaków. Na razie pięciu, ale byłem pewien, że to nie koniec. – Jak wam za ciężko to sobie Supermana zawołajcie albo resztę tych waszych Awangardów z tych gier, co po godzinach włączacie, myśląc, że nie widzę! – Przyzwyczaiłem się już chyba do jego dogryzania. Po godzinach nie był zły. Wtedy mogło się go nawet pomylić z człowiekiem, jeśli się go nie znało. – Avengersów – poprawiłem go z uśmiechem.


o autorce:

Małgorzata Falkowska

Jest torunianką. Dotychczas była głównie autorką powieści obyczajowych, z książką „Nagranie” wkracza w fascynujący ją świat kryminałów. Jest absolwentką Uniwersytetu Mikołaja Kopernika oraz Akademii Pedagogiki Specjalnej, a także pedagogiem specjalnym, oligofrenopedagogiem, surdopedagogiem i terapeutą zajęciowym. Na co dzień pracuje w Środowiskowym Domu Samopomocy Fundacji im. Brata Alberta w Toruniu. Pokazuje innym, że praca z osobami niepełnosprawnymi może być nie tylko źródłem zarobku, ale i pasją.

Autorka powieści: „Mąż potrzebny na już” (2016), „Gorzej być (nie) może” (2016), „Po co komu biała kredka?” (2017), „Poszukiwani, poszukiwany” (2017), „To nie jest twoje dziecko” (2018), „Paleta marzeń” (2018), „Ilias” (2019).