#
#

tytuł: Zmyślenie

autor: Jess Ryder

premiera: 25.03.2020 r.

wydawnictwo: Burda Książki

ISBN: 9788380537088

liczba stron: 368

Zmyślenie

Jess Ryder

Związki to nie jest prosta sprawa. A miłość wymaga poświęceń.

Gdy Stella znajduje wymarzony dom, Jack godzi się z tym, że muszą opuścić tętniący życiem Londyn. Kiedy Jack mężnie znosi niekończący się remont i długie dojazdy, Stella przymyka oko na jego coraz późniejsze powroty. A kiedy w ich nowym domu pojawia się uciekająca przed mężem Lori, Jack zgadza się dać jej schronienie – wie, że to ważne dla Stelli.

Ale miłość też ma swoje granice.

Z każdym kolejnym ustępstwem Jack i Stella brną w coraz większe kłamstewka. Wymarzony (albo jak woli Jack: nieszczęsny) dom nie ułatwia sprawy: dziecięce rysunki pod tapetą w jednym z pokoi napawają grozą, znalezione w innym zapiski wprowadzają niepokój, a przeszłość budynku, będącego kiedyś schroniskiem dla ofiar przemocy domowej, nie daje nadziei na zbudowanie tutaj szczęśliwego rodzinnego gniazdka.

Do tego wszystkiego Lori, która wie o domu zaskakująco dużo. A nawet – podejrzanie dużo. I ochoczo nie tylko pomaga Stelli w remoncie, lecz także doradza w problemach z Jackiem. Pytanie tylko, jaki ma w tym interes?


NASZA RECENZJA

FRAGMENT DO CZYTANIA


O autorce:

Pod pseudonimem Jess Ryder ukrywa się Jan Page, pisarka, scenarzystka, dramaturżka i nagradzana producentka telewizyjna, która po latach tworzenia dla dzieci postanowiła spróbować swoich sił na polu literatury zanurzonej w atmosferze zbrodni. Jej pasją jest lepienie garnków.



Fragment prologu:

Nocne niebo przypominało pole bitwy: płonęło, skrząc się kolorami. Odgłosy eksplozji sprawiały, że serce raz po raz skakało jej do gardła. Kręciło się jej w głowie, jakby sama miała zaraz wzbić się w górę i rozpaść na milion błyszczących kawałeczków. Była rzymskim ogniem, petardą, cudowną fontanną złotego deszczu.

Powietrze zgęstniało od przesiąkniętego siarką dymu, który można było poczuć tylko w Noc Guya Fawkesa. Dymu przenikającego ubrania i utrzymującego się na włosach jeszcze przez wiele dni. Ten zapach przywodził jej na myśl dzieciństwo. Spotkania z sąsiadami w przydomowych ogródkach, wypisywanie swojego imienia w powietrzu zimnym ogniem, tupanie nogami, żeby odzyskać czucie w zmarzniętych palcach u stóp. Przypalone kiełbaski, smażona cebula i keczup. Ojcowie wyjmujący sztuczne ognie ze starych puszek po herbatnikach i organizujący mizerne widowiska – ogniste koła, które nie chciały się kręcić, fajerwerki bez przekonania plujące ogniem i lądujące w krzakach róż. „To były proste, niewinne czasy”, pomyślała. Jednak teraz zapach prochu już zawsze będzie się jej kojarzył z tą konkretną nocą.

Grunt był grząski po wielodniowych opadach deszczu. Doszła aż do krańca ogrodu, długa trawa lizała jej kostki, a błoto przesiąkało przez podeszwy kapci. O dziwo, nie czuła zimna. Oddychała szybko i płytko – dziecko było tak duże, że nie mogła swobodnie napełnić płuc. Chwyciła się płotu, żeby odzyskać równowagę. Maleństwo kopnęło, przyciskając się do ściany jej łona.

Fajerwerki huczały, syczały i trzaskały, podpalając niebo. Gorące iskry migotały wokół i rzucały blask na jej postać. Obeszła pryzmę kompostową, badając stopą grunt. Kucnęła, nie przejmując się tym, że skraj szlafroka ciągnie się jej po wilgotnej ziemi, i podniosła kilka martwych liści zgniłych od deszczu.

Tak, to odpowiednie miejsce. Wokół nie było świadków, wszyscy zgromadzili się w parku. Obejrzą wielki finał pokazu sztucznych ogni, zaliczą jeszcze kilka atrakcji w wesołym miasteczku, przespacerują się po straganach, a potem powoli zaczną się rozchodzić, zatrzymując się po drodze na frytki czy ostatniego drinka. Wrócą do domów i pójdą prosto do łóżek. Mogłaby tu spędzić całą noc i nikt by nie zauważył.

Przewidział ten wieczór, ostrzegał ją przed nim tysiące razy. Ostateczny atak, którego wyczekiwała, ale tylko dlatego, że nie mogła już dłużej znieść napięcia.

Strach, jaki przed nim czuła, naznaczył ją trwale niczym tatuaż. Chociaż sińce oraz ślady po oparzeniach i ugryzieniach zbladły, nigdy nie miały do końca zniknąć. Stanowiła dla niego dzieło w toku. „Pewnego dnia cię wykończę”, mawiał często, a ona nie miała powodów, by wątpić w jego słowa.

Głośny krzyk przeszył powietrze. Podniosła wzrok i zobaczyła ogromną rakietę wzbijającą się w przestworza.

Fajerwerk na moment wstrzymał oddech, po czym eksplodował, ochlapując niebo kroplami ognia czerwonymi jak krew.

Nowe życie, które w sobie nosiła – miała nadzieję, że to dziewczynka – zwinęło się w kłębek w jej łonie.

– To tylko sztuczne ognie, głuptasku – wyszeptała, gładząc twardy brzuch. – Nie masz się czego bać. Jesteśmy już bezpieczne.

Autorka dedykowała książkę wszystkim kobietom ocalałym z przemocy domowej.




MATERIAŁY WYDAWNICTWA